Kilka
dni spędzonych nad Biebrzą, pokazały, że podlaska zima jest łaskawa dla byłych
autochtonów. Codziennie prezentowała inne swe oblicza, od śnieżno-mroźnego, przez
późno-jesienne, po prawie marcowe. Wydawać by się mogło, że z takiej wyprawy
można przywieźć i z dziesięć mendli zdjęć. Tak łatwo jednak nie było.
Połączenie rozległości Doliny z najkrótszymi dniami w roku, skutecznie to
utrudniało. Dlatego zamiast wspomnianych mendli przywiozłem może ze dwa tuziny fotek, ale co
przeżyłem, to moje.
Najważniejsze w tej całej historii jest
jednak to, że po trzech jałowych, jesiennych wyjazdach, znowu polubiłem
biebrzański krajobraz i to, co się w nim kryje.















