O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia i Mazury.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warmia i Mazury.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 grudnia 2015

Świąteczna magia.


W tym poście miało być biało i uroczyście. W końcu dziś Wigilia, Szczodre Gody, Długi Weekend, czy – co tam lubicie. Problem tylko w tym, że od jakiegoś czasu, wyjątkowość tych chwil, można rozpoznać wyłącznie po kilku, słabo do mnie przemawiających, akcentach. Po sprzedawcach śp. iglaków, dystrybutorach świątecznego badziewia lub po funkcjonariuszach sklepów wielkopowierzchniowych, dzielnie odpierających ataki, złaknionych karpiego mięsa, nagle nawróconych ssakożerców. Może jeszcze po (podobno budzącym już zainteresowanie aktywistów z Greenpeace) przemoczonym reniferze na starym mieście w Olsztynie i toalety publicznej w kształcie fioletowej, choinkowej bombki pod Ratuszem.

Zimy nie ma i podobno już nigdy nie będzie. Zniknie cały śnieg i większość lodu. Mikołaj pewnie pójdzie na zasłużoną emeryturę, elfy rozpiją się i wyjadą do Londynu, gdzie zginą tragicznie w wywołanym przez siebie pożarze. Pożegnamy też renifery, które - jako nieprzywykłe do dżdżu – poczłapią do Krainy Niebieskiego Chrobotka.

Dziadek Mróz zapewne przetrwa, bo to w końcu twarda, syberyjska sztuka. No, ale co nam z tego przyjdzie, skoro Dziadek działa w miejscach, do których można dostać się wyłącznie na podstawie ważnego paszportu i wizy za 375 zł.

Kończy się pewna epoka i nic na to nie poradzimy. Jest, jak jest i trzeba się do tego przyzwyczaić. Dlatego, mimo że konsekwentnie marudziłem przez cały, okrągły rok, to przynajmniej u jego schyłku – nie będę. Tak przynajmniej postanowiłem sobie kilka dni temu, gdy stałem w błocie i na dodatek w deszczu, na terenie zakładu pracy. I gdy tak stałem - przechodzący nieopodal kolega – zapytał mnie, dlaczego tkwię w tym – cytuję – „syfie”, zamiast schronić się w przytulnych, poszpitalnych wnętrzach?

I co ja mu miałem odpowiedzieć? Ano tylko to, że w tym właśnie błocie i w tym właśnie deszczu, przeżywam magię nadchodzących Świąt.

Czego i Wam wszystkim, serdecznie życzę!








czwartek, 29 października 2015

Latacze.


Ostatnio tempo publikowania moich postów wyraźnie siadło, co jest pochodną trzech rąbków u spódnicy, a mianowicie:

·        braku czasu na fotografowanie,

·        braku obiektów do fotografowania,

·        braku warunków świetlnych do fotografowania.

Oczywiście zawsze mógłbym zamieszczać ponure zdjęcia niczego, ale nie chcę tego robić, gdyż:

·        nie prowadzę bloga komercyjnego,

·        nie prowadzę dziennika moich poczynań przyrodniczych,

·        nikt mi jeszcze nie groził śmiercią z powodu przestojów,

Na szczęście okres letnio-jesienny, choć nietypowy, był dosyć szczodry, więc do czasu sfotografowania czegoś aktualnego, będę zamieszczał to, co mam jeszcze w tzw. zanadrzu.

Tym razem latacze różnego autoramentu, czyli jedna z moich ulubionych fotokategorii. Część z nw. (niżej widocznych), to zdjęcia zamierzone, a część, to fotki zdecydowanie przypadkowe.

Te pierwsze wykonuje się raczej trudno, gdyż praktycznie niemożliwym jest przewidzenie, co knuje, obserwowane przez nas, ptasie indywiduum. W skrócie wygląda to tak: siedzimy sobie w czatowni, przed nami ptaszyna spokojnie przeczesuje błoto, parametry sprzętu ustawione na ww. przeczesywanie. Trwa to jakiś czas i nagle ptak, w oka tiku, podejmuje decyzję o daniu niesygnalizowanego dyla. O ile śmignie w bok, w górę lub w kierunku fotografującego, jest jeszcze nadzieja, że wiedziony odruchem, palec uruchomi migawkę. Niestety często lub wręcz najczęściej, pierzasty cwaniaczek wybiera przeciwny, od czatownianego, kierunek. Oczywiście ostre, jak wzrok dezynsektora, zdjęcia sterówek są cennym materiałem poglądowym w procesie przyswajania ptasiej anatomii, jednak - przynajmniej w mojej opinii - do publikowania nadają się, co najwyżej, średnio.

Na domiar złego, powyższe uwagi odnoszą się do prawie wszystkich sytuacji, niezależnie od tego, czy fotografujemy na łące, w lesie, czy gdziekolwiek indziej, poza ZOO.

Nieco inaczej jest w przypadku czatowni z nęciskiem. Co prawda nie mam większego doświadczenia w tej materii, ale z opowieści Pawła Figlanta (http://pawelfiglant.blogspot.com/2015/08/antyfotografowanie_29.html) wynika, że konstruując budę, można mniej więcej przewidzieć skąd nadleci, zwabiony smakołykiem, drapieżnik lub wszystkojad (mam nadzieję, że wkrótce uda nam się to sprawdzić w praktyce).

Ktoś może powiedzieć, że marudzę i, że najłatwiej jest fotografować ptaki w locie, kiedy spokojnie kołują nad naszymi głowami. Zgoda, tyle tylko, że takie zdjęcia są mało atrakcyjne i w najlepszym przypadku sprawiają wrażenie, że ktoś nakleił ptasią sylwetkę na kartkę papieru do kserokopiarki.

I to byłoby, przynajmniej na razie, na tyle. Jutro w nocy wyjeżdżamy nad Biebrzę. Choć wieść gminna niesie, że rzeka już nie ma, mam nadzieję, że to, co po niej pozostało, jest jeszcze na tyle fotogeniczne, że uda nam się przywieźć jakieś zdjęcia.










czwartek, 22 października 2015

Mądry Polak po whisky.


         Pomijając dzisiejszy dzień, atmosfera za oknem, przypomina polsko-syryjskie wesele. Planowany wyjazd nad Biebrzę przesunięty o tydzień, a w okolicach Olsztyna - pusto. Jest jednak coś, co pozwala o tym zapomnieć. W takie dni nic tak bardzo nie poprawia nastroju, jak łyski i whisky. Jeżeli nie wierzycie, to zapytajcie Waszego psychiatrę lub terapeutę (ale nie tego od uzależnień!) i/lub ewentualnie jakiegoś Szkota.

         No dobrze. Fajnie się zaczęło, ale to niestety blog przyrodniczy, więc zostawmy w spokoju pachnący torfem destylat i zajmijmy się wyłącznie przyrodą.

         Łyski to, podobnie jak szereg innych gatunków, bardzo niedoceniane ptaki. Jako niewymierającym, nie poświęca się im okładek pism dla fanów przyrody. Nie widnieją na sztandarach organizacji ekologicznych i - choćby nawet tak nam się wydawało - nie są bohaterkami utworów artystycznych (Łysek z pokładu Idy był koniem, ptak na obrazie Chełmońskiego, to kurka wodna, a Riedel śpiewał o alkoholu itd. itp.). Nawet w „Polskiej kuchni myśliwskiej” łyska występuje zaledwie w sześciu odsłonach, czyli dokładnie w tylu, w ilu niedźwiedź, a przecież tego ostatniego konsumujemy zdecydowanie rzadziej.

Wstyd przyznać, ale sam również nie doceniałem tego zacnego ptaka. Łyska raczej nie bywała moim głównym celem fotograficznym. Nigdy nie mówiłem sobie – co tam rybołów, dziś będę fotografował łyski. Kiedy jednak siedziałem w czatowni, a wokół nie działo się kompletnie nic, czasem kierowałem obiektyw na to, co akurat było, a poczciwa łyska była zawsze akurat.

I stąd właśnie ten post. W ten sposób chciałem podziękować łyskom za dotrzymywanie mi towarzystwa na pustym rozlewisku i za bycie najtańszą przynęta na skrzydlate drapieżniki (co prawda w tym roku jeszcze niczego mi nie przyciągnęły, ale wcześniej i owszem).

Myślę, że czasem warto fotografować również te pospolitsze gatunki. Głównie dlatego, że to, co dziś występuje powszechnie, jutro może stać się rzadkie. Cietrzewie i mamuty, też kiedyś występowały wszędzie i mało kto chciał je fotografować. A teraz? A teraz wszyscy oddaliby duszę za zdjęcie mastodonta, przechadzającego się w porannej mgle po tokowisku.













I na koniec kolega łysek z rozlewiska.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Pechowe dziuplaki.


         Chwila oddechu od rozlewiska i jego mieszkańców. Oczywiście wracam tam zaraz po tym poście, gdyż to miejsce zmienia się każdego dnia, no i oczywiście jest tego warte.

         Dziś dziuplaki z odnalezionego dysku. Dziuplaki-pechowcy, tak na marginesie. Pechowcy, gdyż żadna z dziupli widocznych na fotkach (poza siedzibą dzięcioła zielonego), już nie istnieje. Nie istnieje, gdyż drzewa, w których je wykuto zostały wycięte. I nie jest tak, jak myślicie, że wycięto cały las. Las rośnie, jak rósł. To była dziwna, pilarska akcja. Wycinano precyzyjnie, pojedyncze drzewa, tak jakby ktoś wskazał konkretne obiekty.

Na zdjęciach nie ma dzięcioła czarnego, choć miał na nich być. Co prawda buk, w którym zaczął kuć dziuplę został oszczędzony, ale w zamian wycięto kilka drzewek rosnących opodal. Zamieszanie, które przy tym powstało, wystarczyło by ten, chyba najpłochliwszy z dzięciołów, porzucił budowę. Szkoda, zwłaszcza że sam obserwowałem go tylko z daleka, ciesząc się na potencjalne fotografowanie.

W tym roku rozlewisko zajęło cały mój wolny czas, gdyż ruch na nim zaczął się szybciej, niż w ubiegłych latach. W przyszłym postaram się jednak wrócić do lasu i na nowo zaprzyjaźnić się z dzięciołami.

 













 

sobota, 8 sierpnia 2015

Życie wokół rozlewiska. Cz. I.


Jeżeli czytacie ten post, to znaczy, że nie wyparowaliście i jakoś dajecie sobie radę w te przeklęte, upalne dni.

Piszę to, będąc na granicy ludzkiej wytrzymałości. Mija kolejny dzień z temperaturą powyżej 36 stopni i chyba niewiele jeszcze takich jestem w stanie znieść (dotyczy to zwłaszcza czasu spędzanego w, nieprzepuszczającym powietrza, namiocie wielkości klatki dla kota).

         No dobrze, ale miało być o stworzeniach występujących na, otaczających rozlewisko, terenach. Otóż obszar ten zamieszkują różne zwierzęta. Dziękuję.
 
PS. Zważywszy na okoliczności pogodowe, ten post, to i tak szczyt moich intelektualnych możliwości.