O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia i Mazury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia i Mazury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2020

Wróciłem ... chyba

 

         Od czasu mojego ostatniego postu minął kaszmir czasu. Podejrzewam, że większość z Was dobiega już setki, nieletnie wówczas dzieci pokończyły szkoły lub siedzą w więzieniu, Ci zaś którzy dotąd nie czytali mojego bloga, będą mogli wreszcie to uczynić dzięki akcji zwalczania analfabetyzmu w krajach trzeciej Europy.

         Przyznam szczerze, że nie bardzo chciałem wracać do blogowania, zwłaszcza że za czas jakiś uruchamiamy z gŁośką nowy projekt, który na razie nosi roboczą nazwę "Nowy projekt". Nie bardzo miałem co pokazywać, gdyż CBŚ skonfiskowało mi większość zdjęć pod jakimś bzdurnym pretekstem zwalczania nieobyczajności. Z tekstami też było słabo, gdyż przemiły pielęgniarz podczas pobierania mi wymazu z zatok, prawdopodobnie uszkodził mi czasowo, odpowiadającą za nie (znaczy, te teksty) część mózgu.

         Kiedy jednak moją skrzynkę mailową zaczęły zapychać tysiące listów od moich dawnych czytelników ... no dobra, tak konkretnie, to przyszły tylko dwa, w tym jeden z działu windykacji pewnego banku (swoją drogą, co za chamstwo wysyłać coś takiego, gdy człowiek stoi na dwunastej linii walki z pandemią), pomyślałem, że czas skończyć z blogowym marazmem i wreszcie przygotować jakiś post.

         I oto właśnie ON. Skromny jeszcze, gdyż czasy zarazy nie sprzyjają tworzeniu ponadczasowych dzieł, mózg dalej pobolewa, ale to się wkrótce zmieni, być może już pod szyldem tajemniczego "Nowego projektu".

         Tak, czy siak, trzymajcie się zdrowo i niech Wasi - jacykolwiek by nie byli - Bogowie uchronią Was przed respiratorem.







niedziela, 7 kwietnia 2019

W Krainie Paskudy


         Ostatnio wybrałem się nad Łynę przecinającą północne kresy województwa  warmińsko-mazurskiego w ramach inwentaryzacji ornitologicznej, czyli w zamierzeniach i oczekiwaniach miał to być wyjazd pożyteczny, a zarazem przyjemny. Pożyteczny, bo wiadomo, a przyjemny, gdyż byłem pewien, że spędzę kilka godzin na świeżym powietrzu (nareszcie!) i natrzaskam fotek do bloga oraz na wystawy, co to są przed nami.
         Przyznam szczerze, że ów teren był dla mnie równie nieznany, jak - nie przymierzając - powód, dla którego "Dziady" Mickiewicza znajdują się ciągle w kanonie lektur szkolnych. Z googlowych map niewiele wynikało, ale że nie wyglądało to skrajnie źle, poza mapami, GPS-em i lornetką zabrałem ze sobą aparaty fotograficzne.
         Eksplorację zacząłem przy niewielkim cmentarzyku, obok którego przepływa rzeczona rzeka Łyna, co powinno dać mi do myślenia, ale ... nie dało. Tak, czy siak ruszyłem w dół rzeki z lornetką na klatce z piersiami i z mapą oraz GPS-em w dłoni. Aparaty spoczywał bezpiecznie w plecaku, ale w taki sposób, by móc je wydobyć w ułamku godziny.
         Przy wspomnianym cmentarzu było jeszcze jako tako. Zięby, pierwiosnki, kosy, rudziki itp. Niestety, im bardziej oddalałem się od nekropolii, tym bardziej ptaków ubywało. Tam ubywało! Nie było ich w dosłownym znaczeniu tego zlepku słów! Tak nędznego pod względem awifauny terenu nie widziałem nigdy, a przecież żyję nie od onegdaj! Brnąłem jednak dalej, gdyż zlecenie, to zlecenie i byłem coraz bardziej zdziwiony. Krajobraz, jak mawia młodzież, całkiem spoko, a ptaków nie ma! Oczywiście w lesie porastającym kanion wyżłobiony przez rzekę jakieś ptaki były, ale mnie interesowały przede wszystkim osobniki związane sercem i żołądkiem z siedliskami trawiastymi oraz mokradłowymi. I właśnie na tych obszarach panował absolutny brak jakiegokolwiek życia biologicznego, jak bywa tylko ... na cmentarzach wieczorową porą. Nie mam zielonego pojęcia z czego to wynika. Wiosna w rozkwicie, a tam nawet głupiego skowronka nie zaznałem, nie wspominając już o siewkowcach, trznadlach, żurawiach, czy nawet o bocianach białych, które powróciły już na Warmię z tzw. Ciepłych Krajów. Przyznam się, że w pewnym momencie poczułem się nawet nieco nieswojo. Może - myślałem - w tych, otulających rzekę, krzakach siedzi jakaś ptakożerna paskuda i wyjada wszystko, co ma skrzydła i dziób? A co - myślałem dalej - jeżeli znudził się jej już drób i zapragnęła wprowadzić do diety ludzinę? W końcu taki ptak, to tylko trochę pneumatycznych kostek i pierza, a człowiek, to wszakże pokaźna ilość schabu, karkówki, łopatek, żeber, podgardla i golonek oraz - ma się rozumieć - smakowitych podrobów. Na wszelki wypadek, co jakiś czas, lustrowałem więc uważnie okolicę, ale niczego, co przypominałoby choć trochę ptakoludojada nie zauważyłem (choć czułem, że on tam jest), więc wlokłem się dalej i ... dalej.
         W tym miejscu miały być fotki z wyprawy, ale ich nie będzie, gdyż nie wyjąłem aparatów z plecaka, ani razu. Niestety będę tam musiał jeszcze wrócić (i to trzy razy), ale teraz przynajmniej wiem, że zamiast aparatów zapakuję do wora zdecydowanie więcej wiktuałów. Zdjęć i tak nie zrobię, ale przynajmniej nafaszeruję wspomniane podroby smakołykami ku uciesze wygłodniałej paskudy.

PS. Poniżej fotki z zagubionej (i niedawno odnalezionej) karty. Są mało aktualne, ale na co ja na to biedny poradzę.















wtorek, 26 lutego 2019

Tradycyjne narzekanie, ale tym razem nie bez powodu


       W pierwszych słowach mojego postu informuję, że zdrowy jestem, czego i Wam serdecznie życzę. Przepraszam za zwłokę w komentowaniu i odpowiadaniu na komentarze, ale ostatnio jakoś mijam się z siecią. Nie wiem, czy to wina pracy, przesilenia wiosennego, wieku, czekających nas dwóch wystaw, czy jeszcze czegoś innego? Wiem jednak, że jeszcze kilka dni takiej absencji i musiałbym zamknąć interes na zawsze, więc postanowiłem jednak coś tam naskrobać. Muszę Was jednak ostrzec, że znowu trochę ponarzekam, ale cóż zrobić, skoro ostatnio kompletnie mi się nie wiedzie.
         Zacznę od sportu. Podejrzewam, że większość z Was z zapartym tchem obserwowała naszych skoczków narciarskich podczas, rozgrywanych aktualnie, mistrzostw świata. Jak zapewne zauważyliście nie było mnie w ekipie zmontowanej naprędce i pochopnie przez Austriaka (jasne!) Horngachera. Wyobrażacie to sobie?! Nie było mnie nawet w tzw. szerokiej kadrze, więc nic dziwnego, że zawody zakończyły się tak, jak się zakończyły, czyli klapą.
         Od pewnego czasu kibice piłki nożnej  emocjonują się wyczynami niejakiego Wtor ... tzn. Piątka na boiskach Serie A, niczym Kopernik obrotami ciał niebieskich. Obserwując ten, coraz bardziej nabrzmiały, balonik pomyślałem sobie, że przecież jeszcze pół roku temu piątek kojarzył się Polakom ze wszystkim (w tym zwłaszcza z libacjami alkoholowym), tylko nie ze sportem. Skoro - rozmyślałem dalej - można z niebytu od razu trafić na salony, to dlaczego nie mogłoby przytrafić się to i mnie. Przecież statystycznie jest to bardziej prawdopodobne, niż to że w Olsztynie przejedzie mnie metro. I co? I nico, jak mawiał Petrarka po przedawkowaniu pejotlu. Przez ostatni tydzień nie rozstawałem się z komórką nawet w nocy (uwzględniałem różnice czasowe) i ... ani jednego telefonu z klubów piłkarskich! Wyobrażacie to sobie?! Przez siedem długich dni nie zadzwonili, ani z ... no dobra w Barcelonie mają na razie Messiego, ani nawet z FC Wasilewski Jan Nagrobki na NFZ Wólka Żwirowa k/Ornety. Choć trudno w to uwierzyć kompletnie nikomu nie przyszło do głowy, żeby kupić dobrze rokującego stopera (czyli mnie) od gŁosia choćby nawet za średnią krajową! Próbowałem jeszcze przebojem wejść do kadry olimpijskiej w gimnastyce artystycznej, ale powiedzieli mi, że ważę więcej, aniżeli wszyscy pozostali zawodnicy razem wzięci, szanse na wieniec bobkowy mam niewielkie, a oni muszą liczyć każdy grosz, więc mam się zgłosić dopiero po zrzuceniu 95% aktualnej wagi ciała. Wyobrażacie to sobie?! 
         Albo na przykład taka kultura. Ostatnio odbyła się ceremonia wręczenia Oskarów. Większość splendoru przypadła jakiejś taniej szmirze z południa Ameryki Północnej (swoją drogą, kiedy wreszcie skończy się płacenie za politykę kolonialną?!), ale nic w tym dziwnego zważywszy na to, co przyjechało z Polski! Po pierwsze "Zimna wojna" jest filmem (powiedzmy) czarno-białym! W XXI wieku! Kolorowa taśma jest znana już od 1902 roku, a my dalej tkwimy w piwnicy jakiegoś prowincjonalnego muzeum kinematografii. Do tego zero efektów specjalnych, zero kosmitów, zero potworów oraz - przede wszystkim - zero wyuzdanego seksu z udziałem tych ostatnich! Jednym słowem, zero Dziesiątej Muzy! A tymczasem ja nakręciłem prostą komórą arcydzieło z kotem w roli głównej (nie z tym Kotem!), który przy tym czymś rodem z z rynsztoków faweli, to arcydzieło, kwintesencja filmowego geniuszu i w dodatku w full HD, w coś tam K i oczywiście w kolorze! Tyle tylko, że nikt nawet nie zadzwonił, żeby zaproponować mi zgłoszenie tej perełki do konkursu! Wyobrażacie to sobie?! Nikt! Oczywiście nie liczyłem na "kolegów" z branży, bo ci zjedli by mnie najchętniej żywcem (z odrobiną czosnku, rozmarynu i tłuczonej rzodkwi). Liczyłem na tzw. krytyków, ale potem pomyślałem sobie, że to w sumie banda po jednych pieniądzach, jak zwykł mawiać Słowacki o Mickiewiczu i jego przydupasach z terenu dzisiejszej Białorusi.
       O Noblu już nawet nie chce mi się pisać. Tyle naukowych postów o kręgosłupie gŁośki i nawet jednej, głupiej pocztówki z Karolinska Institutet. Wyobrażacie to sobie?! Nawet SMS`a nie przysłali, że owszem doceniają, są pod wrażeniem, ogólnie känsla, ale że kasy w tym roku nie ma za wiele (bo pokojowy podrożał o VAT, czy coś tam), to tym razem wysyłają kubek z napisem Sweden i kosz konserw z humbaka, albo z innej ryby.
         Mógłbym tak wyliczać w nieskończoność, ale jestem pewien, że po lekturze tych szczerych wynurzeń, srebrzystych łez strumienie rzeźbią w Waszych twarzach żleby żałości żałobnej, a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.
         Tymczasem fotki ptactwa (i sarenek) z warmińskich obszarów wiejskich. Niestety spodziewane tsunami pierzastych migrantów okazało się prawie kompletną flautą, ale cóż, cierpliwie czekamy. 














czwartek, 7 lutego 2019

O tym, jak niestety zacząłem spacerować


         Z uwagi na kontuzję gŁośki i zalecenia ludzi uczonych w medycynie, zaczęliśmy szurać butem po rewirze, czyli - jak mawiano przed wojną - spacerować. Wbrew pozorom, nie piszę tego wszystkiego, żeby pochwalić się swoją aktywnością ruchową. Piszę to, żeby pokazać, jak nisko można upaść z powodu przepuklin na żoninych kręgach szyjnych.
         Początkowo nie chciałem o tym wspominać, głównie ze względu na osobistą konstrukcję psychiczną, która - w odróżnieniu od konstrukcji fizycznej - należy do tych delikatniejszych, ale po lekturze tanich lub - częściej - bezpłatnych poradników psychologicznych oraz artykułów z pism przesadnie kolorowych (ale za to z programem TV, choć niestety bez gołych bab), postanowiłem uzewnętrznić buzujące we mnie uczucia.
         Przyznam szczerze. Nienawidzę spacerów, podobnie z resztą, jak nie cierpię chodzenia, jeżdżenia na rowerze, pływania kajakiem oraz podchodzenia pod górę. Żeby jednak było jasne. Chodzę po terenie, kiedyś jeździłem na rowerze (niestety ortopeda odradził, zakazał ... nie pamiętam), często pływam kajakiem oraz - jak to na Warmii - podchodzę pod górę. Dlaczego zatem nienawidzę i zarazem uprawiam chodzenie, pływanie i podchodzenie? Bardzo dobre pytanie, świadczące o tym, że jednak Państwo czytacie ze zrozumieniem. Otóż chodzenie, jeżdżenie, pływanie oraz podchodzenie, to dla mnie wyłącznie środki do celu, a nie cele same w sobie. Nie chodzę, nie jeździłem, nie pływam i nie podchodzę, li jedynie dla samego chodzenia, jazdy, pływania oraz podchodzenia. Nie chodzę, nie jeździłem, nie pływam oraz nie podchodzę, gdyż nie lubię, nie cierpię, nie pochwalam, nie nakłaniam i tyle. Mało tego! Uważam, że bezproduktywne chodzenie, jeżdżenie, pływanie i podchodzenie, to przejściowa (choć - muszę niechętnie to przyznać - długotrwała) moda, żeby nie napisać, że to czcza rozrywka dla miejskich birbantów (wiem, że właśnie teraz Maciek Beskidnik vel. Makroman (http://beskidniknaszlaku.blogspot.com/) wraz z Hegemonem vel. Hegemon (http://www.swiathegemona.pl/) zaczęli gorączkowo poszukiwać mojego adresu). Ad rem jednak, jak zwykł mawiać niezapomniany Cicero, gdy na domusce zwlekano z otwarciem pierwszej amfory.
         Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę ze spacerowaniem, byłem przekonany, że to czynność prosta, łatwa i całkowicie bez sensu, żeby nie używać wulgarnych kolokwializmów. W praktyce okazało się jednak, że zgadza się tylko to ostatnie. Nie jest to bowiem, ani proste, ani łatwe, choć teoretycznie takim właśnie być powinno. Cóż bowiem trudnego jest w wyjściu z domu i powolnym marszu w znane? Niby nic, ale przypominam o mojej, nie nachalnie silnej, konstrukcji psychicznej. Muszę w tym miejscu do czegoś się przyznać. Całe życie miałem awersję do działań w grupie. Nienawidziłem kolonii (czyli wakacyjnego wypoczynku młodzieży, gdyż oczywiście kawałek Afryki z dobrodziejstwem inwentarza, chętnie bym przytulił), a z harcerstwa wyrzucili mnie po tygodniu. Ja jestem, jak ten dobrze odżywiony basior, który chadza wyłącznie własnymi ścieżkami, precz porzuciwszy rozkoszne łap wader mizianie. Ad rem ... itd.
         Ponieważ gŁośka nie może jeszcze śmigać po terenie, musimy siłą rzeczy korzystać z traktów ogólnie dostępnych, jako to ścieżek spacerowych wokół olsztyńskich, miejskich jezior oraz brukowanych duktów prowadzących do lokalnych atrakcji przyrodniczo-historycznych. Niestety, wspomniane miejsca są powszechnie znane, lubiane i tłumnie odwiedzane.
         I teraz postarajcie się to sobie wyobrazić w swoich głowach. Przyjeżdżamy na miejsce, gdzie właśnie parkuje kilka samochodów, z których wyłaniają się dziesiątki osób (gdzie jest ku ... mili ... policja?!), w tym przede wszystkim babcie na służbie z wnuczym drobiazgiem płci obojga. Na domiar złego, cała ta, wesołą czereda ustawia się w coś na kształt pielgrzymki Czcicieli Kwitnącego Krokusa i rusza w/na spacerową trasę. A my? A my - oczywiście - za nimi! Jak te lemingi lub - żeby trzymać się konwencji - mypingi. I suniemy tak, krok za krokiem, za babcią Stefą (w przedizajnerskich okularach przeciwsłonecznych) i rozwydrzoną Marysią lub innym Franciszkiem Antonim. Idziemy - ma się rozumieć - oczywiście pod rękę, jak - nie przymierzając - wykarmiony na wschodniopruskich frykasach-ananasach podradca z małżonką w czasach, gdy Olsztyn był jeszcze Kamieniem nad Łyną. Jak to mawiają w żeńskich klasztorach o zaostrzonym rygorze: syf, kiła i mogiła w jednym!
         Mógłbym oczywiście tak w nieskończoność, gdyż wiele tego typu szlaków, babć, tudzież Maryś jest już za nami. Mógłbym, ale nie chcę, gdyż, zgodnie z zaleceniami pism bez gołych bab, już się Wam uzewnętrzniłem i to do syta!

PS. Obiecuję, że w weekend nadrobię zaległości w odwiedzinach, gdyż dziś jestem jedynie w stanie osunąć się w omdleniu na szezlong.

PS.2. Na fotkach, niestety powtórka z rozrywki, ale za to z podpisami!


 Gągoły


 jw.


 jw. 2


 jw. 3


 Krzyżówki


 Niemy łabędź


 Niemy łabędź zażywający kąpieli przy aprobacie krzyżówek


 Popisy ww.


 Jak wyżej


 Krzykliwce


 Gągoł w oparach


 Łyski raz


 Na drugą nóżkę


 Ponownie pieniacze

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Staroroczne pseudoorędzie, albo jakoś tak


         Tak beznadziejnej końcówki roku nie miałem chyba nigdy w moim dłuuugim, barwnym i - było, nie było - przyrodniczym życiu. Już nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz sfotografowałem coś, co nie wiązałoby się z inwentaryzacją przyrodniczą planowanych, to tu, to tam, inwestycji. Po części jest to związane z kontuzją gŁosia, po części z pracami, ale największy udział w tym całym bałaganie ma to, co dzieje się, a właściwie to, co nie dzieje się w przyrodzie. Temat rzeka Biebrza, więc napiszę tylko, że w moim odczuciu tegoroczny grudzień nie jest już żadnym grudniem, tylko jakimś listopadowo-marcowym bastardem, albo innym hybrydem. Fotografowanie przyrody, to na szczęście nie praca przy taśmie montażowej Multipli, więc spokojnie czekamy na lepsze czasy, a poniżej - już niestety tradycyjnie - szuflada. Ponieważ za naszymi oknami czai się jesienna panna Depresja do spółki ze swoim, serdecznym narzeczonym Marazmem, tym razem trochę światła z późnego, tegorocznego lata.
         Z uwagi na fakt, że to ostatni dzień tego dziwnego roku, powinienem chyba poświęcić nieco czasu na podsumowanie tego, co zdarzyło się podczas tych 365 brzasków, świtów i późnych popołudni. Powinienem, ale niczego takiego nie zrobię, gdyż o tym wszystkim i tak dowiedzieliście się z lektury postów, a poza tym nie chcę zanudzać Was jakimś nędznym streszczeniem naszych skromnych sukcesów i spektakularnych porażek na niwie pstrykania fotek Pani Przyrodzie (podl.: dla Pani Przyrody).
         Mam nadzieję, że 2019 będzie jednak lepszy od 2018. Mam nadzieję, że nadejdzie jeszcze wyż, hen tam, znad rosyjskich stepów i uda nam się wyjechać na Podlasie w poszukiwaniu żubrów i łosi. Mam nadzieję, że wiosną Biebrza zapełni swoją Dolinę wodą i uda nam się zrealizować nasz sprytny, nowy-stary plan. Mam nadzieję, że podczas przyszłorocznego rykowiska będzie się działo, a nam uda się połączyć to coś z żurawiami, którym - cokolwiek by się działo - nie odpuścimy. Szczerze pisząc mamy tych całych nadziej cały wór, ale nie chcemy zapeszyć, więc pozostaniemy tylko przy tych, o których wspomniałem.

         Tak, czy siak, życzę Wam najfajnieszego, 2019 roku i obyśmy za 12 miesięcy mogli się wyłącznie chwalić tym, co udało nam się zrobić i przeżyć!