Widziałem bezkresne, śnieżne pustkowia,
na których wiatr budował nieregularne linie zasp, a jedyną oznaką życia była,
odcinająca się na tle bezchmurnego nieba, czarna sylwetka kruka. Widziałem czarno-białe,
skamieniałe od mrozu lasy wśród których, jak duchy, przesuwały się ciemne postacie
zwierząt. Widziałem na wpół zamarzniętą rzekę, przecinającą skrzące się w
promieniach zachodzącego słońca łąki i był to jeden z tych obrazów, które pamięta się do końca życia. Ale cóż, film dokumentalny o Alasce
skończył się, więc spakowałem się i pojechałem nad Biebrzę. Śniegu nie było, lasy
nie skamieniały, bo nie miały od czego, no i nie skrzyło się specjalnie. Były za
to, typowe raczej dla wczesnej wiosny, rozlewiska i błoto. Ale Dolina, to
Dolina, więc nie ma co się obrażać na aurę tylko brać, to co w danej chwili
oferuje. I tyle.














