O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Mieszkam w Olsztynie, ale przez 17 lat mieszkałem w Dolinie Biebrzy w miejscowości Biebrza (tak, jest taka). Dolina to, obok Warmii, miejsce do którego wracałem i nadal wracam w każdej wolnej chwili. Fotografią przyrodniczą zainteresowałem się w praczasach, aby następnie porzucić ją na wiele lat. Do zdjęć wróciłem dopiero w 2010 roku, więc mój tzw. dorobek jest na tzw. dorobku. Ciągle mam jednak nadzieję, że będzie się systematycznie powiększał.

czwartek, 8 grudnia 2016

Migawki z terenu XXI.

       No cóż. Muszę przyznać, że z aktualnością zdjęć, raczej u mnie nietęgo. Pobieliło pola - pokazywałem jesień. Powróciła jesień - pokazuję białe przestrzenie. Inaczej jednak nie umiem. Wiem tylko, że nie chcę prowadzić czegoś w rodzaju Kochanego Pamiętniczka, ani też opisywać swoich bohaterskich przygód na rozlicznych łonach Pani Przyrody (uprzejmie uprasza się o zaniechanie skojarzeń!). Nie chcę również zanurzyć się w odmęty poezji, gdyż - po pierwsze - nie umiem, a po drugie, gdy raz jeden pozwoliłem sobie na coś takiego http://wojciechgotkiewicz.blogspot.com/2015/09/jak-nie-zostaem-poeta.html, spadła na mnie zasłużona cegła krytyki. 
       Szukając własnej, internetowej drogi przez chwilę zastanawiałem się nad podkręceniem bloga za pomocą postów kulinarnych, ale szybko dałem sobie z tym spokój. Podawanie samych receptur, to przecież anachronizm, a gotowanie i jednoczesne fotografowanie kolejnych etapów tegoż, to udręka ponad moje siły. Pomyślcie sami. Wyjmuję z lodówki piękny kawałek, wyszorowanej uprzednio, wieprzowiny i kładę go na desce. Myję ręce, biorę aparat i pstrykam fotkę. Odkładam aparat i doprawiam mięso solą, pieprzem i ziołami. Myję ręce, biorę aparat i pstrykam fotkę. Odkładam aparat, wkładam wieprzowinę do naczynia żaroodpornego i artystycznie garniruję brukwią. Myję ręce, biorę ... i właśnie dlatego nie ma tu postów kulinarnych. 
       Nieco później wpadłem na pomysł poprowadzenia bloga literackiego. Tyle tylko, że żeby coś napisać, najpierw trzeba coś przeczytać. A to, po pierwsze - droga zabawa, bo taka książka kosztuje pewnie ze dwie dychy, po drugie - od czytania pulsują mi oczy, a po trzecie wreszcie - po pierwszym akapicie i tak zwykle zasypiam z nudów. Tak na marginesie, z postów filmowych zrezygnowałem, gdy dowiedziałem się, że policja zarekwirowała komputery 40 tysiącom, kochających kino, blogerów.
       Kiedy ostatnio wróciłem z Podlasia, pomyślałem, że może tak zacznę pisać posty podróżnicze? Polaków nie stać na wojaże, ale są chciwi wieści ze świata, więc czytelników mi nie zabraknie - kombinowałem. Niestety, kiedy sporządziłem listę naszych wypraw, wyszło mi, że jeździmy wyłącznie na wspomniane Podlasie, a poza tym byliśmy raz w Szczytnie, a i to tylko w tamtejszym Lidlu.
       Z żalem odrzuciłem także inne, pozornie niegłupie pomysły. Blog fitnessowy - bo trzeba się męczyć, albo kraść cudze zdjęcia z internetu, a blog majsterkowicza - bo trzeba mieć więcej narzędzi, niż jeden młotek i to na dodatek bez tej żelaznej części na końcu. Słodką myśl o blogu modowy porzuciłem po przejrzeniu swojej półeczki w szafie, blog wędkarski po negocjacyjnym fiasku w stoisku rybnym, zaś blog kolekcjonerski po stwierdzeniu faktu, że i owszem - mam z dziesięć długopisów, ale wszystkie są takie same. 
       W końcu na mojej liście marzeń pozostał już tylko blog poświęcony pasterstwu lub - opcjonalnie - pasożytom jelita grubego. Ponieważ jednak słabo znam się na jednym i drugim, z bolesnym poczuciem klęski odrzuciłem również te dwa, ostatnie pomysły. 
       Wszystko wskazuje zatem na to, że nie mam wyjścia. Zostaję przy tej głupiej przyrodzie, choć ciągle naiwnie wierzę, że jeszcze kiedyś zawojuję sieć nowym, genialnym pomysłem.
        













poniedziałek, 5 grudnia 2016

Przyrodnicza rzeczywistość wirtualna.

       Za nami pierwszowarmiński, zimowy zwiad terenowy (zdjęcia już wkrótce). Na razie trzaskaliśmy głównie widoczki, choć dziki i przydrożne jelenie też się już przytrafiły. Niestety ten, jakże upragniony śnieg, to także pewien kłopot. Dlaczego? Ano dlatego, że chrzęści to - jak nie przymierzając - żwirek dla kota w Muzeum Ciszy, więc nasze leśne spacerowanie przypominało trochę konkurs jedzenia cornfleksów na czas, w rodzinnej krypcie nocą. Innymi słowy, ani to przyjemne, ani - tym bardziej - praktyczne. Nie o tym jednak jest ten post. Ten post jest mianowicie o nowych parkach narodowych, a w zasadzie o braku takowych.
       Ostatnio przeczytałem, że utworzono Turnicki Park Narodowy https://www.facebook.com/turnickiparknarodowyprojektowany/?fref=ts. Teoretycznie powinno mnie to ucieszyć, zwłaszcza że czas temu jakiś, recenzowałem kilka rozdziałów Planu Ochrony TuPN. Problem jednak w tym, że ten Park, to Park ... w 100% wirtualny.
       W Polsce funkcjonują 23 parki narodowe. Ktoś może powiedzieć, że to dużo, ale trzeba pamiętać, że w sumie zajmują one zaledwie około 1% powierzchni kraju. Od lat trwają starania o utworzenie kilku kolejnych, z których teoretycznie największe szanse mają trzy, czyli wspomniany Turnicki, Jurajski i nasz, czyli Mazurski. To, że mają największe szanse nie oznacza jednak, że kiedykolwiek powstaną. Dobrym przykładem jest projektowany Mazurski PN. Pomysł jego utworzenia narodził się już w latach `60 ub. wieku. Niestety, przez ten cały czas trwała i trwa nadal, zajadła batalia zwolenników i przeciwników stworzenia nowej formy ochrony przyrody na Mazurach. Za, byli i są przede wszystkim wszelakiej maści przyrodnicy, przeciw zaś - część mieszkańców, samorządy lokalne, Lasy Państwowe (mniej lub bardziej oficjalnie), myśliwi i przedsiębiorcy. Sytuacja nie jest prosta (właściwie należałoby stwierdzić, że jest skrajnie skomplikowana), gdyż i jedni i drudzy mają solidne argumenty i trudno jest jednoznacznie wyrokować, po czyjej stronie jest racja.
       Jedno jest pewne. Przyroda może nie doczekać korzystnych dla niej zmian. Ostatni park narodowy (Ujścia Warty) powołano w 2001 roku, czyli jakby nie liczyć, przeszło 15 lat temu. Od tamtej pory nie zrobiono już praktycznie niczego, poza wprowadzeniem do Polski unijnej sieci Natura 2000, która jednak rządzi się nieco innymi prawami. W moim przekonaniu, żeby przezwyciężyć tę - patową dla wszystkich - sytuację, konieczne są zmiany w prawie. Obowiązująca ustawa o ochronie przyrody nie odróżnia miejscowych od przyjezdnych i daje im dokładnie takie same prawa, czyli w rzeczywistości - ograniczenia. Trudno więc się dziwić, że społeczności lokalne reagują na park, jak karp na święta, czyli nie najlepiej. Czy nam się to podoba, czy nie, jest to poważny problem i warto się nad tym chwilę zastanowić, chyba że chcemy chronić przyrodę, tak jak ostatnio, czyli ... wirtualnie.

P.S. Polubcie profil Turnickiego Parku Narodowego. Może ten mały gest w jakiś sposób pomoże ludziom, którym nieobojętna jest ochrona tego niezwykłego obszaru.
P.S.2. Tych, których interesuje, jakie parki (mają tam trochę inny system)funkcjonują w USA i jak się je promuje w najprostszy z prostych sposobów, odsyłam tu: https://www.youtube.com/watch?v=JhYYoTeJJls
P.S.3. Tym razem resztki z tegorocznego rykowiska.














Poniżej kilka fotek pokazujących, jak Cervus E., czyli Jeleń Sz. (niezaliczający się przecież do kategorii mikrofauny) potrafi skutecznie wtopić się w otoczenie. W takiej sytuacji samo podejście zwierzaka jest być może satysfakcjonujące, ale o dobrych zdjęciach, mowy nie ma. Tzn. mowa jest, ale jedynie w przypadku, gdy kolekcjonujemy obrazki dokumentujące frywolne sceny z życia flory leśnej.







środa, 30 listopada 2016

Na pohybel listopadowi.

       Po powrocie z Doliny na jakiś czas zaniechaliśmy terenu. Praca, dom i nowy sublokator - Fiodor Wojciechowicz Iwaszko (siedzący teraz obok laptopa i udający, że współtworzy blog, a tak naprawdę kombinujący, jak wyłudzić kolejną porcję wątróbki), to wszystko spowodowało, że pozalegaliśmy w pieleszach. Do tego w przyrodzie dzieje się niewiele, a już na pewno nie tyle, żeby pojechać, pstryknąć coś niewyraźnego zza krzaków i udawać, że to fotografia przyrodnicza.
       Wiem jednak, że ten stan nie potrwa długo. Ba. Wiem nawet to, że niezależnie od klimatycznych okoliczności, ruszamy w najbliższy weekend. Niech mży, pada i duje. Niech siąpi, kapuśniaczy i śnieży. Tak, czy siak jedziemy. A wszystko to dlatego, że jak głosi znane powiedzenie: chłop (i baba!) z przyrody wyjdzie, ale przyroda z chłopa (i z baby!) – nigdy.
       A zatem ruszamy. Tym razem do lasu, bo rozległe przestrzenie już były i za miesiąc będą ponownie. Do lasu, gdyż trochę stęskniliśmy się już za dzikami i przydrożnymi łańkami. Za śródleśnym bajorem, po którym pływają łabędzie krzykliwe. Za liniami oddziałowymi, które udając ścieżki, oddzielają poszczególne, leśne zakamarki. Za uładzoną, ale jednak przyrodą.
       Tak naprawdę po głowie chodzą nam teraz bobry. Jeszcze dwa lata temu fotografowaliśmy je w Dolinie, gdy w styczniowe popołudnia wychodziły z przerębli w celu uzupełnienie zapasów. W tym roku wody jest mało, więc nasze stare miejsca są niemal całkowicie opustoszałe. Spróbujemy więc dopaść te gryzonie tu na Warmii. Co prawda ostatnio wydano na nie ogólnopolski wyrok śmierci, ale myślę, że nie zrobiło to na nich większego wrażenia
       W tzw. międzyczasie poporządkowałem trochę dyski i znalazłem sporo niepublikowanych dotychczas zdjęć. Szkoda, żeby zalegały mroczne, cyfrowe czeluście, więc zanim pokażę coś bardziej aktualnego, będę wracał do tych, lepszych przyrodniczo chwil. Tym razem - kszyki, czyli ptaki dla mnie szczególne. Już wiele razy pisałem, że ich beczenie, to obok żurawiego klangoru i czajczego kwilenia, najważniejszy sygnał, że wiosna już jest. Nie, że wpadła przelotnie, mamiąc chwilową odwilżą, tylko że zagnieździła się na dobre.
     Tymczasem cieszmy się, że przeklęty listopad odchodzi właśnie precz. Grudzień, to potencjalny śnieg, zapowiedź dłuższego  dnia, nadbiebrzański sylwester i kilka tygodni do wiosny.

PS. Jeżeli ktoś miałby ochotę zrobić coś dobrego przed Świętami, zachęcam do zajrzenia i nie tylko, pod ten link http://www.kneziowisko.pl/rezerwat-niedzwiadkow-koala 















Nosił kszyk razy kilka, ponieśli i kszyka. Co prawda poniższe zdjęcie jest dramatycznie nieostre (jastrząb zaskoczył mnie całkowicie), ale dosadnie pokazuje, jaka jest ta nasza Pani Przyroda. Fotografowałem tego kszyka przez kilka minut, na sekundę  odwróciłem wzrok od aparatu i ... było po zdjęciach. 


czwartek, 24 listopada 2016

Papuga zamiast śniegu.

       Kiedyś mieliśmy cztery, wyraziste pory roku i było wspaniale. Teraz wszystko pomieszało się tak, że przyroda powoli zaczyna wariować. Makroman fotografuje jesienne zawilce http://maciejmakro.blogspot.com/2016/11/dabrowka-szczepanowska-piekne-miejsce.html, a gŁoś - łosie zimą w brzezinach http://glosbagien.blogspot.com/2016/11/zapowiedz.html. Sodomia, Gomoria i Fantasmagoria Mili Państwo! Przyznam, że trudno mi jest się z tym wszystkim pogodzić. Pory roku powinny być i basta! Inaczej rok będzie równie ciekawy, jak niegdyś bryła smalcu w wiejskim sklepie. Bez niczego, na co można czekać. Marazm i sromota w jednym, a poruta - w drugim! 
       Tak na marginesie, zdarzało się już w historii, że zimy bywały łagodne, jak te obecnie. Wzmiankę o takiej anomalii można zaleźć np. w Kronikach Sławnego Królestwa Polskiego. Ich  Autor - niejaki Długosz Jan, opisywał w nich zimę z roku 1412, która to "... była bardzo ciepła i jak nigdy bez żadnych ostrych mrozów do tego stopnia, że gdy w bardzo chłodnej ziemi litewskiej koło uroczystości Oczyszczenia NMPanny (2 lutego) wyrosła trawa i kwiaty ... lud uznał niemal za cud". To nie wszystko. Kolejne, łagodne zimy miały miejsce również na przełomie 1425 i 1426 roku, w latach 1538-1540, w 1862, w 1925 oraz w 1934 r.
       No dobrze, ale co się stanie, jeżeli temperatury podskoczą już na stałe, a zimy znikną dokumentnie, ostatecznie i nieodwołalnie?  Ciepłolubni stwierdzą zapewne, że będzie przepięknie, gdyż nie będzie trzeba tłuc się do Chorwacji, czy innej Grecji, żeby wymoczyć cielsko w ciepłej, słonej wodzie. Zyskają sprzedawcy lodówek, lodów i  piwa, a sklepach pojawią się ananasy i daktyle z CYTRUSPOLU Hajnówka. Odetchną z ulgą barany i inni dostarczyciele futer, dostawcy opału i odśnieżacze przestaną narzekać na ciężką pracę, a właścicielki solariów popełnią zbiorowe samospalenie. Czyli, jakby nie patrzeć, nie będzie tak źle.
       Kłopot w tym, że w przyrodzie nie będzie jednak już tak różowo. Chociaż część siedlisk i gatunków skorzysta na ociepleniu, to jednak zmiany wpłyną negatywnie na ekosystemy związane przede wszystkim ze strefą borealną, czyli północną (choć nie tylko). Ponurym przykładem może być los cietrzewi i głuszców. Spośród wielu czynników, które zaważyły na znacznej redukcji ich populacji, wymienia się również te klimatyczne. Oba gatunki, to ptaki żywiące się głównie borówkami, żurawiną, wrzosem, wełnianką, pączkami wierzby i brzozy, jarzębiną itp.. Dalsze ocieplenie klimatu spowoduje, że te rośliny zaczną ustępować miejsca innym gatunkom, które niestety nie znajdują się w jadłospisie obu kuraków. W przypadku cietrzewi problemem jest również brak śniegu, który pozwalał ptakom przetrwać najbardziej mroźne okresy. 
       Brak zim, śniegu i co się z tym wiąże - wiosennych rozlewisk, wpłynie negatywnie na siewkowce, część kaczek oraz ptaki drapieżne związane ze środowiskiem wodno-błotnym (toki, miejsca lęgów i polowań). Problem będą również mieli przedstawiciele tych gatunków, których zimowiska znajdują się daleko od Europy, czyli np. w Afryce saharyjskiej. Dużo trudniej będzie im przewidywać, co zastaną po powrocie do kraju, a to będzie miało znaczący wpływ na lęgi.
       Po tyłku dostaną nie tylko ptaki. Poważny kłopot będą miały np. nasze rodzime foki szare, których rozród związany jest z lodem, oraz wszystkie te gatunki, które zapadają w sen zimowy. W tym ostatnim przypadku zakłócona hibernacja również odbije się na sukcesie rozrodczym.
       Kolejna kwestia dotyczy gatunków inwazyjnych. Na razie narzekamy głównie na te, które pochodzą z podobnych stref klimatycznych. W kolejce do ziemi obiecanej, czekają jednak inni, ceniący wyższe temperatury, imigranci - szakal złocisty, żółw czerwonolicy, aleksandretta obrożna (papuga, która terroryzuje Belgię, Holandię i Niemcy) i zapewne wiele, wiele innych.
       Ciepło dopadnie również wszystkie typy torfowisk i część lasów, zwłaszcza tych, dla których Polska stanowi południową granicę zasięgu, jak brzeziny subborealne, czy borealne świerczyny bagienne. Ich miejsce zajmą gatunki drzew preferujące siedliska żyźniejsze lub trawy. 
       Na tym kończę te ponure wynurzenia i, mimo wszystko, czekam na zimę. Tę prawdziwą, a nie tę kalendarzową. Jej namiastkę mieliśmy już w Dolinie, ale trwało to zbyt krótko, ażeby się jej nażreć do syta. Na szczęście klimatolodzy nie wieszczą jeszcze końca zim z czasów Fałata i Wierusza-Kowalskiego. Do końca tego stulecia podobno jeszcze będą. Nie tak spektakularne, jak kiedyś, ale będą. Z Raportu Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych ONZ wynika, że choć średnia temperatur rośnie, to jeszcze kilka razy zmarzniemy.

PS. Zainteresowanych powyższą tematyką odsyłam do publikacji pn. "Ocena wpływu zmian klimatu na różnorodność biologiczną oraz wynikające z niej wytyczne dla działań administracji ochrony przyrody do roku 2030" wydaną przez GDOŚ.

PS.2. Tych, których interesuje, co byłoby, gdyby w ogóle nie było zimy, odsyłam do tego https://www.youtube.com/watch?v=pPi25XWHWWs