O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobrazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobrazy. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 stycznia 2019

Wyprawa życia z golonką w tzw. tle


         Niedługo będę świętował drugą miesięcznicę niewychodzenia w teren i jednocześnie bycia domowym omnibusem. Chcąc to jakoś uczcić, zaplanowałem kameralną, domową uroczystość z jednym tylko przemówieniem (trochę ogólników plus sprośna dykteryjka), występem połykaczki ognia z Kurpi i tancerza brzucha z ww., uroczystym kubełkiem bimbru z brukwi z pierwszego tłoczenia, szwedzkim stolikiem na bazie odmrożonych resztek poświątecznych oraz z przecięciem wstęgi. Co prawda w tzw. międzyczasie nie powstała u nas żadna inwestycja, ale w końcu człowiek nie liszka i musi sobie, od czasu, do czasu coś przeciąć.
         Tymczasem siedzę sobie, jak ten młody jenot przed pierwszą rują i nieśmiało knuję pod nosem. Zarzewiem owego knucia jest dokument, który obejrzałem onegdaj, a który traktował o pewnym Kanadyjczyku, który umyślił sobie (jak to Kanadyjczyk), że przejedzie psim zaprzęgiem z Syberii do Moskwy. Ponieważ nie widziałem owego filmu od początku, byłem przekonany, że to samotna wyprawa, więc wielki szacun, ukłony, dygi i te rzeczy. Tymczasem okazało się, że towarzyszyła mu (temu Kanadyjczykowi znaczy się) spora gromadka przydupasów w postaci, a to przewodników na skuterach od przecierania szlaku, a to rozlicznych pomagierów z Rosji oraz - ma się rozumieć - ekipy filmowej. W połowie wyprawy odwiedziła go (tego Kanadyjczyka - ma się rozumieć) nawet żona (niebrzydka), syn (mały) i pies (ten ostatni w roli czegoś na kształt zapasowego koła w aucie), więc mój podziw nieco oklapł. Potem jednak pomyślałem sobie, że czegoś tam jednak ów Kanadyjczyk dokonał. Przez kilkadziesiąt musiał znosić dyskomfort stania w mrozie na sankach, a potem komfort niekończących się libacji z tubylcami. A ja? A ja siedzę sobie wygodnie w ciepełku i w fotelu, popijając ... co to ja popijam? A tę, no ... herbatkę ziołową z czosnku niedźwiedziego. No więc siedzę sobie wygodnie w ciepełku i w fotelu popijając wspomnianą herbatkę i tyle. Nic ciekawego i nic ekstremalnego, pomijając tę ... nieszczęsną, woniejącą domową kiełbasą, herbatkę!! W pewnej chwili dotarło do mnie - jednak i nagle - że skończyłem 50 lat, wiodę nudne, jałowe życie, świat pędzi do przodu, a ja nie dokonałem jeszcze niczego spektakularnego. Wlałem więc w siebie resztkę ... herbatki ... ziołowej, sięgnąłem po kajecik w rysowane kreciki i zacząłem planować szaleńcze misje i czyny, których zamierzam dokonać jeszcze w tym - 2019 - roku.
         Swój sprytny plan rozpocząłem od skonstatowania, że niestety prawie wszystko zostało już przewspiąte, przeszłe, przepłynięte, przebrnięte itp. Poza tym bądźmy realistami! Nie stać mnie na jacht pełnomorski, wynajęcie szerpiej, rozlicznej familii, balon sferyczny, arktyczne sanki na chromowanych alupłozach, a nawet na dżunglowe klapki i resztę ekwipunku o bilecie lotniczym na antypody już nie wspominając. Z drugiej strony, jak nadmieniłem, wszystko zostało już odkryte i zdobyte, więc co się będę pchał na obcy kraj świata, jako któryś tam pajac z kolei. Trzeba zrobić coś - tak sobie sprytnie pomyślałem! - czego nikt na świecie jeszcze nie zrobił, albo zrobił, ale się nie pochwalił, więc się nie liczy. Nabuzowany teiną i pomysłami, jak stary kocur syntetyczną walerianą, zacząłem zatem gorączkowo kombinować i ... wykombinowałem!
         Postanowiłem mianowicie zrobić coś, czego nie dokonała przede mną żadna istota myśląca, czyli połączyć pierwotny instynkt przyrodnika-odkrywcy z ponadprzeciętnym talentem kulinarnym. Jednym słowem pokonam kanał Kuwaski pod prąd(!) za pomocą wyprodukowanego w 1978 roku dymanego materaca "Śniardwy 1", na którym zamontuję eksperymentalny zestaw do gotowania golonki wieprzowej na dużym (sic!) ogniu. Z tego, co mi wiadomo, nikt przede mną tego nie dokonał, zwłaszcza jeżeli chodzi o ten ogień. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że golonkę gotujemy dłuuugo na małym ogniu, tak aby uzyskać mięso o optymalnej strukturze i takimże smaku.
         Misja nie jest specjalnie kosztowna, więc tym razem wyjątkowo nie proszę Was o wsparcie finansowe (na wszelki wypadek jednak: 236597846255431556 lub golonka tylna prawa). Będę jednak ogromnie wdzięczny, jeżeli podczas tej ekstremalnej wyprawy, będziecie ze mną myślami, sercem i resztą podrobów, a gdy to się już wreszcie skończy, przyjedziecie na metę, pofetujecie mnie bohatera i zjecie tę cholerną golonkę.
       Oczywiście to nie koniec mojego knucia, więc o kolejnych, fantastycznych planach zdobycia wszechświatowego rozgłosu dowiecie się niebawem.

PS. Tym razem moja ulubiona szuflada, czyli fotki w stylu nieodżałowanego Nietzsche`go.
PS.2. Ostatnimi czasy nie jestem zbyt aktywny w blogowaniu i w komentowaniu, ale zarobiony jestem okrutnie, tak w pracy, jak i w życiu osobistym.










poniedziałek, 9 lipca 2018

O tym, jak pokarał mnie Zły Los.

       Ten post miał zaistnieć kilka dni temu, ale Pani Przyroda do spółki ze Złym Losem czuwali i zrobili wszystko, co było w ich - niezmierzonych ludzkim umysłem - mocach, aby tak się nie stało. A wszystko to zaczęło się niby niewinnie od - obserwowanych od dawna - anomalii pogodowych, które sprawiły, że nasze ostatnie, przedświtowe wyjazdy znacznie się wydłużyły. Niestety tegoroczne lato (które trwa już od połowy marca!) jest, jakie jest, więc wegetacja zachowuje się tak, jakby była na zaawansowanych farmakologicznie prochach. Niby mamy początek lipca, ale ewidentnie w kalendarzyku P. Przyrody widnieje już sierpień. Dowody? Proszę bardzo! Zwróćcie łaskawie uwagę chociażby na jarzębiny, które pod naszą kamienicą już dobre dwa tygodnie temu pokryły się rewolucyjną czerwienią.
   Wspomniana, pędząca (jak większość mieszkańców Podlasia) wegetacja spowodowała, że po jęczmieniu ozimym, którym raczyły się pokazywane w poprzednich postach byczki, pozostało już tylko wspomnienie. Po byczkach niestety również, więc nie pozostało nam nic innego, aniżeli poszukać ich w nowych lokalizacjach, co spowodowało, że do domu zaczęliśmy wracać coraz później, a że trzeba odespać, to czasu zaczęło brakować. Tyle tylko, że to zaledwie wierzchołek mojej nieszczęsnej góry blogowej.
       Kiedy bowiem Pani Przyroda zmęczyła się kopaniem nas po tyłkach, zasiadła wygodnie w mszystym fotelu, wyciągnęła smartfon w etui z brzozowego łyka i zadzwoniła do swojego kolegi (lub, jak niesie wieść wojewódzka, baaardzo bliskiego przyjaciela) - Złego Losu. Nie było mnie oczywiście przy tej rozmowie, ale podejrzewam, że mogło to wyglądać mniej więcej tak:
- Halooo?
- Witaj mój Ty Zły Nosku-Losku, jesteś mocno zajęty?
- Przyrdziu Kochanie! Przecież wiesz, że dla Ciebie nigdy nie jestem zajęty! Mów  o co chodzi?
- W zasadzie o nic. Trzeba by tylko udupić takiego jednego przygłupa z Warmii, który włazi mi brudnymi gumiakami na posesję i udaje, że fotki pstryka. Pomożesz Misiu-Zły-Ptysiu?
- Przyrdziu! Królowo Ty Moja Zielono-Błękitna! Jeżeli tylko zgodzisz się na ... (dwa akapity usunięte po konsultacjach z moim bratem Maurycym (albo jakoś tak), który dorabia, jako prawnik) ... to ja zrobię, co tylko zechcesz. Więc jak?
- Złaku Zły! Na Peruna, na jakie Ty strony wchodzisz?! Ale zgoda, tylko zabij robaka. Nie!!! Czekaj!! No co Ty Losek!? Żartowałam przecież! Niech sobie szczurek pożyje do syta. Zrób mu coś takiego, żeby przeżył, ale jednocześnie żeby mu było przykro. Bardzo przykro!
- Szkoda, Moja Ty Caryco Ekosystemów Mokradłowych, bo akurat miałem wolną boreliozę, odmę i japońskie zapalenie mózgu, ale dla Ciebie Tajemny Kwiecie Puszczy Jaktorowskiej - wszystko! Wiesz co Przyrdziu. Zepsuję gnojowi kompa, ale tak porządnie, od serca! Ludziom podobno jest bardzo przykro, gdy zepsuje się im komputer. Tak przynajmniej czytałem ... albo ktoś mi mówił ... nie pamiętam ... często czegoś nie pamiętam ... Już jestem z powrotem Przyrdziu! Przepraszam, ostatnio źle się czuję. Podobno ta suka Fortuna ulepiła moją figurkę z pójdzich wypluwek i robi z nią takie rzeczy, że  Fatum, gdy to zobaczył, natychmiast poleciał do nocnego i pije do dziś!

       Widocznie Złemu Losowi bardzo zależało na tym czymś, co miała mu ofiarować Pani Przyroda, gdyż faktycznie zepsuł mi się komputer i to tak porządnie, czyli na amen. Na szczęście pracowe rzeczy miałem w kilku kopiach, czego jednak nie mogę powiedzieć o rzeczach niepracowych i stąd tzw. obsuwa blogowa. Dobranoc.

















niedziela, 19 października 2014

Czarny ląd.

           Jest sucho i będzie jeszcze suszej. To ciekawe, ale właśnie w Dolinie Biebrzy dotarło do mnie, że efekt cieplarniany naprawdę jest faktem.
Jak wynika z analizy prognozowanych zmian klimatu, przeprowadzonych w ramach projektu HABIT-CHANGE, pogoda w Dolinie zacznie się zmieniać. Wzrost temperatury spowoduje, że zimą zamiast śniegu coraz częściej będą padały deszcze. Brak pokrywy śnieżnej będzie skutkował zmniejszoną skalą wiosennych rozlewisk, co z kolei wpłynie niekorzystnie na inne procesy przyrodnicze. Ucierpią na tym ptaki, dla których Dolina stanowi ważny punkt na trasie ich wiosennych migracji i ryby, takie jak szczupak, dla których ciepła woda rozlewisk stanowi wymarzone miejsce na tarło. Odczują to także ssaki, których naturalnym siedliskiem są mokradła.
Wysoka, średnia temperatura zmieni także lato. Charakterystyczne dla tej pory roku będą długotrwałe susze, przerywane intensywnymi opadami.
Zamiana Doliny Biebrzy w Afrykę Centralną nie napawa optymizmem. Jedynym pocieszeniem dla mnie jest fakt, że będę wtedy zbyt stary, aby wyruszać w teren z aparatem. Przedstawiona powyżej, ponura wizja ma się bowiem ziścić w 2100 roku.