O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

środa, 15 sierpnia 2018

Przysięga.


       Każdego roku, podczas pobytu nad śródleśnymi jeziorami, utwierdzam się w przekonaniu, że Pani Przyroda tworząc nasz Świat, ewidentnie miała - jak mawiają w powiecie grajewskim - kosę ze współczesnymi Jej, entomologami. Bo jakże inaczej (i do tego logicznie) wytłumaczyć fakt, że normalnych stworzeń (ssaków, ptaków, płazów, gadów, drożdży itp.) jest konkretnie ileś tam, a owadów jest od tzw. smętnej pyty, czyli bez liku?
       W takiej tylko Polsce, koniec z końcem, wiąże jakieś 117 gatunków ssaków, 454 gatunki ptaków, 18 gatunków płazów, 10 gatunków gadów, 30 gatunków drożdży i ... od 28000 do 34000 gatunków owadów! Czyli - jakby nie liczył - owadów jest dużo, a nawet sporo i wszystko to, na dodatek, jakoś się nazywa!
       Już taki jestem, że lubię wiedzieć. Dlatego też korzystam z szerokiej gamy massmediów, czytam książki i posiadam poduszkę na kuchennym parapecie. Fotografując w terenie, także lubię wiedzieć, co aktualnie i często nachalnie lansuje mi się przed obiektywem. W przypadku wspomnianych, normalnych stworzeń jest to zazwyczaj bajecznie proste lub - w najgorszym przypadku - proste. Jak widzę jelenia-byka, to widzę jelenia-byka. Jak dostrzegam wróbla, to wiem, że to mazurek. W kuchni z resztą jest tak samo. Jak jem kaczkę, to kubki smakowe szepczą mi do ucha, że to odrobinę przetłuszczony pekin, a nie jakiś biegus lub inna piżmowa. I tyle.
       W przypadku owadów już tak łatwo nie jest. Prawdę mówiąc/pisząc jest bardzo trud ... no dobra! Chcieliście, to macie! Gdy odrzucimy komary, pszczoły, osy, szerszenie, tzw. muchy oraz kilka gatunków motyli i chrząszczy jest tragicznie! Przyznaję, że na niwie entomologii nie jestem nawet początkującym adeptem. Jestem kompletnym laikiem, abderytą, ignorantem, analfabetą, kpem, nogą i frajer-pompką!
       Oczywiście uwiera mnie to potwornie, czyli dużo, dużo bardziej, niż np. brak umiejętności samodzielnej wymiany oleju w aucie Skodzie, upieczenia ciasta z lejącą się czekoladą, o utkaniu skarpet z wełenki nawet nie wspominając. Pomyślałem zatem, że tak być nie może i jeszcze pewnie coś w stylu: "Gotkiewicz, musisz z tym coś zrobić!" W końcu nie po to od dekad lat param się prywatnie i zawodowo przyrodą, żeby mnie jakieś głupie insekty wpędziły w kościste ramiona depresji, a finalnie do grobu! Postanowiłem zatem nauczyć się tego całego robactwa na pamięć! Oczywiście pisząc "całego" nie mam na myśli wszystkich 34 tysięcy gatunków, tylko te, które widuję na co dzień i które udaje mi się uwieczniać na dokfotkach.
       Podbudowany autopsychologicznie na duchu, udałem się nad wspominane jezioro, gdzie swoją melinę mają ważki, nartniki i inne, nieznane mi kompletnie owady. Na miejscu okazało się jednak, że sezon ma się ku końcowi, gdyż towaru z chityną na sześciopaku było tyle, co Fiodor napłakał, a uwierzcie mi, że ten kot, to twarda - niczym Curie-Skłodowska - sztuka ze złych dzielnic wiejskiego Podlasia. Na szczęście coś tam jednak pełzało po zielsku, więc wlazłem do wody, popstrykałem (dowody poniżej) po czym wróciłem do domu, by oznaczyć każde pstryknięcie po imieniu i łacińskim nazwisku.
       Przyznam się, że miałem cichą - niczym ta noc ze świątecznej piosenki - nadzieję, że po zajrzeniu na stronę www.wazki.pl dowiem się wreszcie, jak nazywa się to coś, co do tej pory nazywałem po prostu niebieskim przecinakiem. Nie dla psa kiełbasa jednak i nie dla kota nalewka na płuckach! Autorzy strony zadrwili sobie ze mnie, jak - nie przymierzając - Sobieski z uchodźców pod WiedniemOkazało się bowiem, że przecinak, to w rzeczywistości kilkanaście gatunków i ... wszystkie wyglądają ... mać identycznie.
       Straciwszy nadzieję na zostanie entomologicznym autorytetem, choćby tylko wśród Czukczów, pogrążyłem się w przyrodniczej melancholii. Od popadnięcia w permanentny, entomologiczny stupor uratowało mnie na szczęście pojawienie się pierwszych, ptasich migrantów oraz rozpoczęcie, szeroko zakrojonych, badań nad systematyką drożdży z wykorzystaniem nowatorskich metod organoleptycznych. 
       PS. Cała ta, nudnawa zapewne, historia czegoś mnie jednak nauczyła. Każdy z nas (i każda, chyba też) ma prawo do własnej niszy ignoranckiej. Dlatego też, pokornie i uroczyście przysięgam! Nigdy więcej nie zwrócę nikomu uwagi, że jelenie nie posiadają rogów tylko poroże, a zielone jest po to, by jechać, a nie zastanawiać się nad zmianami klimatycznymi!

PS. Ale, że nikt nie zauważył kotka?!

















 Pomyślałem, że nie ma sensu dalej ukrywać swojego wizerunku. Także ten.


wtorek, 7 sierpnia 2018

Dlaczego żuraw i owszem, ale wiewiór to już niekoniecznie?


       No właśnie, dlaczego? Nie wiecie? Ja też nie, więc pozwólcie, że nie będziemy dłużej zajmować się tą kwestią.
       Jak zapewne sami zauważyliście, przeklęty upał nie chce zelżeć nawet na milisekundę. W takie dni nawet pisanie postów, to orka na ugorze, a nie radosny i spontaniczny proces twórczy. Nie pomaga wkładanie głowy pomiędzy skrzydła wentylatora kupionego cudem i tylko dlatego, że byłem haniebnie szybszy od inwalidy. Nie pomaga otwarcie wszystkich okien, gdyż wywołany w ten sposób przeciąg nie dość, że nie chłodzi, to na dodatek - jak pisał niejaki Georges Vigarello - "wywołać może konwulsje, a także prowadzić do śmierci". Konwulsji co prawda nie doznałem, ale w zamian znacząco podniósł mi się poziom agresji i jednocześnie spadł mi na pysk wskaźnik empatii. Przyznam, że sam siebie nie poznaję. Pół biedy o brzasku, gdy temperatury oscylują wokół, względnie bezpiecznych, dwudziestu dwóch stopni. O tej porze przeprowadzę harcerza przez autostradę i będę miły. Gdy jednak, w tzw. międzyczasie, słupek rtęci dotrze do trzydziestki, bez wahania wepchnę gnoja pod TIR-a z ołowiem! Dostrzegę na ulicy niewinne dziecko z napojem? Zaczaję się, wyrwę i ucieknę! Zauważę psią miskę z wodą? Miski nie ruszę, ale kundel, jeżeli nie ma gabarytów bernardyna, raczej nic w niej nie znajdzie! Usłyszę syreny wozów strażackich? Straż do pożaru może i dojedzie, tylko po co, skoro nie będzie miała czym gasić? O tym, że regularnie odwiedzam parki i ogrody, by plądrować ptasie poidełka, chyba nawet nie muszę wspominać. Poza tym okradam lodownie, włamuję się ludziom do zamrażarek, penetruję kostnice, wychlewam płyny z chłodnic, zawłaszczam cienie, gotuję na zimnych ogniach, wysysam wilgoć z cudzych prań, myję przyrodzenie w ciekłym azocie i chadzam do urzędów, by zostać chłodno potraktowanym. 
        Oczywiście później jest mi potwornie wstyd, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Przecież ja tylko walczę o życie! Jestem wszakże nieodrodnym synem klimatu umiarkowanego, a to, co się aktualnie dzieje, nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek umiarkowaniem! Przyszedłem na ten świat w miejscu otoczonym cienistymi, brzozowymi lasami, chłodnymi łąkami i nasiąkniętymi wodą murszowiskami, a nie na jakiejś, pieprzonej pustyni Gobi! Nic zatem dziwnego, że nie mam wystarczająco dużo pigmentu w skórze i kędzierzawych loków, by z uśmiechem witać środek dnia!
       W sobotę, zrozpaczony i nienawidzący samego siebie, pojechałem szukać ratunku w jednym z warmińskich, śródleśnych jezior. Niestety woda okazała się być idealną, ale wyłącznie do oparzenia świńskiej szczeciny, a nie do schłodzenia wysuszonego kadłuba i takichże kończyn. Nawet ryby były tego dnia wyjątkowo niemrawe, a zwiewne zazwyczaj ważki poruszały się ociężale, niczym maleńkie, obdarzone ażurowymi skrzydełkami, kowadełka! Zniknęły ptaki, płazy, nicienie, bakterie, płazińce, kleszcze i świerzb. Wszystko bez wyjątku pochowało się, by przetrwać ten okrutny, niczym gestapo, upał.
       Wróciłem do Olsztyna ze świadomością totalnej porażki. Próbowałem coś zrobić, ażeby powrócić na uczciwsze ścieżki i przestać być postrachem akwarystów, panów basenowych oraz właścicieli saturatorów i komercyjnych wodotrysków, ale spełzło to na niczym. Dlatego też lojalnie uprzedzam! Jeżeli zawitacie do stolicy Warmii przed nadejściem arktycznego powietrza, raczej unikajcie osobnika z szalonym tikiem w oczach i naręczem pustych wiader na biodrach, grasującego po spalonych słońcem trotuarach, gdyż będę to właśnie ja!
       PS. Poniżej kolejna porcja dokfotek z nieludzko umęczonej, warmińskiej Ziemi.

















środa, 1 sierpnia 2018

Pejzaż vs. Widoczek.


       Tym razem ponownie porcyjka widoczków, zwanych przez osoby uważające się za tzw. artystów - pejzażami. Te poniżej nijak jednak pejzażami nie są, gdyż są - jak wspomniałem na wstępie - widoczkami. Li i jedynie!
       Zapytacie zapewne, na czym polega różnica? Oczywiście mógłbym wykręcić się od odpowiedzi niecierpiącym zwłoki wyjazdem medytacyjnym do Tybetu lub pilnym telefonem do ubojni pod Ostrołęką i odesłać Was np. do jakiegoś muzeum lub galerii, ale jako że posiadam zacięcie dydaktyczne, postaram się w kilkudziesięciu żołnierskich słowach wyjaśnić tę, nurtującą ludzkość od epoki rysunków naskalnych, kwestię.
       Czymże zatem jest pejzaż, a czymże widoczek? Bardzo dobre pytanie! Przyznam, że jestem z siebie dumny, gdyż nie każdy jest w stanie stworzyć coś równie wyrafinowanego z pytajnikiem na końcu! Bo dobrze pytać trzeba umieć, co potwierdzi każdy filozof i każdy prokurator. Oczywiście można się tego nauczyć, ale to już nie to samo, co talent odziedziczony po dziesiątkach pokoleń ludzi ciekawych świata. To swoiste dziedzictwo genetyczne, to nieusuwalne tatuaże pokrywające nukleotydy tworzące radosne sploty helisy ... ale do brzegu, jak mawiają nieumiejący pływać oryle.
       Jeżeli chcecie zrozumieć różnicę pomiędzy pejzażem, a widoczkiem, przede wszystkim odpalcie blaszaka lub lapka, czyli - innymi słowy - włączcie komputer i wpiszcie w Google np. Alfred Wierusz Kowalski pejzaż (uprzedzam, że wpisanie samego "Kowalski" teoretycznie oszczędza czas, ale uwierzcie mi, że tylko teoretycznie). No dobrze. Macie już wpisane, co trzeba więc teraz kliknijcie śmiało zakładkę Grafika. Spokojnie! Wiem że nie jesteście informatykami, więc nie popędzam. Nie wyszło? Zdarza się to nawet Gates`owi, więc nie trzeba się od razu obrażać i płakać! Jeszcze raz! Można? Można! I co takiego widzimy na ekranie? Tak jest! Brawo! Takie małe obrazki! (ech, coś czuję że wyrosną z Was jeszcze hackerzy, jak te lale). Teraz najeżdżamy kursorem na dowolny, mały obrazek i ponownie klikamy. Owszem! Można kliknąć dwa, trzy i cztery razy i nic złego się nie stanie, ale do rzeczy. Jak zapewne zaobserwowaliście, mały do tej pory obrazek znacznie się powiększył i można już spokojnie kontemplować jego treść.
       A teraz clou tego postu, więc uprasza się o maksymalne skupienie. Patrzycie na wspomnianą treść i co widzicie? Otóż to! Krajobraz tak sielski, że o Matko, zgrzane konie, smutne wilki, zacnych kawalerów z wąsem, urodziwe panny z lekką nadwagą, chaty i ruczaje pokryte gryczanym śniegiem, psy, myśliwych, Czerkiesów, Beduinów (ci ostatni oczywiście bez śniegu), pocztylionów i na dodatek, wszystko to kotłuje się w oszalałym tańcu, jakby im ktoś nasion dzikiej róży w - za przeproszeniem - barchany nasypał! I to jest właśnie PEJZAŻ!
       A teraz spójrzcie na poniższe fotki. I co? Widzicie tam jakiegoś dumnego syna pustyni, albo innego pocztyliona? Dostrzegacie zadumanego, jak Polak w niehandlową niedzielę, basiora? Przestępuje tam coś z nogi na nogę, jak kujon Arkadiusz na szkolnej potańcówce? Absolutnie nie! A dlaczego? A dlatego, że to są tylko WIDOCZKI
       Dziękuję za uwagę i zapraszam za tydzień na kolejną pogadankę z cyklu "Dlaczego żuraw i owszem, ale wiewiór to już niekoniecznie?".

PS. Oczywiście wiem, że malarscy puryści zarzucą mi, że opisywane przeze mnie pejzaże, to nie pejzaże, a malarstwo rodzajowe. Ponieważ nie zamierzam wdawać się z nikim w burdy słowne, napiszę tylko, że zgoda, co nie oznacza, że nie są jednocześnie pejzażami z tzw. szafarzem, który wymknął się nieco Artyście spod kontroli:)

















wtorek, 24 lipca 2018

Zbawienna moc woni.


       Za nami kolejne świty spędzone wśród jeleniowatych. Co prawda byki odeszły niedawno precz, ale jak widać na poniższych fotkogramach, wierne łanie pozostały na potencjalnej, prokreacyjnej arenie.
       W tym poście postanowiłem po raz kolejny uchylić rąbka tajemnicy i napisać w jaki sposób powstają nasze zdjęcia, a przede wszystkim, jakie stosujemy metody, techniki, sztuczki, triki, przekręty i wałki. Mam nadzieję, że dzięki temu, sami będziecie mogli ruszyć śmiało ku Pani Przyrodzie i ucieszyć oczy tym, czym cieszymy nasze my.

Lekcja pierwsza. Zapach vs. powonienie.

       Jak zapewne pamiętacie z lekcji lub wykładów z biologii, znakomita większość zwierząt ssących charakteryzuje się relatywnie (trudne słowo!) słabym wzrokiem i genialnym wręcz powonieniem. Dlatego też niezwykle istotnym jest, aby fotograf, który pragnie uwieczniać owe stworzenia na matrycy aparatu, wydzielał woń perfekcyjnie zbliżoną do naturalnych zapachów siedliska, po którym się porusza. Nie zawsze jest to proste, ale nie jest też niemożliwe. Żebyście jednak nie musieli wyłamywać otwartych drzwi namiotu, podpowiem Wam, jak robimy to my, czyli ... my.
       I tak zatem, planując wypad w ekosystemy leśne, powinniście  (poczynając od zimy) systematycznie nacierać całe ciało ekstraktem z igliwia i hub oraz padliną parzystokopytnych preferujących siedliska borowe. Marzy Wam się fotografowanie na moczarach? Pomogą Wam kąpiele w szlamie, zraszanie pachwin preparatem z turzycy, żucie kłączy tataraku i/lub pędów brzozy niskiej. Preferujecie pustynie? Piach, piach i jeszcze raz piach. Małą ojczyzną są Wam jeziora i stawy? Rzęsa, grążele i wszystko, co ma związek z kormoranami. Kochacie polskie morze? Ejakulat płastugi, stary olej i sinice. Wielbicie Tatry? Szafran pod pachy, lanolina we włosy, bundz gdziekolwiek. Mazowsze? Obornik, spiż i wierzby. Wielkopolska? Sok z sadzeniaków, piżmo susła i serdel z musztardą. Ziemia łódzka? Wyłącznie pot włókniarki. Podlasie? Zacier z żyta, mazidło do kół i frukta. Warmia? Świętość i piwo!
       Tak jest. Na Warmii tylko i wyłącznie piwo, gdyż świętość pomijam, jako mało istotną w interesującej nas kwestii. Zdziwieni? Tak też pomyślałem. Tymczasem jest to bajecznie proste i czarownie logiczne. Pomyślcie sami! Jakich składników używa się do warzenia piwa, ale takiego piwa-piwa, a nie tych piwopodobnych wynalazków dla hipsterów i hipsteroidalnych napływowych? Oczywiście wody, drożdży, chmielu i ję ...? Jakiego języka?! Jęczmienia!! A w wyzłoconych łanach jakiej rośliny uprawnej najczęściej spotykamy jeleniowate na Warmii? Otóż właśnie!
       Ponieważ jednak nie pozjadałem wszystkich mózgów (na razie, gdyż kulinarnie ciągle się rozwijam), ciekaw jestem, jakie są Wasze sposoby na wonne wtapianie się w otoczenie. Najciekawszy wpis zostanie uhonorowany nagrodą w postaci torby oryginalnego, helskiego piachu oraz misternie zdobionego flakonika wypełnionego płastużym ejakulatem.