O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapla biała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czapla biała. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 września 2018

Rozmowy nocą.


         Niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że zjawisko pn. "Świat Pani Przyrody", a zwłaszcza jego polska filia, to skomplikowany organizm, co widoczne jest zwłaszcza przez pryzmat fotografii przyrodniczej. Pisałem już kiedyś o tym, że cudownie byłoby np. posiadać umiejętność przemieszczania się w czasie, by tego samego dnia i o tej samej godzinie być w kilku miejscach jednocześnie, gdyż świt jest tylko jeden, a pokus zdecydowanie więcej. To jednak nie wszystko. Jeszcze kilka lat temu wszystko było proste. Gdy prognoza pogody informowała, że będzie OK, to było OK, choćby miało się palić i walić (lub odwrotnie). A teraz? A teraz to jest tak, że coś tam pokazują wieczorem, a o 3-4 w nocy zmieniają zdanie i już nie jest tak przyjemnie, jak być miało. I dlatego właśnie decyzja o tym, czy pojedziemy w teren, czy też nie, tak naprawdę zapada kilka minut po pianiu cyfrowego koguta, a i to nie zawsze. Dlatego też, nie raz i nie siedemnaście w naszym mieszkaniu w środku nocy toczą się gorączkowe, ale zawsze wysoce kulturalne i wysublimowane, rozmowy.


Akt 1 (i jedyny). Olsztyn, noc, wnętrze dużego pokoju w kamienicy zagubionej gdzieś w dzielnicy Zatorze.

Wojciech (pomimo pory doby, ubrany w elegancką bonżurkę, smoking cap i fular, woniejący łosim piżmem i palący cygaro wyjęte z olsowego humidoru)

Jakąż to podjęłaś decyzję Iwono? Czy ruszamy w tę noc ciemną ku fotograficznemu przeznaczeniu?

Iwona (pomimo tej samej, wczesnej pory, ubrana w balową suknię bez pleców, diadem z warmińskich pereł i wygodne, domowe szpilki)

Nie potrafię zdecydować Wojciechu, ale ... widać przecież gwiazdy na mrocznej kopule nieba i - choć nie jest ich wiele - marzę skrycie o fotografii. Słyszysz to wycie Miły Mój! To psy nierasowe, acz wrażliwe, ślą księżycowi swe tęskne serenady i wierz mi, że atawistycznie chcę towarzyszyć im w tej akustycznej odysei.

Wojciech (gładzi srebrzyste bokobrody i zaciska nerwowo seksowne palce waltornisty na kryształowym słoiczku z ćwiartką wybornej brandy z maliny moroszki)

A co na to Meteo, Iwono? Jakąż prognozę zgotowało nam w tym dniu, tak niebanalnie zaczętym?

Iwona (teatralnie wzrusza ramionami, szlocha i osuwa się w sposób kontrolowany na szezlong z Lidla)

Meteo?! Sprawdź sam! Onegdaj mówiłeś mi, że ukończyłeś z wyróżnieniem kurs agrometeorologii na Akademii w byłych Prusach Wschodnich! Prawdaż li to jest?

Wojciech (podchodzi do regału, machinalnie wyciąga zbiorowe wydanie dzieł Kraszewskiego w całymskórku, po czym przechodzi do biblioteki i ostentacyjnie sprawdza w kompie)

Widziałem mgły Iwono. Morza, oceany całe mgieł widziałem na/w monitorze. Czy nie wydaje Ci się, że ta - zimna niczym całun śmiertelny - złożona z miliardów kropel, wodna opończa zaprzepaści nam żurawie? Skryje niecnie pejzaże? Zgasi płomień, który każdego niemalże dnia każe nam gonić ku granicom nieboskłonu?

Iwona (głosem zimnym niczym tunguski samogon)

Wiedziałam! Ty jednak wolisz jelenie, które gardząc blaskiem poranka, jeno cienia pragną! Przejrzałam Twoją niecną intrygę Wojciechu i wiedz, że jesteś podłym człowiekiem, niegodnym mej miłości! Na cóż nam były trudy budowania czatowni. Na cóż drżenie zmęczonych mięśni znane li chyba tylko klaczy arabskiej pędzącej przez berberyjskie pustkowia ku swemu ogierowi? Li chyba ... klaczy ... znane!

Wojciech (przysiada na baigneuse, nalewa sobie kolejne 0,7 brandy i zapala wonne, żołędziowe nargile)

Źle mnie oceniasz Iwono. Bardzo źle. Fotografowanie tych szlachetnych zwierząt zaplanowaliśmy przecież na przyszłym rok, a w tym mieliśmy się skupić na wody przejrzystej tafli i żurawiach, które łakną światła, jak kania łaknie dżdżu, jak kondor przestrzeni And, jak ja wreszcie - Twych krągłości. Nie pragnę jeleni! Wierz mi, że żądny jestem żurawi, ale popatrz raz jeszcze w nieba bezkresie! Czy widzisz te chmury, które przykryły niebo na podobieństwo opończy otulającej wątłe barki starego Kurpia wędrującego przez ostrołęckie przełęcze? Czy widzisz to Iwono?!! Przecież sama na próżno wypatrywałaś drogi mlecznej. Na próżno światła Syriusza szukałaś w tej czerni przeklętej! Tych kilka nędznych gwiazdek, które blaskiem swym oszukały kakaowce Twych tęczówek, to zbyt mało, by wydobyć z żurawiej szarości światło tęczy.

Iwona (majstruje coś od niechcenia przy drewnianym modelu kombajnu zbożowego "Bizon" stojącym na biokominku narożnym)

A czy pospolite kolory tęczy, to wszystko czego poszukujesz w swym życiu Wojciechu? Czy bliższy jest Ci trywialny, jarmarczny blichtr, który cieszy ludzi niewrażliwych od tego, co skrywa się w głębi duszy wolnego ptactwa wodno-błotnego? Wiedz Wojciechu, że nie z barw li tylko składa się ich jestestwo. One są niczym wszechświat, który skupia w sobie nie jedno, gdyż skupia wszystko! Czy nie widzisz tego Wojciechu?! Nie czujesz tego w trzewiach swych, które kiedyś tak bardzo kochałam? Nie znajdujesz tego w duszy swojej, którą wiem, że posiadasz i której tak żarliwie wyrzekasz się w imieniu Tego, który unosi się nad moczarami ...

         I tak właśnie wygląda z grubsza większość naszych poranków, o ile można tak nazwać środek nocy. Wstawać, nie wstawać? Jechać, nie jechać? Będzie światło, nie będzie? Wziąć tabletkę, nie wziąć? Wrócić do łóżka, czy może jednak wsiadać do auta?
         Tysiące pytań i często żadnej konkretnej odpowiedzi. I to jest właśnie kwintesencja jesiennej fotografii przyrodniczej. 
















niedziela, 9 września 2018

Ponury jubileusz.


            Za jakiś, niedługi już czas, będę niestety zobligowany do ukończenia pięćdziesięciu lat. Próbowałem, co prawda, wyżebrać w Urzędzie Stanu Cywilnego skończenie lat dwudziestu czterech (tak dla rozgrzewki przed Grande Finale), ale powiedziano mi, że nic nie da się zrobić oraz precyzyjnie określono miejsce, w które mogę sobie wsadzić czekoladę i puszkę z tanim, niskoprocentowym alkoholem, które usiłowałem wręczyć w celu wzmocnienia swojej pozycji negocjacyjnej. Oczywiście - jak to ja - obraziłem się natychmiast śmiertelnie, po czym wyszedłem ostentacyjnie (dwa razy, żeby uwypuklić!) mamrocząc pod adresem bezdusznych urzędników życzenia bolesnej śmierci w anonimowym dole potorfowym. Po opuszczeniu ratusza, puszkę z alkoholem ofiarowałem bezdomnemu (który okazał się być awangardowym reżyserem teatralnym), a czekoladę wyrzuciłem do pobliskiej rzeki, gdyż - po pierwsze - lubię sobie czasem wyrzucić czekoladę do rzeki, a - po drugie - trzymany od zawsze na święta łakoć, wydzielał charakterystyczną woń czegoś, co niedawno zdechło, choć - trzeba to uczciwie przyznać - w kakaowym gaiku.
            Pozbawiony trefnego balastu usiadłem na przyulicznym głazie-kamieniu i zacząłem gorączkowo kombinować. Po niespełna minucie myślowych wygibasów dotarło do mnie, że co zrobię, jak jednak nic nie zrobię? No bo co?! Czasu przecież nie cofnę, a na efektywną korupcję mnie nie stać. Mogę sobie, co najwyżej brodę umaić czernidłem, żeby siwiznę utajnić, ale w sumie po co? Nikogo nie oszukam, a poza tym - jak wyznał mi podchmielony reżyser - ze srebrem bardzo mi do twarzy.
            W związku z tym, że jednak nie uda mi się zaniechać obchodów tego całego półwiecza (o Perunie Najsłodszy, jak to bardzo niedobrze brzmi!) postanowiłem zawczasu dokonać pewnego rodzaju podsumowania. Pewnego rodzaju, gdyż będzie to porównanie tego, co działo się w przyrodzie w ubiegłym wieku z tym, co dzieje się obecnie. Naturalnie mogę odnieść się tylko do szeroko pojętej Doliny Biebrzy, gdyż Warmię znam od relatywnego niedawna.
            Pięćdziesiąt lat, to szmat czasu, ale z drugiej strony, to zdecydowanie zbyt mało, by w przyrodzie wydarzyło się coś naprawdę spektakularnego. Dlatego też zapewne młodsi Czytelnicy tego bloga poczują się zawiedzeni, że nie będzie to opowieść o tym, jak uzbrojony w krzemienny aparat trzaskałem grackie foty ostatnim mamutom, ani też łzawa historyjka o małym blond chłopczyku wychowanym przez - kochające ptaki - humanoidy z jednej takiej jaskini pod Grajewem. Nie, tego w tym poście nie znajdziecie, bo to się nigdy nie wydarzyło!
            Tak na prawdę ten post, to wiele niekończących się pytań. Pytań o sens życia, o nasze funkcjonowanie w czasoprzestrzeni Pani Przyrody. To rozpaczliwe wycie ludzkiego jestestwa w nieludzko sformalizowanych ramach cywilizacyjnego piekła pod nieskalanym nieboskłonem przestrzeni ... przepraszam, chyba pigułka przestaje działać, ale postaram się jakoś dobrnąć do końca.
            Pytacie (bo pytacie i ja to - podskórnie - czuję!) co zmieniło się na przestrzeni tego półwiecza? Jak bardzo środowisko odczuło narastającą lawinowo agresywną antropopresję takich np. środkowych i późnych Białostocczan? Gdzie dotarliśmy przez tych pięćdziesiąt długich lat? Dokąd płyniemy? Czym i po co?! Dlaczego ciągle drożeje nabiał? I dlaczego tanieją siekiery? Kim jest ten cały Gluten? Kiedy są handlowe niedziele, a kiedy niehandlowe świty? W jakim celu ujarzmiono cieki?! Kiedy są muchy?! Po ile są alufelgi i gdzie?! Po co Polakom rycyki?! A zające?! Dlaczego Mońki, a nie Kraj Basków? Pytania, pytania, pytania! Setki pytań! Galopada w skroniach!
            Przyznam szczerze, że pięćdziesiąte urodziny, to nie lada wyzwanie, które może człowieka nadwrażliwego, a takim przecież jestem, nieco przytłoczyć i/lub doprowadzić do kresu! Ech! Wcześniej było znacznie łatwiej, a i pytań było zdecydowanie mniej. Cóż jednak począć? Z wiekiem i z próchnicą nie wygrasz!
            W każdym bądź razie, prezenty w formie wyłącznie pieniężnej proszę deponować na koncie o numerze: 1111 1312 1613 9114 1115 1111, a w tytule przelewu na wszelki wypadek napisać, że chodzi o ratowanie tych, no ... norek amerykańskich, czy coś takiego. Dziękuję!

PS. Ponieważ na wszystkich, poniższych fotkach są czaple (te białe, to czaple białe, a te czarniawe, to czaple siwe) uznałem, że nie ma sensu ich podpisywać. Pozdrawiam serdecznie i pamiętajcie: 1111 1312 1613 9114 1115 1111!
























czwartek, 19 października 2017

Jesienna Biebrza. Odsłona 1/3.

Niech będzie pochwalona Pani Przyroda!
W pierwszych (i ostatnich zarazem) słowach mego postu chciałbym napisać, że żyję, nic złego mi się nie przydarzyło, czego i Wam serdecznie życzę!

PS. Właśnie wróciliśmy znad Biebrzy, więc zgodnie z tradycją tego bloga, powinienem napisać coś o Warmii. Problem jednak w tym, że warmińskie zdjęcia z rykowiska i z czatowni utkwiły w skrajnie opóźnionej postprodukcji, czyli nie mam wyjścia i muszę pozostać przy Podlasiu.
Poniższy, tzw. materiał ilustracyjny, zdominowały dokfotki łosi, czyli przedstawicieli kolejnego gatunku z listy marzeń ludzi, którym ewidentnie przeszkadza cudze życie. Nie chcę jednak poświęcać zbyt dużo uwagi temu ponuremu tematowi, gdyż zdecydowanie lepiej zrobiła to w swoim najnowszym poście Iwona http://glosbagien.blogspot.com/2017/10/polowania-na-osie-juz-wkrotce.html.
Tak na marginesie. Chciałbym z przykrością poinformować, że ten post miał być w założeniu wesoły, rubaszny, beztroski i tchnący - agresywną momentami - miłością do trudów związanych z amatorskim uprawianiem fotografii zwanej przyrodniczą. I zapewne byłby takim, gdyby nie nasz ostatni pobyt na wspomnianym Podlasiu.
To, że fotografia przyrodnicza wspaniałym hobby jest, przekonywać nikogo nie trzeba. No dobrze, mojego brata Mariana ...  tzn. Marcina trzeba, niektórych moich znajomych trzeba, nie wspominając już nawet o moim, nazbyt gadatliwym proktologu, którego też niestety trzeba. Jak się tak gruntownie zastanowić, to trzeba do tego przekonywać jakieś 93,4% otaczających nas ludzi, ale przecież nie o tym jest ten post. Ten post jest o trudach. Trudach związanych ze zdobyciem upragnionej fotki w upragnionym miejscu. Ten post jest o …
… mniejsza z tym. W każdym bądź razie, ostatni weekend spędziliśmy w Dolinie Biebrzy. Co prawda tak szeroko pojętej, że do tej kategorii załapałby się nawet Ustrzyki Dolne, ale jednak. Naszym głównym celem były łosie, a podcelem i podpodcelem, … także łosie, bo niby co innego mielibyśmy spotkać jesienią w tym miejscu? O dziwo, spotkaliśmy jednak nie tylko łośki, ale o tym w następnym poście pod, wiele mówiącym, roboczym tytułem „Gksfme”
Cały problem (i poniekąd wynikające z tego blogowe opóźnienia) w tym, że zamiast gracko i łagodnie połączyć fotografowanie z wypoczynkiem na tzw. łonie, rzuciliśmy się na tę nieszczęsną Dolinę, jak - nie przymierzając - wiewiór-dewiant na młodą leszczynę. Chyba po raz pierwszy w naszej "karierze" wzięliśmy udział w czymś, co - jako żywo - przypominało wycieczkę pn. „Dziesięć stolic w półtorej doby, albo zwracamy pieniądze”, czyli rano fotografowaliśmy łosie nad Jegrznią w południe gęsi na Białym Grądzie, a wieczorem żurawie na narwiańskich noclegowiskach.
Efekty? Fotograficzne jakieś tam pewnie są, ale niestety do listy naszych osiągnięć muszę dodać kręgosłup skatowany, niczym domowe zwierzątko zwyrodnialca, nieokiełznaną chęć zalegnięcia na tydzień w odmętach puchowych piernatów z dala od przyrody i fotografii oraz wstydliwe zmiany skórne będące wynikiem cielesnego obcowania z  wszechobecnymi strzyżakami.

Oczywiście wszystko to wynikało z braku możliwości wyjechania na dłużej, ale tak, czy siak apeluję: nie bierzcie z nas przykładu i gdy okrutny los rzuci Was w objęcia Pani Przyrody, nie zachowujcie się tak, jakby jutra miało nie być.

PS.2. Przepraszam za postowy raptyzm, chaotyzm i niespóizm, ale to ewidentnie pokłosie ostatniego wyjazdu.