O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

poniedziałek, 24 lipca 2017

Drugie spotkanie z Włodzimierzem Puchalskim.

       Wielokrotnie, czyli jakieś dwa-trzy razy, wspominałem już w tym blogu o Włodzimierzu Puchalskim. Jego postać jest dla mnie szczególnie ważna, gdyż gdyby nie On, prawdopodobnie pozostałbym przy pasywnym obserwowaniu przyrody i nigdy nie sięgnąłbym po aparat. Oczywiście wiem, że mnóstwo osób stwierdzi natychmiast, że szkoda, że tak się nie stało, ale cóż. Jest, jak jest i tyle.

       Zostawmy jednak ten nieprzyjemny dla nas wszystkich temat i wróćmy do Puchalskiego. Pisałem już kiedyś, że posiadam wszystkie Jego albumy, łącznie z tymi, które ukazały się już po Jego śmierci na Wyspie Króla Jerzego. W czasach tzw. młodości wertowałem je godzinami, a w szczególności te poświęcone Biebrzy i Narwi. Potem jednak pojawili się kolejni fotografowie i kolejne wydawnictwa, na tle których stare albumy Puchalskiego zaczęły wyglądać mocno archaicznie. Czarno-biała fotografia, papier, którego dziś nie użyto by nawet do wyłożenia skrzynki z węglem i poligrafia jak ze szczenięcych lat Gutenberga. Jeszcze później dotarły do nas wydawnictwa zachodnie, aż w końcu dotarliśmy do epoki dokumentów kręconych w technologii HD. Oczywiście ktoś inny na moim miejscu napisałby, że pozostał wierny Mistrzowi i precz odrzuciwszy szatański blichtr, do dziś spędza wszystkie, zimowe wieczory z kubasem nalewki i naręczami albumów Pana Włodzimierza. Ja jednak nie chcę łgać (nie tym razem) i uczciwie napiszę, że stare albumy trafiły na dolne półki i tylko od czasu, do czasu zdarzało mi się do nich zaglądać. Traf jednak chciał, że ponownie wróciłem do twórczości Puchalskiego, a wszystko to za sprawą, jak zawsze, przypadku.
       
       Grzebiąc w sieci w poszukiwaniu czegoś skrajnie nieprzyzwoitego, jakimś cudem, natknąłem się na wzmiankę o książce Tomasza Ogrodowczyka pt. "Werki Włodzimierza Puchalskiego", czyli opracowaniu zawierającym bogaty zbiór zdjęć i innych materiałów przedstawiających Artystę od tzw. "kuchni". 



       Zaciekawiło mnie to do tego stopnia, że porzuciłem niecne praktyki (czasowo!) i zajrzałem na stronę wydawcy, czyli OR-WLPwB. Oprócz wspomnianych "Werków", znalazłem tam również tzw. "Zieloną Serię", czyli cztery reedycje albumów Puchalskiego. To akurat nie było dla mnie niespodzianką, gdyż pozycje te funkcjonują na rynku już od jakiegoś czasu, ale jakoś nigdy nie korciło mnie, żeby im się bliżej przyjrzeć. Jako, że "Werki" nabyć chciałem, a ceny nie były (i nadal nie są) zbyt wygórowane (14,99), postanowiłem nabyć na próbę także jedną z nich, czyli debiutanckie "Bezkrwawe łowy". Kupiłem, poczekałem na umyślnego, otworzyłem album i ... nie poznałem tego, co - wydawać by się mogło - znałem niemalże na pamięć! Zdjęcia wyglądają bowiem tak, jakby zrobiono je może nie dziś, ale przedwczoraj na pewno. Warto wspomnieć, że w ramach bonusu, do albumiku dołączono płytę, na której aktorzy niekoniecznie serialowi, czytają teksty z oryginalnego wydania. Powiadam Państwu, PEREŁECZKA!
       


       Polecam gorąco tę serię, choć interes mam w tym żaden. Polecam także zrekonstruowane cyfrowo filmy autorstwa Puchalskiego. Jeżeli ktoś nie zna jeszcze jego twórczości, będzie miał szansę ją poznać, a tych którzy znają ją z praczasów zapewniam - będziecie ukontentowani tak, jak ja! 

PS. Link do sklepu: http://www.sklep.bedon.lasy.gov.pl/

PS. 2. Wiem, że znowu ...























piątek, 21 lipca 2017

Jelenie, ptaki, czy świnie?

       Dawno temu, czyli pod koniec XX wieku, wylądowałem w pewnym erefenowskim gospodarstwie rolnym, gdzie rozpocząłem pracę na stanowisku dJS (der Junger Schweinehirt), co w wolnym tłumaczeniu oznacza młodszego świniopasa. Tę prestiżową funkcję sprawowałem przez trzy miesiące z hakiem i muszę się pochwalić się, że byłem postrzegany, jako nieprzeciętny pracownik. Bardzo szybko doceniono moje kwalifikacje, zaangażowanie, pasję oraz - niezwykle ważną w tej branży - kreatywność, zwłaszcza na polu utylizacji świńskich odchodów. Moi zachodnioniemieccy mocodawcy twierdzili, że - zwłaszcza w tej ostatniej dziedzinie - posiadam ponadprzeciętny talent lub wręcz cudowny dar, otrzymany wprost z brunatnych chlewni Asgard. Przepowiadano mi świetlaną przyszłość i roztaczano wizje oszałamiającej kariery. Byłem jednak młody i głupi i, po wspomnianych trzech miesiącach (z hakiem), wróciłem do Polski, gdzie zająłem się skakaniem z kwiatka na kwiatek, czyli ukończeniem studiów, obserwowaniem ptaków, pracą zawodową, bezpruderyjnym modelingiem itp..
       To wszystko było i przeminęło, ale czasem myślę sobie jednak, że gdybym wtedy postawił wszystko na jedną kartę, to kto wie? Być może byłbym dziś wszechniemiecką lub wręcz wszechświatową gwiazdą świniopastwa, pupilem salonów i rezydentem mediów. Stało się jednak tak, jak się stało i dziś nie ma już sensu grzebać się w jelitach przeszłości.

       Zastanawiacie się zapewne, dlaczego o tym piszę i co to wszystko ma wspólnego z  fotografią przyrodniczą, czy - szerzej - z przyrodą? No cóż, po pierwsze zawsze chciałem się pochwalić tym, że w młodości otarłem się o Wielki Świat Trzody Chlewnej, a po drugie - ma! 

       Jeżeli tu zaglądacie, to wiecie, że od jakiegoś czasu fotografujemy głównie jelenie, więc jeszcze przez jakiś czas będziemy Was zanudzać ich fotkami. I właśnie tu pojawia się problem związany z koniecznością odpowiedzenia sobie na pytanie, co powinienem zrobić: poświęcić cały czas na fotografowanie płowych w nadziei na wykonanie zdjęcia, które będzie TYM zdjęciem, czy też postawić na bioróżnorodność, a więc znowu zacząć skakać po kwiatkach? Jedno i drugie rozwiązanie ma tyleż zalet, co i wad. Nie jestem, aż tak wielkim fanem porożastych, by koncentrować się wyłącznie na nich, zwłaszcza że rozlewisko zaczyna się powoli rozkręcać, a ptaki, to coś, co uwielbiam. Z drugiej jednak strony, szkoda tak po prostu porzucić dobry temat i zając się czymś nowym i, jak na razie, niepewnym. Dlatego też doraźnie wybrałem wyjście pośrednie i wygrzebałem tegoroczne, nie pokazywane jeszcze widoczki znad Biebrzy i Ełku. W międzyczasie zastanowię się co dalej, choć coś mi mówi, że powinienem jednak ... wrócić do nierogacizny.
















 +

wtorek, 18 lipca 2017

Lipcowa NIEmoc.

        W tym miejscu miał być ciekawy post, ale muszę uczciwie przyznać, że opanowała mnie grafomańska niemoc i to z tych przez duże NIE. Dlaczego? A kto to może widzieć panie dyrektorze … że posłużę się klasykiem. Być może to sprawka znienawidzonego przeze mnie lata, a być może efekt przedziwnej aury, która robi wszystko, żeby podlaskie przysłowie „lipiec lipiec, bo przeplata, trochę tego, trochę tego” nie straciło na aktualności? Przyznaję, że nie mam pojęcia, chociaż pogodowy trop jest chyba najbardziej prawdopodobny o czym świadczy ostatni weekend ... ale po kolei.
       To, że ewolucja bywa daleką od doskonałości, jest – w pewnych kręgach - rzeczą znaną. Nie wierzycie? To przypatrzcie się mrówkojadowi lub aktywności dobowej krajowych zwierząt zwanych – w tych samych kręgach - dzikimi. Jeżeli patrzyliście uważnie, zapewne wychwyciliście, że mrówkojad wygląda, tak jak Wy z pewnością nie chcielibyście wyglądać, a miejscowe zwierzaki z jakiegoś powodu, szczególnie upodobały sobie najgorszy czas, czyli godziny pomiędzy wczesną nocą, a świtem. Dopiero wtedy stają się wyjątkowo frywolne, dużo i bezrefleksyjnie żrą, biegają z celem oraz bez celu, płodzą kolejne zwierzaki i … takie tam. Z naukowego punktu widzenia, głupie to jest bez dwóch zdań, ale co zrobić? Jak mawiał Darwin, jaka planeta, taka ewolucja, więc nie ma się co przejmować!
        Tyle tylko, że Darwin z rzadka fotografował przyrodę, więc mógł sobie mnożyć takie porzekadła do woli. Tym, którzy się tym zajmują, durne nawyki zwierzaków już takie obojętne nie są, gdyż latem - zważywszy na proporcje długości nocy do dnia - jest to ekstremalnie niewygodne. Jak zatem żyć i fotografować w sytuacji, gdy wraca się z porannego terenu i, po dwóch pacierzach dosypki, trzeba iść do pracy? Skąd u licha wiedzieć, jaka będzie pogoda, kiedy każdy portal pokazuje coś innego? Jak rozwiązać problem zakleszczanych ubrań? Kiedy wreszcie stanieje masło? Te i setki podobnych pytań cisną się na usta każdego amatora fotografii przyrodniczej.

       No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego ze - wspomnianymi na początku – niemocą, aurą i ostatnim weekendem? No cóż. Podtrzymuję to, co napisałem na początku. Nie wiem.

PS. Jelenie jeszcze niestety będą, gdyż aktualnie mamy na nie wysoki sezon, podobnie jak na pomidory i fasolkę szparagową. W kolejnym poście zabiorę Was jednak nad Biebrzę, gdyż zostało mi trochę fotek z wiosny, a i od czasu do czasu przyda się jakaś odmiana od warmińsko-mazurskich płowych.
PS.2. W blogu o tym jeszcze nie wspominałem, więc pozwolę sobie wspomnieć. Jeżeli wakacyjne plany zawiodą Was do miejscowości Krutyń, zapraszam na naszą wystawę w Dyrekcji Mazurskiego Parku Krajobrazowego.