Na
fotkach niby jest lis, ale tekst niestety nie będzie o psowatym, gdyż na skutek sfałszowanego losowania możecie o nim przeczytać WYŁĄCZNIE na blogu gŁosia http://glosbagien.blogspot.com/. Wzburzony
tak jawną niesprawiedliwością połączoną z - niespotykanym w cywilizowanym świecie - pogwałceniem podstawowych praw człowieka do swobodnego opisywania lisów,
obraziłem się śmiertelnie i postanowiłem już nigdy więcej nie napisać ani jednego
słowa na temat jakiegokolwiek rudzielca z kitą w tylnym końcu kadłuba. Od dziś słowo "LIS" znika z mojego, osobistego leksykonu. Tam tylko słowo! Z mojego słownika znika wszystko, co zawiera ten
głupi zlepek trzech liter. I tak oto, nie mam Ci już LIStonosza, gdyż od dziś jest wyłącznie
zostawiacz awiz(ów). Jednym, zdecydowanym ruchem dłoni wykreśliłem z
kalendarza LIStopad, zastępując go (na razie prowizorycznie) miesiącem poprzedzającym grudzień lub - opcjonalnie - okresem następującym po
październiku.
Moim ulubionym
okryciem wierzchnim przestała być peLISa,
a stała się nim, podbita sztucznym baranem kapota, którą kupiłem onegdaj na Kurpiach od
stacjonarnego handlarza starzyzną. Dodatkowo (i złośliwie) wyprasowałem wszystkie pLISy w spódnicach gŁosia oraz wlałem
silny środek pobudzający do jej miesięcznego przydziału meLISy.
Zlikwidowałem wszelakie,
posiadane przeze mnie poLISy ubezpieczeniowe i zawierzywszy, niewiarygodnie wręcz uczciwie wyglądającemu domokrążcy, podpisałem jakiś dokument, dzięki czemu finalnie mam stać się bajecznie zamożnym emerytem, posiadaczem uniwersalnego zestawu garnków oraz kołdry z wełny endemicznego podgatunku alpaki spod Elbląga.
W niekontrolowanym
szale wywaliłem z szafy wszystkie waLIZ
... no żesz! Przepraszam, ale muszę szybko lecieć do śmietnika. OK, już
jestem z powrotem. Dzięki Pani Przyrodzie litościwa sąsiadka pozbywając się zabytkowych
(sądząc po wyglądzie i zapachu) ogórków kwaszonych, wywaliła je do sąsiedniego
pojemnika, więc moje cenne czemodany szczęśliwie ocalały. Jedźmy zatem dalej.
Już nigdy nie
zajrzę za kuLISy żadnej operetki w chwili, gdy
aktorki przebierają się do kolejnych scen i zacznę prowadzić się porządniej, aby nie zarazić się LISzajem,
czy inną francą z LISem na końcu. Wytruję wszystkie pszczoły, by przestały produkować propoLIS oraz zacznę żarliwie i publicznie wspierać transport drogowy, by finansowo i (przede wszystkim) mentalnie wykończyć fLISaków.
Każdego, pierwszego dnia kwietnia będę ponury, jak noc w miesiącu
poprzedzającym grudzień i żadne głupie prima apriLISy nie wzniecą we mnie cienia chęci sprokurowania żarciku (zwłaszcza
tego z wydrążonym kowadłem wypełnionym rtęcią i umieszczonym nad ranem na chybotliwych drzwiach do ustępu).
Jeżeli
kiedykolwiek zostanę stolarzem, cieślą i/lub snycerzem, będę korzystał wyłącznie z draneczek, deseczek,
patyczków itp., gdyż w moim renomowanym zakładzie nie będzie miejsca dla
żadnych, parszywych LIStewek, a gdy wreszcie cofną mi zakaz opuszczania kraju, stanę się
postrachem światowej sławy muzeów i galerii, zrywając LIStki
figowe skrywające ascetyczne przyrodzenia antycznych herosów.
Mógłbym
tak w nieskończoność, ale wiem, że już wiecie o co mi chodzi, kto ponosi całą winę i w kogo, jako drudzy, macie rzucić kamieniem.




































