O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biebrzański Park Narodowy.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biebrzański Park Narodowy.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2017

Kilka (czyli dokładnie 625) słów o karslipingu.

Wspominałem kiedyś, że jednym ze sposobów na biwakowanie w tzw. terenie jest nocowanie w samochodzie. Wspomnieć, a wyczerpująco opisać, to jednak nie to samo. Dlatego też dzisiejszy post postanowiłem poświęcić właśnie temu, jakże ważnemu i często nierozsądnie pomijanemu, zagadnieniu.
Spanie w aucie ma niezaprzeczalnie wiele zalet, z których część już opisałem. Aby jednak nakręgosłupnie przekonać się, że tak właśnie jest, niezbędna jest przynajmniej podstawowa wiedza o tzw. karslipingu. Zdaję sobie sprawę z faktu, że wiele osób natychmiast wytknie mi, że nocowali w aucie nie raz i niepotrzebne są im żadne poradniki. Moi Kochani! To, że powodowani skąpstwem spaliście już w samochodzie (np. podczas podróży na wywczasy w Chorwacji) nic nie znaczy. Takie praktyki są powszechne w naszym narodzie (podobnie z resztą, jak przygotowywanie wesela umiłowanej córki-jedynaczki na bazie żarcia wynoszonego systematycznie przez znajomego komiwojażera z hotelowych, szwedzkich stołów). Musicie pamiętać o tym, że niehigieniczne drzemanie gdzieś na bezpłatnym parkingu, ma się tak do profesjonalnego wysypiania się w bagażniku, jak – wybaczcie porównanie - zacięcie się przy goleniu do poderżnięcia gardła. Czyli, innymi słowy się ma, ale niewiele.
Zacznijmy zatem od tego, że do karslipingu potrzebujecie auta adekwatnego do Waszych gabarytów, a zwłaszcza do kadłuba (odnóża tylne i przednie zawsze gdzieś tam upchniecie). Zatem jeżeli we wczesnym dzieciństwie paliliście dużo papierosów, zapewne wystarczy Wam nieduże, sportowe coupe (czyt. kupe). Jeżeli jednak prowadziliście zdrowy tryb życia, piliście mleko i nigdy nie brakowało Wam wieprzowiny, potrzebujecie czegoś zdecydowanie większego, czyli np. combi (czyt. kombi). Marka auta nie ma tu już większego znaczenia, chyba że przyjechaliście w teren sami, ale lubicie spać we dwoje. W takim przypadku rzeczywiście korzystniej jest posiadać Mercedesa, niż odziedziczonego po ojcu - Wartburga 353S Tourist.
Ok. Macie już odpowiednie auto i co dalej? Przede wszystkim jadąc w plener powinniście zawczasu zaplanować, gdzie będziecie nocować. Jest to istotne zwłaszcza wtedy, gdy już od kolejnego świtu koniecznie chcecie fotografować, obserwować, zakładać sidła itd., nie tracą przy tym czasu na przedporanne dojazdy. Bywa jednak i tak, że jedziecie w nieznane. Warto wtedy poświęcić trochę czasu na objazd okolicy i wybór odpowiedniego miejsca. No właśnie. Zastanówmy się teraz wspólnie, co właściwie oznacza termin „odpowiednie miejsce”? Oczywiście wiem, że większość z Was odpowie, że „odpowiednie miejsce, to takie, w które nie zagląda policja”. To oczywiście prawidłowy tok rozumowania, aczkolwiek – wybaczcie – nieco uproszczony.
Odpowiednie miejsce, Moi Mili, musi charakteryzować się także kilkoma innymi cechami. Po pierwsze powinno znajdować się tam, gdzie jest przyroda. Jakże przyjemnie jest bowiem zaraz po opuszczeniu aucich pieleszy, natknąć się na cel naszej wyprawy: bataliony, gęsi, łosie, zwierzęta futerkowe, rybę itp., gdyż właśnie m.in. w tym celu porzuciliśmy myśl o pensjonacie. Po drugie, bardzo ważne jest ukształtowanie terenu. Jak zapewne wiecie, Homo Sapiens w toku skomplikowanych procesów ewolucyjnych przystosował się do spania w pozycji horyzontalnej. Dlatego też zadbajcie, by Wasze auto docelowo stanęło w miejscu, w którym spadek terenu jest zerowy lub nieznaczny. Ominie Was wtedy dyskomfort spania z jednoczesnym wczepianiem się pazurami w tapicerkę lub inne, wewnętrzne elementy samochodu.
Kolejna kwestia dotyczy przygotowywania posiłków, palenia ognisk, ablucji itp. Można oczywiście odżywiać się wyłącznie suchą karmą, zaniechać wpatrywania się w płonące bierwiona i czasowo zrezygnować z mycia. Tyle tylko, że taki system sprawdza się w weekendy, a nie w czasie dłuższej wyprawy. Pół biedy z myciem, gdyż wiosną na prowincji i tak wszędzie wali gnojowicą, więc raczej nie musicie obawiać się, że po kilku dniach spędzonych z dala od łazienki, wyproszą Was z gminnej galerii handlowej. Ćwierć biedy nawet z tą karmą. Nasz kot je to coś od zarania jego dziejów i nie narzeka. Ale tak bez ogniska!? To już lepiej w ogóle nie ruszać się z domu. Dlatego też radzę! Planując nocleg, bezwzględnie wybierajcie miejsca zasobne w opał (przypominam, że torf nadaje się do spalenia dopiero po długotrwałym, starannym wysuszeniu) i jednocześnie niewidoczne dla nadgorliwych członków (i członkiń) lokalnej OSP.
Przepraszam. Wiem, że tekst wymknął mi się nieco spod kontroli, więc o reszcie istotnych kwestii napiszę w którymś z kolejnych postów, starając się zilustrować je adekwatnymi fotkami. Do tego czasu wybierając się w teren, korzystajcie raczej z oferty lokalnych kwaterodawców.

I niech Wiosna będzie z Wami!



























Poniżej: Podlasianka w tradycyjnym, ślubnym stroju ludowym.


wtorek, 14 czerwca 2016

Sielanka.


Tym razem naszym najważniejszym celem wyjazdu nad Biebrzę nie było fotografowanie. Być tam jednak i kompletnie nic nie pstryknąć to, jak nie przymierzając, wejść do polecanego przez kierowców TIR-ów przydrożnego baru z golonkami i zamówić naleśniki z serem.
Nie chcę znowu marudzić, że sucho i że ptaków nie ma, więc ograniczę się tylko do lakonicznego stwierdzenia, że sucho i ptaków nie ma, przynajmniej tych związanych z wodą. Nad Biebrzą zaczął się czas intensywnych sianokosów, więc łosie i jelenie także zrobiły sobie wolne od modelingu i zalegają gdzieś w głębi sucharów. Co prawda gdybyśmy nie zarywali nocy i wstawali, jak ludzie przed świtem, zdjęć byłoby pewnie więcej, ale zarywaliśmy (no dobrze, ja zarywałem), więc efekt jest taki, jaki widać poniżej.
Przyznaję, że choć od lat nie mieszkam już na Podlasiu, cały czas urzeka mnie sielskość tej krainy i związany z nią rytm życia. Tam nie ma pogoni za pieniądzem i złudną, krótkotrwałą sławą w miejskim piekle. Tam czas pracy i odpoczynku wyznacza przyroda, a nie ułożony przez kogoś grafik godzinowy. Tam ze snu wybudza światło brzasku i melancholijne śpiewy powracających znad rzeki kłusowników, a nie dwie komórki z ustawioną funkcją drzemki.
Chciałbym jeszcze kiedyś pożyć tym właśnie rytmem i w tamtejszych okolicznościach przyrody. Wstawać rano i uśmiechem przyrządzać sobie śniadanie. Nie jakieś tam wymyślne danka rodem z dętych, warszawskich barów śniadaniowych, ale proste i sycące wiejskie jedzenie. Ot, dwie uczciwe pajdy komiśniaka z masłem i ćwiartką gotowanego na parze prosiaka. A do tego garniec mleka wymieszanego pół na pół z samogonem upędzonym na krzepkim cukrze z własnych buraków. A potem do pracy! Na łąki! Na sianokosy! Na grzbiecie przewiewna koszula, a w przewieszonej przez ramię torbie, drugie śniadanie i butla samogonu, gdyż nic tak nie gasi pragnienia w letni skwar, jak słoik schłodzonego w rzece bimbru. I tak od zarania, aż do południa, gdy nastaje krótki czas odpoczynku. Kładzie wtedy człowiek swe udręczone ciało w cieniu gruszy i pogryzając kłącze bielunia, spogląda leniwie na kobietę niosącą trojaki z gęsiną i tłustym twarogiem, hojnie zaprawionym słodką, wiśniową nalewką na samogonie. Zjadłszy, zasypia człowiek spokojnie, ale gdy tylko południowy skwar zaczyna ustępować miejsca skwarowi popołudniowemu, znowu rusza do pracy. Nie spieszy się jednak. Podnosi się godnie, powoli i wychyliwszy na szczęście kilka kwaterek samogonu, staje w łanie. I na powrót, hen nad ruń, wznosi się metaliczny śpiew kos i sierpów, zagłuszając skrzekot skowronków. I kładą się równymi rzędami pełniki, stokłosy, tymotki, jaskry, firletki i nowonarodzone sarny. I tak do wieczora, do czasu, gdy ostatnie promienie słońca znikną za brzeziną. Staje wtedy człowiek na miedzy i z wolna popijając samogon, patrzy na to, co uczynił przez cały dzień i serce mu się raduje.
A potem wraca człowiek do domu, na wieczerzę i na zasłużony sen. Może wreszcie usiąść pod starą lipą i pokrzepiając się sycącą, gorącą polewką z maślanki, samogonu, jarmużu i podwędzanej słoniny, pospoglądać na swoje obejście. Na dom, pamiętający jeszcze carską prohibicję z 1914 roku, na stodołę, w której suszą się nalewkowe zioła i na drewutnię, z której dobiega, kojący uszy, bulgot zacieru.
Ech! I byłaby to najsielańkowatsza na świecie sielanka, gdyby nie to, że następnego dnia znów o świtaniu trzeba ruszyć w łąki, więc człowiek się nawet jednego piwa napić nie może.

PS. Zgodnie z obietnicą, od dziś zaczynam podpisywać niektóre zdjęcia.



Łoś z jarzyną w pysku.


Boćki białe w deszczu w okolicach wsi Sojczyn Borowy.


Biebrza w pobliżu Białego Grądu.


Kośne łąki w Sojczynie Borowym.


Samiczka dzierzby gąsiorka.


Myszołów zwyczajny w niezwyczajnych Kapicach.


Goździk kartuzek.


Grążel żółty w rzece Jegrzni.


Orlik krzykliwy.




Pokląskwa.





Zając szarak (Paszteticus pyszatus).



środa, 16 marca 2016

Trochę inne widoczki.


     Tym razem bez zwierzaków i bez tekstu. Te pierwsze będą w  następnych postach, a ten drugi, jak pożegnam się z grypą.