O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puszcza.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puszcza.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2016

Puszczolas.


Prawie cały, wczorajszy dzień spędziliśmy w prawie puszczy (Napiwodzko-Ramuckiej, poza obszarami chronionymi - gwoli ścisłości). Dlaczego w prawie puszczy? Żeby to wyjaśnić, muszę cofnąć się do praczasów, czyli nastolęctwa. Proszę się nie obawiać. To jeszcze nie początki mojej demencji starczej, przejawiającej się snuciem opowieści o tym, że przed Stanem Wojennym, to - Panie Dzieju - były takie zimy, że wilki zamarzały w powietrzu, sekundę przed tym, zanim zacisnęły szczęki na smakowitym, kobylim zadzie! Nie, tego tu nie znajdziecie, choć pewnie i na to przyjdzie czas.

W opisywanym okresie, mój Ojciec zajmował się m.in. inwentaryzacją torfowisk Polski wschodniej i pewnego dnia, zaproponował mi, żebym pojechał z nim do Puszczy Augustowskiej. I tu zaczął się problem. Jako mieszkaniec zadupia, z braku laku, dosyć wcześnie zainteresowałem się książkami i przyrodą. Wynikało to z faktu, że w mojej miejscowości, można było zostać, albo naukowcem, albo piłkarzem B-klasy, albo seksowną dojarką, albo przyrodnikiem-amatorem. Na naukowca byłem za młody i za głupi, na piłkarza miałem za słabe piszczele, na - epatującą zootechnicznym seksapilem - dojarkę … nic nie miałem, więc - chcąc nie chcąc - zostałem tym ostatnim. Co prawda, nie tak do końca, gdyż w planach miałem jeszcze zostanie Indianinem, a to za sprawą m.in. Szklarskiego i - chyba przede wszystkim - Cooper`a i jego Pięcioksię(ą?)gu przygód Sokolego Oka.

Przyrodnik, czy Indianin, nieważne. W obu tych przypadkach, propozycja wyjazdu do PUSZCZY była czymś fantastycznym. Oczami wyobraźni widziałem się już w nieprzebytych, pełnych zwierza, ostępach, takich samych, jakie przemierzał Nathaniel „Natty” Bumppy, czyli wspomniany Sokole Oko. I tu dochodzimy do sedna całej tej historii. Po przyjeździe na miejsce okazało się bowiem, że literatura to jedno, a rzeczywistość, to drugie, albo i siedemnaste. Do dziś pamiętam swoje rozczarowanie, gdy wymarzona puszcza, okazała się być po prostu lasem. Nawet fajnym, ale tylko i wyłącznie lasem.

Ta historia przypomniała mi się podczas wczorajszej łazęgi po, wspomnianym na wstępie, obszarze. Oczywiście nie jestem głupi i zdaję sobie sprawę z faktu, że powieściowych plenerów już od dawna nie ma. Nawet nasza duma narodowa, czyli Puszcza Białowieska zachowała swój pierwotny charakter jedynie w niewielkiej części, objętej ochroną ścisłą. Cała jej reszta, jak i pozostałe tzw. „puszcze”, to zwykłe lasy gospodarcze z pozostałościami, większych lub mniejszych, naturalnych enklaw i raczej nie zmieni tego żadne, romantyczne nazewnictwo.
W puszczach raczej nie ma dziesiątków dróg i, przecinających się pod kątem prostym, linii oddziałowych. Nie ma zaoranych i ogrodzonych siatką poletek, setek ambon myśliwskich, ani wszechobecnych śmieci. Nazywanie tego puszczą to tak, jakby fragmenty ceglanej ściany z pozostałością wieży, nazywać zamkiem krzyżackim, a tegoroczne, letnie łąki w Dolinie Biebrzy – moczarami.

Puszcz już nie ma, ale na szczęście pozostały zwierzaki. I choć las nie poraża jeszcze dźwiękami, bezwzględnie wybierzcie się do niego w najbliższy weekend!

















A prawdziwa Puszcza, wygląda tak:


http://yowpyowp.blogspot.com/2014/03/yogi-beartouch-and-go-go-go.html