To
jeden z najbardziej aktualnych ze wszystkich moich postów, ponieważ wszystkie zdjęcia
do niego zrobiłem dzisiaj rano. Miałem co prawda zamiar zamieścić inną historię,
ale jak tu nie dać gorącego towaru. Korzystając z pogody pojechałem do lasu na
zdjęcia zupełnie czegoś innego. Las, o którym mowa zalicza się do tzw. lasów
malowniczych. Na niewielkiej, jak na Warmię i Mazury, powierzchni występuje
chyba większość polskich siedlisk leśnych, pomijając strefy wysokogórskie i
nadmorskie. Buczyna miesza się z borem świerkowym, ols z łęgiem, niewielkie
wzniesienia z śródleśnymi torfowiskami itd. itd. Stałem sobie zatem w
malowniczym lesie, wypatrując tego zupełnie czegoś innego, gdy z koron drzew tuż
nad moją głową dobiegł nieznany mi, donośny i wyjątkowo nieprzyjemny głos jakiegoś
zwierzęcia. Pierwszymi skojarzeniami były wściekły kot lub diabeł tasmański, ale
skąd kot, a tym bardziej diabeł w środku malowniczego lasu, w dodatku na dość
znacznej wysokości. Nic z tych rzeczy. Zwierzątkiem, które Natura tak skrzywdziła
wokalnie, okazała się kuna leśna (zwana także tumakiem). Widziałem ją po raz
drugi w życiu, ale po raz pierwszy z bliższej odległości i dłużej, stąd brak
osłuchania. Co innego kuny domowe (zwane także kamionkami). Te zamieszkują w
sąsiedztwie kamienicy, w której mieszkam, więc zdarza się, że widuję je przebiegające
wieczorem przez ulicę. Sporo ich w płaskiej formie zdobi również pobocza dróg.
Gdyby jednak ktoś urządzał wybory kuniej miss, domowa nie miałaby żadnych szans
z leśną. Nie mam co prawda zdjęć tej pierwszej, ale można wierzyć mi na słowo.










