O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black-tailed gotwit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black-tailed gotwit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2018

Edukacja przede wszystkim!

Czasem (zwykle o brzasku lub wczesnym wieczorem, gdy jeszcze nie nastały lub właśnie zelżały upały) myślę sobie, że mój blog jest zbyt mało edukacyjny. Że trwonię czas na frywolne teksty, miast przekazywać fachową wiedzę przyrodniczą. Że nie szerzę, nie propaguję, nie nakłaniam i nie wychodzę przed. Że nie wykorzystuję otrzymanego bezpłatnie wykształcenia, posiadanych informacji i doświadczeń zdobytych podczas niezliczonych wyjść terenowych.
No cóż. Nikt nie jest doskonały, ale prawie każdy może się takim stać. Postanowiłem zatem zmienić nieco profil mojego, blogowego pisania i - od czasu do czasu - zamieszczać posty, które – mam nadzieję – w przystępny sposób przybliżą Wam zawiłości Natury, różnorodność bioróżnorodności, zrównoważony rozwój, biologię u podstaw ochrony przyrody, sozologię, politykę ekologiczną itp..
Swoje edukacyjne rozważania, chciałbym zacząć od mojego ulubionego gatunku, czyli rycyka (Limosa limosa) - jednego z krajowych przedstawicieli rodziny Scolopacidae (bekasowatych). Po długich przemyśleniach, uznałem że najlepszą formą prezentacji tego (i kolejnych także) gatunku, będą krótkie, ale jednocześnie ekstremalnie merytoryczne opisy towarzyszące poszczególnym fotografiom. Jednocześnie zdając sobie sprawę z faktu, że nie można – bo nie można - od razu rzucać się na głębokie mokradło, postanowiłem - przynajmniej na początek - zrezygnować z trudnego, naukowego żargonu i przedstawiać gatunki w sposób, jak najbardziej popularnonaukowy i przystępny dla każdego, kto czyta ten blog. Naturalnie w kolejnych odsłonach tej serii będę konsekwentnie zwiększał poziom trudności, by finalnie pisać już tylko i wyłącznie po łacinie. Ale do rzeczy, czyli do postu.

To jest Rycyk. Rycyk jest ptakiem.












A to jest Pani Czajka, która mieszka na tej samej łące. Czajka jest niegrzeczna, gdyż atakuje Rycyka. Nieładnie Pani Czajko!




Pan Rycyk lubi kołki. Pan Rycyk lubi przesiadywać na różnych kołkach. Czy umiałabyś/umiałbyś narysować ulubiony kołek Pana Rycyka?






To jest Pan Rycyk i Pani Rycyk. Pan Rycyk i Pani Rycyk bardzo lubią się przytulać, ale tylko wiosną. Gdy Pan Rycyk przytuli Panią Rycyk, wkrótce w gniazdku pojawią się jajka, a nieco później małe, puchate kulki, czyli pisklęta. Czy wiesz dlaczego?


Pan Rycyk czyści piórka. Pan Rycyk wie, jak ważna jest codzienna higiena. Czy bierzesz przykład z Pana Rycyka?


Jak już wiesz, Rycyk jest ptakiem, czyli umie latać. Jednak nie wszystkie ptaki posiadły tę umiejętność. Czy potrafiłabyś/potrafiłbyś wymienić choć jeden – pierwsze, trudne słowa - nielotny gatunek?




Mam nadzieję, że ta - nie bójmy się tego słowa - mini publikacja pozwoliła Wam dogłębnie poznać biologię Rycyka, którąż to wiedzę możecie śmiało wykorzystywać podczas wykładów, gminnych festynów i - oczywiście - wszelkiego typu spotkań towarzyskich na tzw. łonie.

PS. Jak zapewne zauważyliście, w opisy części zdjęć, wplecione są pytania. Niektóre z nich są łatwe (choć podchwytliwe), ale część może sprawić trudność nawet wytrawnym przyrodnikom. Nie zrażajcie się jednak i spróbujcie odpowiedzieć na nie w komentarzach.

czwartek, 8 czerwca 2017

Ponownie o płotach, ale trochę inaczej.



         Tak, zgadza się. Ponownie rycyki. Co jednak zrobić? Bardzo lubię te ptaki i dla mnie, to jeden z najważniejszych symboli Doliny Biebrzy w odróżnieniu od takiego np. bataliona. Tym razem post jednak nie o samych rycykach, a o tym, co pod nimi, czyli o płotach i innych elementach tzw. krajobrazu kulturowego Biebrzy i okolic.


         Kiedy, dawno, dawno temu wyprowadzałem się z Podlasia na Warmię, wszystko jeszcze było. Płoty, stogi, drewniane chałupy i takież mosty. Kiedy, co jakiś czas, przyjeżdżałem z Olsztyna nad Biebrzę, nie dawało się nie zauważyć, że tego wszystkiego zaczyna powoli ubywać. Jako pierwsze zaczęły znikać stare, drewniane domy, a na ich miejscu rozpanoszyły się te nowe – murowane (choć takie były również wcześniej). Potem nadszedł kres stogów, które zastąpiły baloty. Początkowo na śrdbrzezinnych łąkach pojawiły się te zwykłe, wyglądające tak, jakby ktoś zwinął tysiąc naściennych makatek w jeden, olbrzymi rulon, a potem zapanowały - wszechobecne dziś - kule, wyglądające z daleka, jak wielkie pieczarki. Płoty znikały znacznie wolniej, gdyż ludzie raczej ich nie rozbierali, czekając aż powali je czas. Gdy to następowało, ich miejsce zajmowały najpierw betonowe słupki z drutem kolczastym, a potem geometrycznie estetyczne, elektryczne pastuchy. 


         Z jednej strony żałuję, że miejsca, które znałem z dzieciństwa, istnieją już tylko w części. Z drugiej jednak strony, nie jestem estrermalnie zetnografiałym turystą lub - co gorsza - "miłośnikiem Biebrzy", który w zaciszu swojego domu biadoli bez przerwy o degradacji Doliny i zanikających tradycjach, ale publicznie nie piśnie, ani słowa, bo - nie daj Pani Przyrodo - jeszcze się komuś narazi. W odróżnieniu od tych dwóch, naprędce przetoczonych typów, rozumiem, że mieszkańcy wiejskiego Podlasia (i nie tylko z resztą Podlasia) nie chcą być jedną z atrakcji dla turystów (i wspomnianych „miłośników”). To nie są eksponaty w skansenie, tylko żywi ludzi prowadzący swoje gospodarstwa w taki sposób, by móc utrzymać swoje rodziny, a nie tylko pielęgnować landszafciki dla fotografów. To ludzie, którzy mają prawo mieszkać w takich domach w jakich chcą i jeździć po drogach, które nie skasują im samochodów po upływie roku.


         Faktem jest jednak, że tracimy, często bezpowrotnie, coś wyjątkowo cennego, czego nie będziemy mogli już odtworzyć. Tyle tylko, że wspomniane biadolenie, bez podjęcia jakichkolwiek działań, zda się najwyżej zabiedzonemu psu na takąż budę. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że próby zachowania tego, co jeszcze zostało nie są łatwe, ale nie jest to też walka z wiatrakami. Widać to wyraźnie chociażby w przypadku ochrony przyrody na terenach rolniczych. Od 2004 roku jesteśmy w Unii i właśnie z niej przyszły do nas programy rolnośrodowiskowe http://www.arimr.gov.pl/programy-2002-2013/prow-2007-2013/program-rolnosrodowiskowy/program-rolnosrodowiskowy-kampania-2017.html, czyli jeden z przykładów na to, że nie wszystko to, czego dotknie się brukselski urzędnik, zamienia się w ..., a na pewno nie w złoto. Wspomniane programy były początkowo - jak można się domyślać - przyjmowane nieufnie, czyli tak, jak na wsi przyjmuje się każdą nowość. Lata pokazały jednak, że nie ma się czego obawiać i dziś wielu rolników z Doliny jest ich beneficjentem, gdyż to się po prostu opłaca. I, między innymi, dzięki temu możemy fotografować przekolorowane, nadrzeczne łąki, których w takiej masie na próżno by szukać w innych regionach kraju, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem. I to właśnie z tych łąk, położonych nad Biebrzą i Wissą, pochodzą poniższe zdjęcia.


         Ochrona przyrody, to jedno, ale ochrona niektórych elementów krajobrazu, to już nieco inna klechda. Wprawdzie istnieje szereg dokumentów dotyczących tej kwestii, takich jak np. Europejska Konwencja Krajobrazowa, Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, Ustawa o ochronie przyrody, czy wreszcie plany zagospodarowania przestrzennego. Tyle tylko, że akty te zazwyczaj ograniczają się do ochrony zabytków, układów ruralistycznych, tworzenia obszarów chronionych itp., a nie do jakiś tam płotków i studziennych żurawi.


         Trudno oczekiwać, że sami rolnicy zajmą się tym problem, gdyż po pierwsze rzadko go dostrzegają, a po drugie, wymaga to czasu i nakładów, a w gospodarstwie, zwłaszcza z tym pierwszym, bywa ciężko. Wiem jednak, że w Dolinie mieszka sporo osób, którym nieobca i nieobojętna jest opisana wyżej kwestia i, którzy jednocześnie nie zaliczają się do, wspomnianej wyżej, kategorii "kuchennych wojowników". Może warto pomyśleć o założeniu stowarzyszenia/fundacji lub zainteresowaniu tematem, którejś z funkcjonujących w Dolinie lokalnych grup działania? Być może, gdyby pojawiły się środki finansowe na utrzymanie pozostałości resztek biebrzańskiej świetności, mieszkańcy tych okolic spojrzeliby na te sprawy trochę inaczej?

PS.2.  A może ktoś z Was ma inny pomysł?



















niedziela, 7 maja 2017

Majowa przysięga.

Dziś pierwsza porcja fotek z Doliny. Jak widać (mam nadzieję!), źle nie było, ale niech będzie przeklęty ten, kto wymyślił weekend majowy i ta, która tchnęła w rodaków potrzebę spędzenia tego czasu poza domem. Ale do rzeczy. 
Nad Biebrzę dotarliśmy w sobotę w porze nienachalnie wczesnej. Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście na festyn w Osowcu, czyli niezwykle urokliwą imprezę, choć z jednym mankamentem. Osowieckie targi odwiedzamy każdego roku, głównie dlatego, że można tam skonsumować coś na szybko, nacieszyć oczy wytworami polskich i azjatyckich twórców o niekoniecznie ludowej proweniencji oraz zorientować się, jak bardzo będzie źle podczas kolejnych dni. Panuje tam niepowtarzalna mieszanina zabawy, lekkiego chaosu i oczywiście wszechobecnego lansu (nigdzie indziej nie spotkacie tylu „fotografów przyrody” i „traperów”), czyli – innymi słowy - jest bardzo przyjemnie i wesoło. 
Co zaś tyczy wspomnianego mankamentu, to nazywał się on „przenośna scena muzyczna wraz z zawartością”. Żeby było jasne. Ja, Proszę Państwa, doskonale rozumiem, że na różnego rodzaju festynach muzyka być musi. Zdaję sobie też sprawę z faktu, że organizatorzy nie mieli środków finansowych na wynajęcie tokijskich filharmoników, czy takiej np. Rodowicz i musieli posiłkować się miejscowym aktywem śpiewaczym. Szkoda tylko, że nie zadbali o umyślnego, który zasiadłby przy konsolecie i zamienił ten ideał hałasu w coś, co nie wymuszałoby myśli o wygryzieniu sobie nawzajem błon bębenkowych!? Tego nijak pojąć nie mogliśmy i dlatego właśnie, połykając w pośpiechu resztki przepysznego, tatarskiego fast food`u, daliśmy nogę do samochodu.
Grobla na Biały Grąd, która miała stać nam się domem na tych kilka dni, przywitała nas upragnioną ciszą i spokojem. Nie było ludzi, więc okolica jawiła się, jako ta sielska kraina z karłowatą brzozą w tle. Tyle tylko, że była to krótkotrwała cisza przed burzą, gdyż festyn definitywnie się skończył i chwilę później nadciągnęła turystyczna horda zaopatrzona w dzieci, psy i plecaczki pełne wiktuałów. Z przewodnikami płci obojga, z aparatami, lornetkami i - jak zwykle - bez gumowców, czyli Sodoma, Gomora i Warszawa w jednym!
Ludzi momentami było tak dużo, że gdyby nie ewakuacja, miniony weekend przypłaciłbym, interesującą dla każdego psychiatry, sekwencją tików nerwowych lub wręcz zaistnieniem w lokalnej społeczności, jako tzw. Głupi Wojtek. I nie chodzi mi nawet o samo fotografowanie. W takim miejscu i w takim czasie, nawet zwyczajne przygotowanie sobie posiłku, to gastronomiczny striptiz i jestem pewien, że moje skryte upodobania kulinarne zna dziś jakieś tysiąc osób z hakiem, w tym wielu nieletnich.
Na zakończenie chciałbym coś wyjaśnić. Nie jestem przeciwnikiem turystyki masowej, ani też gościem przekonanym, że Biebrza, to jego własność. Jak już wielokrotnie pisałem, park jest dla wszystkich i ci wszyscy mają prawo go odwiedzać. Nie będę jednak udawał, że erupcja demograficzna na wąskiej grobli pośród rozlewisk, to szczyt moich majowych marzeń.

PS. Po powrocie do Olsztyna zabiliśmy czarnego kurczaka (do kupienia na targowisku po 11,99 zł za kilogram) i po narysowaniu przy pomocy jego krwi magicznych znaków na kuchennej terakocie, złożyliśmy uroczystą przysięgę, że w przyszłości wszystkie majówki będziemy spędzać na, cudownie bezludnych, hałdach kopalnianych w Rudzie Śląskiej.