O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulik wielki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulik wielki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Ciepłe kraje.

„A ja myślałam, że to maki, że ogniste lecą ptaki, a to ułani …”
Edmund Niziurski – Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego

      Ten post, to trochę takie - rozłożone w czasie - pożegnanie się z rozlewiskiem i ptakami, choć te drugie będę pokazywał pewnie do pierwszych śniegów.
      Kiedy przeglądałem zrobione w tym roku zdjęcia, przyszła mi do głowy pewna myśl. Nie, żeby tam od razu głęboka. Ot taka, mniej więcej, półmetrowa (ale o tym na końcu postu).
    Jesień, to czas wędrówek. To czas przemieszczania się ptaków na zimowiska, na których pozostaną, aż do wczesnej wiosny. Także nasi rozlewiskowi kumple wybiorą się w drogę, która powiedzie ich do krain ciepła i obfitości, choć czasem także i do zguby. 
·  kaczki (nie wszystkie), perkozy i tracze polecą na zimowiska w zachodniej Europie i północnej Afryce.
·  czaple białe skierują się w stronę krajów Basenu Morza Śródziemnego i Czarnego, zaś siwe na południe Europy i do Środkowej Afryki. 
·  nasza jedyna, rodzima gęś, czyli gęgawa (na zdjęciach) ma do dyspozycji dwa szlaki. Atlantycki (przez Niemcy, Holandię i Francję) poprowadzi ją do Hiszpanii, zaś Śródziemnomorski (przez Czechy, Węgry, Słowenię i Włochy) na północ Afryki.
·  żuraw, podobnie jak gęgawa, wybiera dwa kierunki wędrówki. Szlakiem zachodnim kieruje się do Europy zachodniej i północnej Afryki, a południowym - na Bliski Wschód.
·  maluchy, czyli czajki, kszyki, kuliki wielkie, samotniki, kierują się na zachód i południe Europy lub na północne obszary Afryki.
      No dobrze, starczy tego. Afryka, Śródmorze i na dodatek jeszcze jakieś baseny. Wszystko to brzmi za bardzo skomplikowanie. Dlatego opracowałem innowacyjną teorię migracyjną, która jest dużo bardziej przystępna i moim zdaniem - za przeproszeniem - trzyma się kupy. Otóż według niej, ptaki odlatują po prostu do ciepłych krajów. Oczywiście nie lecą wszystkie w to samo miejsce, gdyż jest ich zbyt dużo i zwyczajnie byłoby im tam za ciasno. Natura rozwiązała jednak sprytnie ten problem. I tak, mniej zamożne ptaki lecą do Chorwacji i Bułgarii, te bogate, duże i kolorowe na Dominikanę i do Emiratów Arabskich, a te szare i niepozorne pod Elbląg. Oczywiście są również wyjątki. Jak zapewne pamiętacie, jaskółki i pliszki siwe nigdzie nie lecą, tylko zagrzebują się w mule i tam trwają do wiosny, zaś żurawie (o czym wspominałem już kilkukrotnie) lecą do Wyraju (a nie na żaden Bliski, czy Odległy Wschód!). Skomplikowane? A skądże! Wiarygodne? Jak najbardziej!
       Wracam teraz do, wspomnianej na początku, myśli. Otóż zacząłem się zastanawiać, co byłoby, gdyby ptaki jednak nie odlatywały. Wbrew pozorom, nie jest to niemożliwe. Zim (przynajmniej tych srogich) prawie już nie ma i wszystko wskazuje, że tak już będzie stale. Brak mrozu, to niezamarznięta woda, a niezamarznięta woda, to dostęp do pokarmu (roślinnego i częściowo zwierzęcego), więc po co tłuc te kilometry? Przykładem są łabędzie nieme, krzyżówki, łyski i kormorany, czyli gatunki, które kiedyś migrowały, a potem zmądrzały i już tego nie robią. 
      Przyjmijmy więc, że którejś jesieni ptaki postanowią jednak nie lecieć. I co dalej? No cóż. Zaczniemy fotografować gęsi, żurawie i kszyki przez cały rok, czyli teoretycznie - powinno być lepiej. Niby tak, ale ... chyba jednak wolę, żeby było, tak jak jest, bo wiem, że czegoś by mi brakowało. Może i zimą jest mniej ptasio, ale to przecież tylko 4 miesiące. Po tym czasie ciepłolubni zdrajcy zaczną powracać, a wtedy ponownie na niebie pojawią się klucze i rozlegnie się klangor i gęganie. A ja znowu, jak co roku, pomyślę, że warto było czekać.

PS. Zainteresowanych komplikowaniem sobie życia, odsyłam do publikacji pn. "Monitoring ptaków wodno-błotnych w okresie wędrówek"

















niedziela, 22 maja 2016

VU Kulik.


         Tym razem zdjęć niewiele, bo widocznego na nich ptaka nie łatwo spotkać, a na dodatek nie lubi być fotografowany.
Kulik wielki, bo o nim to mowa, to ciekawa i jednocześnie tragiczna postać w ptasim wszechświecie. Nie będę pisał o samym ptaku, gdyż możecie znaleźć takie informacje w sieci. Zróbcie to jednak, jak najszybciej, gdyż za chwile może się okazać, że tego gatunku nie ma już w spisie rodzimej awifauny. W Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt, kulikowi przypisano bowiem kategorię VU (gatunki wysokiego ryzyka, narażone na wyginięcie), gdyż tempo spadku jego liczebności jest naprawdę niepokojące. W Polsce główne ostoje tego gatunku, to doliny Warty i Noteci, Równina Kurpiowska, Polesie Lubelskie i oczywiście Dolina Biebrzy.


Jak wynika z informacji zawartej na stronie www.ochronakulika.pl w 2014 roku w Polsce stwierdzono występowanie 150-250 par kulików, co stanowiło 36% populacji z 2003 roku, kiedy rozpoczęto monitoring. W Dolinie Biebrzy tylko na przestrzeni jednego roku liczebność kulików zmalała z 70-100 par (w 2013 r.) do 30-65 par (2014 r.). Ten zatrważający regres wynika, jak zawsze, z kilku przyczyn, z których najważniejszą jest intensyfikacja rolnictwa. Kuliki, to co prawda, ptaki krajobrazu rolniczego, ale wyłącznie w jego ekstensywnej odmianie. Kiedyś, gdy pierwsze pokosy wykonywano po lęgach, ptaki jeszcze sobie jakoś radziły. Teraz jednak, gdy koszenie łąk zaczyna się już na początku maja (widzieliśmy to sami, podczas ostatniego pobytu) ptaki nie mają szans na odchowanie piskląt. W Dolinie Biebrzy wiąże się to z częściowo z opisywaną przeze mnie suszą, która powoduje, że rolnicy nie muszą czekać, aż opadnie woda.
Sytuacja byłaby całkowicie beznadziejna, gdyby nie program rolnośrodowiskowy, a przede wszystkim, wchodzące w jego skład, pakiety związane z „ochroną zagrożonych gatunków ptaków i siedlisk przyrodniczych, na i poza obszarami Natura 2000”. Rolnicy, którzy do niego przystępują, zobowiązują się m.in. do rozpoczęcia koszenia swoich łąk dopiero po 1 sierpnia. Na szczęście na znanych nam terenach kulikowych, większość właścicieli gruntów jest beneficjentami tego programu i przestrzega tego terminu. To jednak, w porównaniu do całej Doliny, relatywnie niewielki areał, więc przyszłość kulików jest w dalszym ciągu niepokojąco niepewna. Mam nadzieję, że ten największy, polski bekasowaty nie podzieli losu dropia, kobczyka czy siewki złotej, gdyż nadbiebrzańskie, wiosenne łąki byłyby o wiele uboższe bez jego charakterystycznego pogwizdywania.











  Poniżej jeszcze jeden gatunek z kategorii VU - ostrygojad z Białego Grądu, sfotografowany w 2011 roku.



niedziela, 16 listopada 2014

Inspiracje.

Kiedyś zacząłem zastanawiać się dlaczego właściwie zainteresowałem się tzw. przyrodą, a chwilę później (ta chwila to w rzeczywistości baaaardzo długi czas) fotografią tejże. Wydaje mi się, że tak naprawdę najważniejszą rolę odegrały tu dwa czynniki. Pierwszy jest najbardziej oczywisty. Urodziłem się w Dolinie Biebrzy, co w znaczący sposób musiało wpłynąć na moje zainteresowania. Bo tak naprawdę w mojej miejscowości, o wdzięcznej nazwie Biebrza, nie było zbyt wielu rozrywek poza eksplorowaniem okolicznych łąk, rozlewisk i lasów.
Potem były lektury. Zacząłem czytać książki o przyrodzie i ludziach którzy z nią obcowali. Pierwszą była „Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny. Muszę przyznać że książka ta, pomimo "lekturowego" nazwiska Autorki, zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Pod jej wpływem zacząłem obserwować ptaki i zbierać ptasie jaja (przypominam, że jest to obecnie nielegalne). Wkrótce poznałem też całą serię książek Teodora Goździkiewicza, który w niesamowity (jak dla nastolatka) sposób opisywał swoje kontakty z przyrodą.
Choć w owych czasach nie było to łatwe, zacząłem gromadzić książki i atlasy poświęcone przyrodzie, a zwłaszcza o ptakach. Władysław Taczanowski, Jan Sokołowski, Ludwik Tomiałojć, Jerzy Gotzman, Władysław Siwek, wszystkim im zawdzięczam to, co wiem o ptasim świecie.
Po jakimś czasie przyszedł czas na albumy z fotografią przyrodniczą. Zacząłem, tak jak wszyscy, od Włodzimierza Puchalskiego, a potem zwróciłem uwagę na zdjęcia Zdzisława Wdowińskiego, Leszka Sawickiego, Włodzimierza Łapińskiego, braci Kłosowskich i Wiktora Wołkowa. Oglądałem też filmy. Choć w polskiej telewizji dominowały produkcje spod znaku National Geographic, czasem można było natknąć się na stare filmy Joanny Wierzbickiej ze zdjęciami, nieżyjącego już, pochodzącego z Olsztyna, operatora Ryszarda Czerwińskiego, czy dorównujące najlepszym światowym standardom – dokumenty Jana Walencika.

I to chyba byłoby wszystko. Choć jest i wisienka na torcie. Tą wisienką jest książka Freda Bodsworth`a „Odmieniec”. I ją polecam szczególnie tym, którzy jeszcze nie zdecydowali, czy chcą polubić przyrodę.
PS. A na zdjęciach kwokacz i kulik wielki.













czwartek, 10 kwietnia 2014

Biebrza – przewodnik praktyczny.



O Dolinie Biebrzy napisano już kilka przewodników. Problem jednak w tym, że w większości przypadków, ich Autorzy koncentrują się na wysławianiu uroków tej krainy, pomijając szereg istotnych kwestii. Dlatego też, mając na względzie biebrzańskich debiutantów, postanowiłem zamieścić kilka informacji, które mam nadzieję, przydadzą się podczas pierwszego pobytu nad Biebrzą. Dla przejrzystości podaję je w porządku alfabetycznym.

BANKOMATY. Są tylko trzy (w Goniądzu, Radziłowie i w Trzciannem), ale za to gadające. Na szczęście w sklepach coraz częściej można płacić kartą … o ile są one otwarte (patrz: sklepy spożywcze).
DROGI. Bywają. Na mapie. Wprawdzie Carska Szosa jest już wyremontowana, ale cała reszta przypomina poligon, na którym testuje się wytrzymałość transporterów opancerzonych. Warto zatem pamiętać o lince holowniczej, łopacie, siekierze, śpiworze, zapasie paliwa i wody lub o autorze tego bloga, który posiada numery telefonów do właścicieli ciągników po obu stronach rzeki.
GASTROPUNKTY. Praktycznie nie istnieją. W zasadzie jedynym, godnym polecenia miejscem jest, położony nad Narwią, „Bar u Dany”. Poza nim, jeżeli pominiemy wątpliwą ofertę lokalnych pensjonatów, nie ma dosłownie niczego. Warto o tym pamiętać, gdyż przygotowywanie posiłków we własnym zakresie, także może być problematyczne (patrz: sklepy spożywcze).
INSEKTY. Są i to w najbardziej wrednej wersji. Jeżeli komuś wydaje się, że wie co to są komary, bo kiedyś spędził urlop na Mazurach, to niestety jest w dużym błędzie. Nad Biebrzą to nie wilki, ale właśnie komary, gzy i ślepaki zasiadają na szczycie łańcucha pokarmowego.
KARTY WSTĘPU DO PARKU. Lepiej mieć.
KWATERY. Są. Ale ciągle za mało. Oczywiście to już nie te czasy, kiedy słowo agroturystyka nie istniało w słowniku mieszkańców nadbiebrzańskich wsi. Obecnie podaż nadąża za popytem, ale wyłącznie poza sezonem. Dlatego też, jeżeli planujemy wyjazd np. w tzw. długi weekend majowy, noclegi rezerwujemy 4 maja roku poprzedzającego. Nie oznacza to, że w ogóle się nie da. Dla się, jeżeli posiadamy namiot lub obszerny bagażnik i jednocześnie nie jesteśmy uczuleni na ukąszenia (patrz: insekty).
ŁOSIE. Są. Problem tylko w tym, że o tej porze roku wchodzą w mokradła i może się tak zdarzyć, że nawet w czasie kilkudniowego pobytu nic nie zobaczymy. Na szczęście zawsze można zobaczyć łosie w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt przy leśniczówce Grzędy.
MOŃKI. Ostatnia deska ratunku w przypadku problemów z zaopatrzeniem w jedzenie, ciuchy czy gotówkę (patrz: gastropunkty i sklepy spożywcze).
MOSTY. Nie ma. To znaczy są, ale zdecydowanie za mało. W związku z powyższym wybierając się nad Biebrzę, trzeba liczyć się z faktem, że dotarcie do oddalonego o 1 km miejsca, zajmie nam dobrą godzinę. Lub cztery.
NAPOJE. Trzeba pytać i … uważać.
PTAKI. Są, ale nie zawsze tam, gdzie się ich spodziewamy lub gdzie widzieliśmy je rok wcześniej. Wybierając się zatem nad Biebrzę należy pamiętać, że czasem przyjdzie ich trochę poszukać, a i to nie zawsze kończy się sukcesem (patrz: drogi i mosty).
RYBY. Były.
RZEKA. Jest. Kiedyś dzika, dziś niestety coraz bardziej popularny szlak kajakowo-tratwowy. Dlatego, jeżeli ktoś szuka odrobiny samotności, lepiej wybrać któryś z jej dopływów.
SKLEPY SPOŻYWCZE. Są, ale tylko pozornie. Problemem są godziny otwarcia. Zdarza się często, że w niektórych miejscowościach tego rodzaju placówki otwierane są tylko na 3-4 godziny w ciągu dnia, a czasy kiedy stukało się w okienko pani sklepowej, odeszły już niestety w zapomnienie.
STACJE BENZYNOWE. Są w Goniądzu, Radziłowie i w Trzciannem. Z jakiegoś jednak powodu starannie je ukryto. Nie ma co liczyć na tablice informacyjne, czy tego typu miejskie fanaberie, tylko pytać. Należy też pamiętać, że godziny pracy stacji zależą wyłącznie od fantazji ich właścicieli (patrz: napoje i sklepy spożywcze).
TURYŚCI. Są. W niektórych miesiącach liczni, bardzo liczni lub zaliczni.
WILKI. (patrz: łosie). 
WYPOŻYCZALNIE SPRZĘTU PŁYWAJĄCEGO. Są, ale (patrz: kwatery).

Jak wynika z powyższego, wyjazd nad Biebrzę, to kompletna głupota. No chyba, że ktoś lubi być głodny, opuchnięty, niewyspany i … szczęśliwy. Takim osobom polecam!