O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wren.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wren.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

Syndrom.


     Jakiś czas temu córka kupiła mi książkę Stanisława Łubieńskiego pt. „Dwanaście srok za ogon”. Polecam, gdyż dobrze się to czyta, a poza tym, Autor prezentuje inne spojrzenie na ornitologię i ornitologów, niż to, które zapewne znacie.
     Nie mam oczywiście zamiaru streszczać tej książki, bo pewnie przeczytacie ją sami. Chciałbym jedynie wspomnieć o jednej z wielu, poruszonych w niej kwestii, a mianowicie o syndromie BDC (Birding Compulsive Disorder). To coś, to wymyślona przez Petera Cashwell`a jednostka chorobowa polegająca na skupianiu całej uwagi na ptakach, objawiająca się np. odruchowym hamowaniem podczas jazdy samochodem, gdy na poboczu mignie coś ptakopodobnego.
     Przyznam, że do tej pory nie słyszałem o BDC, ale pomyślałem, że coś jest na rzeczy i że nie dotyczy to wyłącznie ptaków. Sam często tego doświadczam, a już jazda samochodem poza obszarem zabudowanym, to dla mnie zawsze igranie ze stłuczką, rowem lub z drzewem. Jakoś nie wyobrażam sobie, że jadę i odruchowo nie omiatam wzrokiem okolicy. Pół biedy, gdy jestem na Podlasiu, gdzie drogi są raczej proste. Zdecydowanie gorzej wygląda podróżowanie po Warmii i Mazurach, gdzie na każdy kilometr przypada pięć zakrętów, dwieście drzew i jeden pijany kolarz, a ja nie dość, że intensywnie wypatruję oznak życia biologicznego innego, niż nawalony cyklista, to na dodatek mam na kolanach aparat z teleobiektywem. Do tego dochodzi wspomniane wyżej gwałtowane hamowanie - bo łoś, cofanie na dwupasmówce - bo minąłem lisa, czy zostawianie samochodu na światłach awaryjnych wszędzie tam gdzie się tylko da. Albo i się nie da, ale w pobliżu nie ma drogówki.
     Jazda autem, to nie wszystko. Wielokrotnie, zwłaszcza wiosną, żurawi klangor, czy ciągnące gęsi, powodują u mnie rodzaj umysłowego zawieszenia, niezależnie od tego, co robię w danej chwili (dobrze, że nie jestem neurochirurgiem). Albo kolejny przykład. Poszedłem kiedyś do kina na „Ogniem i mieczem”, bo interesuję się historią i lubiłem poprzednie filmy Jerzego Hoffmana. I co głównie zapamiętałem z tego filmu? Rycyki! Jest taka scena (kiedyś już chyba o tym pisałem), gdy Skrzetuski płynie czajką na Sicz i w pewnym momencie z nadrzecznych chabazi podrywa się stado tych ptaków. Nigdy nie widziałem rycyków w liczbie większej, niż cztery, a tu proszę - cała chmara! A do tego dochodzi jeszcze oczywiście fotografia. Oglądam mecz Ligi Mistrzów, akcja przenosi się na pole karne, zamieszanie…, a ja już od dłuższego czasu i tak bardziej interesuję się sprzętem fotoreporterów sportowych siedzących za linią bramkową, niż poczynaniami piłkarzy.
     I tak prawie zawsze. Do lektury książki Łubieńskiego myślałem, że to normalne, a tu proszę. Okazuje się, że jestem chory psychicznie! I teraz nie wiem, co robić. Iść do lekarza, czy spokojnie przeczekać, aż samo przejdzie?