O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

wtorek, 16 października 2018

Jesienna Biebrza z warmińskimi żurawiami w tle.

                  Ponownie żurawie, ale co zrobić, gdy ten sezon w znacznej części podporządkowaliśmy im właśnie? Z drugiej strony, jakby się tak mocniej zastanowić, można by zrobić w sumie wiele innych rzeczy, a nawet bardzo, bardzo wiele rzeczy zrobić by można. Można by - na przykład - wyjechać na zmywak do Ełku, spędzić resztę życia na kresach Prowansji lub zostać podstarzałym pikolakiem w ostrołęckim hotelu i dopędzić resztkę wegetacji w zapleśniałej suterenie z widokiem na kurpiowską przemoc uliczną. Można by zostać pełnoprawnym Prażaninem (tym czeskim), nadmedialnym kandydatem do gminnego samorządu lub - wreszcie - weekendowym tancerzem fado w oligarszym klubie hodowców gołębi nierasowych.

         Można by też - po raz któryś - pojechać nad Biebrzę i to właśnie uczyniliśmy na pohybel ww. marzeniom.

         Zapytacie zapewne, czy jesienna Dolina może zaoferować Wam/Nam jeszcze jakieś urokliwości? No cóż, jakieś tam pewnie i owszem, jednak kudy im do jej wiosennej odsłony i kudy im do jej pozimowego szaleństwa, przy którym najzacniejsze, karaibskie karnawały prezentują się niczym czwartkowe wieczorki dla samotnych serc w lokalach pamiętających zdecydowanie lepsze czasy.
         Senna, pozbawiona starorzeczy, rzeka toczy leniwie swe wody przez jałową - niczym podlaskie grunty orne - polodowcową nizinę. Nie słychać już ogłuszającego jazgotu ptactwa, ni ryku, podnieconych wiosenną ciepłotą, płazich samców. Na próżno wypatrywać wodnego kwiecia, który tak bardzo cieszył lazur ocząt w trakcie majowych, niespiesznych wędrówek po nadrzecznych bulwarach Pani Przyrody. Ba, choć to czas miłosnych uniesień jeleniowatych, byki - i te jelenie i te łosie - odzywały się tak mało wyraziście, jakby nagle uznały, że bliżej im do klasztornej celi, aniżeli do bagiennych świątyń cielesnych rozkoszy. Tam, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu zachodzące słońce przeglądało się narcystycznie w rozzuchwalonej toni rozlewisk, teraz rozciągają się stepy pokryte roślinnością tak suchą, że aż w człowieku budzi się jego pierwotna, piromańska natura, a drżące dłonie bezwiednie szukają hubki, krzesiwa i kanistra. W jesiennej Dolinie nie zaznasz już, samotny wędrowcze, widoku pływających krów i towarzyszących im pastuszków płci wszelakiej i wieku takiegoż. Nie usłyszysz zawadiackich zaśpiewów, odurzonych obuchem testosteronu, kawalerów ani też świergotu łydatych dziewcząt niosącym ku nim, a to zgrzewkę Łomży, a to 0,7 z Club-Colą-Coktą-Polą, a to skrzynkę winopodobnego nektaru przełamanego przecudowną wonią świeżego E220. Zniknęły gdzieś hordy turystów i towarzyszących im przewodników rozmaitej maści i umaszczenia, choć to akurat złe nie jest i tego jedynie mi nie brakowało.

         Taka właśnie jest ta jesienna Biebrza, więc jeżeli wybieraliście się w te okolice, to lepiej dajcie sobie spokój, a zaoszczędzone w ten sposób środki wydajcie na karmę dla gawronów i kawek, które lada moment nadlecą znad mroźnego Kaliningradu, albo coś równie bezsensownego.


PS. Jakieś tam fotki udało się nam oczywiście pstryknąć, ale muszą trochę poczekać w kolejce, gdyż przez ostatnie zawirowania pracowe i niepracowe stworzył mi się pewien niewielki zator, co zresztą widać po mojej, nienatrętnej, blogowej aktywności.



















czwartek, 4 października 2018

Po prostu o przyrodzie.


         Jako, że już dawno nie napisałem niczego, co choćby o ćwierć atomu otarło by się o magiczny świat Pani Przyrody, postanowiłem to zmienić i przygotowałem post, w którym wręcz iskrzy się od opisów cudów Natury. Pozwólcie zatem, że  tym razem zabiorę Was do bajecznej Doliny Biebrzy, gdzie spędziliśmy ostatni weekend, czyli - będąc precyzyjnym - ochłap piątku, sobotę i plugawie krótki, niedzielny epizodzik.

Piątek. Dzień pierwszy.

         Na miejsce dotarliśmy zbyt późno, by sfotografować cokolwiek, a to za sprawą zbliżających się wyborów samorządowych, czego dowodem były wszechobecne prace mające na celu stworzenie infrastruktury drogowej, która nie śniła się autochtonom, nawet po przedawkowaniu sporyszu. Wspomniana kwestia dotyczy zwłaszcza Kurpi, gdzie zlikwidowano niemalże wszystkie, dotychczasowe dukty i - na czas przebudowy - ustawiono liczne, wahadłowe sygnalizatory. O ile jednak w okolicach takiego np. Olsztyna podobne światełka zmieniają swą barwę, co kilka minut, o tyle na Kurpiach wahadełka zmieniają się wyłącznie w systemie dobowym. Oznacza to - ni mniej, ni więcej - że jeżeli jedziemy autem i widzimy, że zielone zaczyna przeistaczać się w barwę jesiennego winobluszczu, możemy spokojnie wracać do domu, chyba że pragniemy się godnie zestarzeć, stercząc godzinami pod czerwoną (!) latarnią. Nam jednak, jako że do domu mieliśmy bardzo daleko, nie pozostało nic innego, aniżeli uzbroić się w cierpliwość i czekać, więc do Doliny dotarliśmy w absolutnych ciemnościach i tylko roztaczająca się wokół, subtelna woń świeżo nastawionego zacieru, uświadomiła nam, że jesteśmy na miejscu.

Sobota. Dzień drugi.

         Ryk chłysta i - naprzemiennie - gromkie popisy koguta wydobywające się ze gŁosinowego smartfonu, uświadomiły nam, że czas wstawać. Poderwaliśmy zatem swe gibkie ciała i ruszyliśmy gracko na salony Pani Przyrody, tym bardziej, że wyzywające światło gwiazd dawało nadzieję na brzask przecudowny i świt, który niejednego, nadwrażliwego pejzażystę mógłby przytrafić o rozległy zawał uszczęśliwionego serca, ale pozwólcie, że pominę dalsze opisy, gdyż wiem, że wiecie w czym rzecz.
         Tuż po pracowitym, fotograficznym poranku udaliśmy się do pewnej restauracji (zwanej dla niepoznaki barem) mieszczącej się przy stacji paliw jednego z wiodących, podlaskich koncernów naftowych. Jak już wiecie (albo i nie) od jakiegoś czasu jestem na restrykcyjnej diecie-cudzie, która teoretycznie powinna zmienić mnie we współczesne wcielenie Apollina, jednak zawsze podczas naszych wyjazdów, korzystam w tej materii z prawa dyspensy, chociaż -  rzecz jasna - bez przesady. Ponieważ godzina była zbyt wczesna na potrawy ciężkostrawne, jako to jajecznica na maśle, naleśniki z serem i/lub marmoladą, skoncentrowałem się wyłącznie na daniach lekkich i jednocześnie pożywnych. Niestety miałem pecha, gdyż ostatnią porcję, wędzonego w trawie cytrynowej tofu zamówił, stojący przede mną w kolejce operator wozu asenizacyjnego, zaś na sałatkę z quinoa, cieciorką i orzechami pekan musiałbym czekać około kwadransa. Ponieważ nie dysponowaliśmy, aż takim ogromem czasu, mój wybór padł był na biopodwawelską grillowaną na (czego jestem prawie pewien) węglach z czereśniowych konarów, garnirowaną piórkami karmelizowanej pracebuli. Do tego oczywiście ekologiczne pieczywo z (ufam!) tymotki oraz filiżanka wonnej, biodegradowalnej mokki z humanitarnie nienagannej części Afryki.
         Po wspomnianym posiłku ponownie wyruszyliśmy na spotkanie z mokradłową bioróżnorodnością, ale ponieważ wiem, że jest to Wam nieobce, pominę opis tej, w sumie najnudniejszej, części dnia.

Niedziela. Dzień trzeci i zarazem ostatni.

         W smolistą czerń podlaskiej nocy, niczym pancerne zagony Guderiana, wdarło się rozpaczliwe wycie żoninego budzika. To czas pobudki dla tych, którzy nie po sen przybyli na kresy Rzeczypospolitej, a po Pani Przyrody Cuda-Niewidy. To czas, gdy znaczenie traci zmęczenie członków i głowy, nienawykłej do lokalnej fermentacji, rozchwianie. Ruszamy zatem ponownie w mroczne bezkresie moczarów z nadzieją, że źrenice naszych obiektywów wnikną głęboko w otchłań łosich istnień. Oczywiście tego, co było później, nie ma sensu opisywać, gdyż w głębi duszy czuję, że mentalnie byliście wtedy ze mną. Wierzę, że moje oczy były Waszymi oczyma, a palec, którym naciskałem przycisk migawki, Waszym palcem był wtedy!
         Zmęczeni, niczym muły spod Monte Casino, cudem jakimś, po raz wtóry, dotarliśmy do opisywanej wcześniej restauracji. Przyznam szczerze, że trudy poranka sprawiły, że mój umęczony - niczym krzyż architektów ryżowych tarasów - wzrok z trudem rozpoznawał, znajome już przecież, napisy na menu-tablicy, nie na tyle jednak, by nie wychwycić - niczym orłosęp padliny - bigosu myśliwskiego. Co prawda wzmiankowany bigos miał tyle wspólnego z tym, co powinno kryć się pod tą nazwą, ile polski, zbrzusiały nemrod z Artemidą, ale - na Peruna - nie bądźmy żałosnymi purystami!
         I to byłoby na tyle. Tuszę, że oczarowałem Was opisem obrazów, które towarzyszyły nam podczas naszej ostatniej, bagiennej wyprawy i które - mam nadzieję - zostaną Wam pod powiekami na zawsze.

PS. Przepraszam, ale komentowanie i odpowiedzi na komentarze muszę przełożyć na jutro, gdyż dziś padam i upadam:)





















wtorek, 25 września 2018

Rozmowy nocą.


         Niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że zjawisko pn. "Świat Pani Przyrody", a zwłaszcza jego polska filia, to skomplikowany organizm, co widoczne jest zwłaszcza przez pryzmat fotografii przyrodniczej. Pisałem już kiedyś o tym, że cudownie byłoby np. posiadać umiejętność przemieszczania się w czasie, by tego samego dnia i o tej samej godzinie być w kilku miejscach jednocześnie, gdyż świt jest tylko jeden, a pokus zdecydowanie więcej. To jednak nie wszystko. Jeszcze kilka lat temu wszystko było proste. Gdy prognoza pogody informowała, że będzie OK, to było OK, choćby miało się palić i walić (lub odwrotnie). A teraz? A teraz to jest tak, że coś tam pokazują wieczorem, a o 3-4 w nocy zmieniają zdanie i już nie jest tak przyjemnie, jak być miało. I dlatego właśnie decyzja o tym, czy pojedziemy w teren, czy też nie, tak naprawdę zapada kilka minut po pianiu cyfrowego koguta, a i to nie zawsze. Dlatego też, nie raz i nie siedemnaście w naszym mieszkaniu w środku nocy toczą się gorączkowe, ale zawsze wysoce kulturalne i wysublimowane, rozmowy.


Akt 1 (i jedyny). Olsztyn, noc, wnętrze dużego pokoju w kamienicy zagubionej gdzieś w dzielnicy Zatorze.

Wojciech (pomimo pory doby, ubrany w elegancką bonżurkę, smoking cap i fular, woniejący łosim piżmem i palący cygaro wyjęte z olsowego humidoru)

Jakąż to podjęłaś decyzję Iwono? Czy ruszamy w tę noc ciemną ku fotograficznemu przeznaczeniu?

Iwona (pomimo tej samej, wczesnej pory, ubrana w balową suknię bez pleców, diadem z warmińskich pereł i wygodne, domowe szpilki)

Nie potrafię zdecydować Wojciechu, ale ... widać przecież gwiazdy na mrocznej kopule nieba i - choć nie jest ich wiele - marzę skrycie o fotografii. Słyszysz to wycie Miły Mój! To psy nierasowe, acz wrażliwe, ślą księżycowi swe tęskne serenady i wierz mi, że atawistycznie chcę towarzyszyć im w tej akustycznej odysei.

Wojciech (gładzi srebrzyste bokobrody i zaciska nerwowo seksowne palce waltornisty na kryształowym słoiczku z ćwiartką wybornej brandy z maliny moroszki)

A co na to Meteo, Iwono? Jakąż prognozę zgotowało nam w tym dniu, tak niebanalnie zaczętym?

Iwona (teatralnie wzrusza ramionami, szlocha i osuwa się w sposób kontrolowany na szezlong z Lidla)

Meteo?! Sprawdź sam! Onegdaj mówiłeś mi, że ukończyłeś z wyróżnieniem kurs agrometeorologii na Akademii w byłych Prusach Wschodnich! Prawdaż li to jest?

Wojciech (podchodzi do regału, machinalnie wyciąga zbiorowe wydanie dzieł Kraszewskiego w całymskórku, po czym przechodzi do biblioteki i ostentacyjnie sprawdza w kompie)

Widziałem mgły Iwono. Morza, oceany całe mgieł widziałem na/w monitorze. Czy nie wydaje Ci się, że ta - zimna niczym całun śmiertelny - złożona z miliardów kropel, wodna opończa zaprzepaści nam żurawie? Skryje niecnie pejzaże? Zgasi płomień, który każdego niemalże dnia każe nam gonić ku granicom nieboskłonu?

Iwona (głosem zimnym niczym tunguski samogon)

Wiedziałam! Ty jednak wolisz jelenie, które gardząc blaskiem poranka, jeno cienia pragną! Przejrzałam Twoją niecną intrygę Wojciechu i wiedz, że jesteś podłym człowiekiem, niegodnym mej miłości! Na cóż nam były trudy budowania czatowni. Na cóż drżenie zmęczonych mięśni znane li chyba tylko klaczy arabskiej pędzącej przez berberyjskie pustkowia ku swemu ogierowi? Li chyba ... klaczy ... znane!

Wojciech (przysiada na baigneuse, nalewa sobie kolejne 0,7 brandy i zapala wonne, żołędziowe nargile)

Źle mnie oceniasz Iwono. Bardzo źle. Fotografowanie tych szlachetnych zwierząt zaplanowaliśmy przecież na przyszłym rok, a w tym mieliśmy się skupić na wody przejrzystej tafli i żurawiach, które łakną światła, jak kania łaknie dżdżu, jak kondor przestrzeni And, jak ja wreszcie - Twych krągłości. Nie pragnę jeleni! Wierz mi, że żądny jestem żurawi, ale popatrz raz jeszcze w nieba bezkresie! Czy widzisz te chmury, które przykryły niebo na podobieństwo opończy otulającej wątłe barki starego Kurpia wędrującego przez ostrołęckie przełęcze? Czy widzisz to Iwono?!! Przecież sama na próżno wypatrywałaś drogi mlecznej. Na próżno światła Syriusza szukałaś w tej czerni przeklętej! Tych kilka nędznych gwiazdek, które blaskiem swym oszukały kakaowce Twych tęczówek, to zbyt mało, by wydobyć z żurawiej szarości światło tęczy.

Iwona (majstruje coś od niechcenia przy drewnianym modelu kombajnu zbożowego "Bizon" stojącym na biokominku narożnym)

A czy pospolite kolory tęczy, to wszystko czego poszukujesz w swym życiu Wojciechu? Czy bliższy jest Ci trywialny, jarmarczny blichtr, który cieszy ludzi niewrażliwych od tego, co skrywa się w głębi duszy wolnego ptactwa wodno-błotnego? Wiedz Wojciechu, że nie z barw li tylko składa się ich jestestwo. One są niczym wszechświat, który skupia w sobie nie jedno, gdyż skupia wszystko! Czy nie widzisz tego Wojciechu?! Nie czujesz tego w trzewiach swych, które kiedyś tak bardzo kochałam? Nie znajdujesz tego w duszy swojej, którą wiem, że posiadasz i której tak żarliwie wyrzekasz się w imieniu Tego, który unosi się nad moczarami ...

         I tak właśnie wygląda z grubsza większość naszych poranków, o ile można tak nazwać środek nocy. Wstawać, nie wstawać? Jechać, nie jechać? Będzie światło, nie będzie? Wziąć tabletkę, nie wziąć? Wrócić do łóżka, czy może jednak wsiadać do auta?
         Tysiące pytań i często żadnej konkretnej odpowiedzi. I to jest właśnie kwintesencja jesiennej fotografii przyrodniczej. 
















poniedziałek, 17 września 2018

Rekord.


            Dziś krótko, gdyż sezon zwierzęco-warzywno-owocowy w pełni i na nic nie ma czasu. Brakuje go nawet na przygotowanie aktualnych fotek, więc tym razem niepublikowane piksele z tegorocznego przełomu lata i jesieni.

PS. Tak na marginesie, wczoraj pobiliśmy nasz własny rekord terenowego prawiesamounicestwienia. Bicie witppw. (wyżej i trochę po prawej wymienionego) rekordu rozpoczęliśmy uroczystą pobudką o 4.00, a potem było już z warmińskiego pagóra. O 5.00 wylądowaliśmy w ciemnym - niczym sumienie tzw. wnuczka - lesie, gwarnym od tanich popisów byczych osiłków na naturalnych sterydach. Pospacerowaliśmy, pooddychaliśmy świeżuteńkim azotem, coś tam pstryknęliśmy i ruszyliśmy w stronę oddalonego o 60 km rozlewiska, gdzie dotarliśmy około 9.00 czasu północno-wschodniopolskiego. Oczywiście nie była to najlepsza godzina na fotografowanie, ale też nie ono było naszym celem. Celem naszym był budowa drugiej budy, gdyż z uwagi na intensywne procesy ewaporacji, pierwsza stała się rozlewiskową, li i jedynie tylko z nazwy i - jako taka - musi zostać zlikwidowana.
            Żeby trafnie i efektywnie osadzić nowy obiekt, zmuszeni byliśmy obejrzeć pierwszy ze zbiorników ze wszystkich stron, co zważywszy na temperaturę powietrza, rozmiar rzeczonego bajora oraz bujną roślinność porastającą jego brzegi nie było czynnością, o której chce się marzyć, a tym bardziej śnić.
            Tak czy siak, poczynione prace inwentaryzacyjne (geologiczne, fitosocjologiczne oraz ornitologiczne) uświadomiły nam, że jest słabo i chyba jednak powinniśmy umiejscowić czatownię na skraju sąsiedniego zbiornika (dla zmyłki nazywanego przez nas, numerem dwa), na którym to zbiorniku ostatni raz byliśmy przeszło trzy lata temu. Trzy lata, to może nie wiek, ale - jak się okazało - wystarczająco długo, by Pani Przyroda mogła sobie nieco zaszaleć. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Ptaki pływały, latały i było ich relatywnie od cholery. Problemem był tylko, okalający bajoro, pas trzcin, który wymknął się nieco spod kontroli P. Przyrody, co oznaczało konieczność wycięcia w gęstym - niczym dobry gulasz lub budyń - trzcinowisku ścieżki o długości 20-30 metrów. Pozornie niewiele, ale kto kiedykolwiek wycinał, ten wie w czym rzecz. Stwierdziliśmy jednak, że co tam? Mus, to mus, więc chlastamy! Mniej więcej po minucie maczetowego żniwowania natrafiliśmy jednak na coś, co przypominało skomplikowaną infrastrukturę drogową w kraju nienachalnie rozwiniętym, czyli plątaninę wygodnych ścieżek wiodących we wszystkie, znane nauce, kierunki. Z jednej strony byliśmy bardzo ukontentowani, gdyż odwalono za nas 90% katorżniczej roboty, z drugiej jednak dotarło do nas, że trzcinowisko jest zamieszkane przez istoty rozumne zwane dzikami i na dodatek jest ich nieco więcej, niż akceptowana przez nas w jednym miejscu liczba dumnych przedstawicieli nieudomowionej nierogacizny. Jako, że do czatowni wchodzimy zazwyczaj nocą, musieliśmy przyjąć, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo notorycznego obijanie się o szczeciniastych tubylców, co raczej nie napawało nas przesadną radością, jako że odwykliśmy już od intensywnych kontaktów towarzyskich.
            Z braku laku i z nadmiaru zdrowego rozsądku postanowiliśmy wrócić nad zbiornik nr 1, gdzie załadowawszy materiały budowlane na umęczone plecy po raz wtóry powlekliśmy się przed siebie, szukając w miarę prostych kijków fundamentowych, wody, ptaków i odpowiedniego miejsca ... które - ku naszemu zdumieniu - znaleźliśmy około godziny 13.
            Potem poszło już z płatka i o 15.15 (lub o 15.16) - czyli 11 godzin i kwadrans (lub troszeczuńkę więcej) po pobudce - buda była gotowa. Buda?! Caserta, Peterhof i Fontainebleau w jednym! Przestronna tak, że i czwórką świń obrócisz! Pięć otworów na dwa obiektywy! Dach! Podłoga z trzciny i z wierzby! Naturalna klimatyzacja! Brakowało chyba tylko inkrustowanej macicą półeczki na kałszyk, bursztynu na ścianach, izby czeladnej i atrium.
            Do domu wróciliśmy o 17.00, zjedliśmy śniadanie i zemdleliśmy dystyngowanie na łóżko, gdyż na świętowanie rekordu żadne z nas nie miało choćby pół niutona siły o czym najdobitniej świadczy fakt, że śniadając najadłem się do syta ... miską zupy. Zupy! Miską! Ja!

PS.2. Beato Kurowicko! To nie jest marudzenie! To jest relacja!

PS.3. Wratisko, podaj mi raz jeszcze swój adres.