O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzmielojad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzmielojad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

Duch i Mrok i Muszka.


         Wczoraj w ramach ogólnopolskiej akcji „Wyjdź z błota – idź do kina!”, obejrzeliśmy film „Duch i Mrok”. Ci z Was, którzy rzeczony obraz znają, wiedzą o co chodzi. Pozostałym zaś wyjaśniam (bez szkody dla przyjemności oglądania), że bohaterami filmu są dwa wesołe lwy (tytułowi Duch i Mrok), których największą (niezrozumiałą dla ludzi) pasją jest masowa konsumpcja robotników, budujących linię kolejową, hen gdzieś tam, w Afryce.

         Po godzinie oglądania przygód kotów-zabójców, pomyślałem po raz któryś, że mieszkanie w takich miejscach, jak Afryka, to jednak wyższa szkoła survivalu. Pomyślcie sami. W Polsce wychodzisz po bułki, kupujesz je i już. Tam, wychodząc w tym samym celu, sam możesz stać się bułką. Na Warmii, ukąszenie insekta, kończy się swędzeniem, w Kongo, ukąszenie insekta, kończy się umarciem. W Olsztynie, pod blokiem, spotykasz starszą panią wyprowadzającą na smyczy Muszkę (mały, czarny, stary i bardzo otłuszczony piesek), w Lagos, pod blokiem, spotykasz młodego osobnika wyprowadzającego na łańcuchu Painful Death (wielka, centkowana, w sile wieku i bardzo umięśniona hiena) itd., itd..

         Afryka, to jednak nie tylko wspomniane na początku lwy, które nota bene, corocznie zabijają 70 osób. To cała masa złych zwierząt i dlatego też mieszkańcy Czarnego Lądu, muszą doskonale znać zwyczaje całej, lokalnej fauny drapieżnej. Dlaczego? A chociażby dlatego, żeby wiedzieć, gdzie szukać wujka, który przyjechał w tzw. gości i wieczorem oznajmił, że idzie się przewietrzyć. Bo jeżeli w okolicy grasuje lampart (średnia roczna - 15 osób), pozostałości wujka trzeba szukać na drzewie. Jeżeli, zbudowaną z gliny i liści palmowych, aglomerację systematycznie odwiedza stado bawołów (200 osób) lub słoni (500), wychodząc na poszukiwanie krewnego, należy wypatrywać sępów i rozglądać się za kolorową plamą na ziemi. W sytuacji, gdy w sąsiedztwie zamieszkuje pyton lub anakonda (nie znalazłem statystyk), rodzina poszukuje czegoś długiego, z wujkokształtnym zgrubieniem w środku. To są jednak drobiazgi. Problemy zaczynają się wtedy, gdy w pobliżu jest rzeka lub zbiornik wodny. Tam już wujka nikt nie szuka, gdyż znając zwyczaje krokodyli (1500-2500) i hipopotamów (3000), miejscowi wiedzą, że to bez sensu.

         W Polsce, na szczęście, nie mamy takich problemów. Lektura prasowych doniesień z ostatnich kilkudziesięciu lat pokazuje, że rodzime zwierzaki nie dybią na nasze życie (odwrotnie i owszem). Wychodząc z domu nie musimy zatem żegnać się z rodziną na wypadek, gdyby na trasie dom-praca coś nas zeżarło. Jadąc na wakacje nie zabieramy sztucera i nie budujemy kolczastych ogrodzeń wokół wynajętej kwatery agroturystycznej. Prawda jest taka, że jeżeli sami sobie nie zrobimy krzywdy, to w przyrodzie nic złego nam się nie przytrafi.

No dobrze, a jak w Polsce wyglądałaby analogiczna, do opisanej powyżej sytuacja, czyli zaginięcie wujka? Banalnie prosto. Wujek nie wraca, więc fatygujemy się do najbliższej knajpy lub kościoła, znajdujemy zgubę zatopioną w piwie lub w modlitwie i zabieramy go do domu. I po sprawie.

PS. Na zdjęciach sieweczka rzeczna i widziany przeze mnie po raz pierwszy z bliska, trzmielojad. Dlaczego razem w jednym poście? Popatrzcie na oczy.