O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

poniedziałek, 18 września 2017

Rozstrzelane rykowisko.

       Wybaczcie, ale jeszcze raz wrócę do tematyki polowań i myśliwych. Jak już wielokrotnie pisałem, nie jest wrogiem samego łowiectwa podobnie, jak nic nie mam do wycinki drzew na, utworzonych w tym celu, plantacjach. Rozumiem, że w sytuacji, w której zawodzą wszystkie, inne metody, odstrzał redukcyjny jest koniecznością, związaną z zachowaniem części siedlisk, kondycji poszczególnych populacji itp. Zdaję sobie sprawę z faktu, że tam, gdzie np. chcemy utrzymać lub reintrodukować kuraki (cietrzewie, głuszce, kuropatwy) zmuszeni jesteśmy do redukcji ich naturalnych wrogów – lisów, borsuków, kun itp. 
       Ci z Was, którzy tu zaglądają, pamiętają zapewne nasze ubiegło- i tegoroczne posty, w których pokazywaliśmy jelenie. Nie jest to nasz główny, fotograficzny cel, rzadziej od innych chadzamy po lasach w ich poszukiwaniu, ale od czasu do czasu lubimy zajrzeć pod Olsztyn, gdzie udawało nam się coś sfotografować. Ot, taka bardzo przyjemna odmiana od pstrykania ptaków i widoczków.
O tym, że poruszamy się po terenie polowań (w tym dewizowych) wiedziałem, ale łudziłem się, że może tej jesieni będzie inaczej. Może tym razem nasi odpuszczą, a bogate nacje nie przyjadą, a jak już się pojawią, to może będą bardziej wstrzemięźliwi, może… 
Myśliwi się jednak pojawili i zaczęło się strzelanie, ale nie takie, jak w ubiegłym roku. Byli praktycznie codziennie i codziennie ubywało byków. Tych atrakcyjnych i tych mniej. Tych, których czaszki można zawiesić nad kominkiem i chwalić się swoim łowieckim sukcesem i tych mniej spektakularnych, ale za to tanich. Tyle tylko, że to nie jest sukces i to nie jest łowiectwo. To jest egzekucja.
Lubię oglądać dokumenty w National Geographic i Discovery, pokazujące ludzi, zamieszkujących zadupia Alaski, którym zdarza się zabijać zwierzęta, żeby przeżyć zimę. Nie po to, żeby zawiesić głowę trupa na ścianie, ale żeby jeść! I ja to szanuję. I uwierzcie mi, że gdybym był tam razem z nimi, to bez wahania pomógłbym im zastrzelić łosia, karibu, pardwę, czy cokolwiek innego i myślę, że to byłoby w porządku.
Polowania były, są i będą, ale polowania W CZASIE RYKOWISKA nie są w porządku i nie ważne kto strzela, nasi, czy ci zza granicy. Nie są w porządku i już! Rykowisko, to misterium. Słowo wyświechtane, jak ostatnia, bura szmata, ale oddające wszystko to, co o tej porze roku dzieje się w lesie. Kto był, słuchał i słyszał, ten wie o czym piszę.
Niestety w naszym, ulubionym miejscu jelenie już nie ryczą. I właśnie dlatego mam kilka pytań do myśliwych. Czy naprawdę macie jakąkolwiek satysfakcję strzelając z bliska do ogłupionych testosteronem zwierząt? Czy nie myślicie, że podprowadzając dewizowych myśliwych, stajecie się tubylcami, którzy za perkal i paciorki są w stanie zrobić wszystko? Jak się czujecie dzwoniąc do domu i mówiąc, że nie wrócicie na noc, bo Niemiec/Francuz/Belg, czy inny EuroPan strzelił i polewa wódkę przy ognisku? Co myślicie, wiedząc że zaczniecie polowanie dopiero wtedy, gdy dewizowcy nasycą się trofeami i opuszczą Wasz teren, zabierając najfajniejsze okazy? Pytania są oczywiście retoryczne i nie oczekuję na nie żadnych odpowiedzi. Mam tylko nadzieję, że jeżeli czyta to ktoś polujący, to przynajmniej się trochę nad tym wszystkim zastanowi.

PS. Te dwa byczki, to wszystko, co zostało z letniej chmary. Nie nadają się na ścianę, więc żyją. Na razie.









Żeby nie było tak ekstremalnie ponuro, przedstawiam LTzW, czyli Latające Trio z Warmii.



poniedziałek, 11 września 2017

Grzybowa histeria narodowa.

       Pogoda nie dopisywała, więc porzuciliśmy na jakiś czas żurawiową czatownię i zajęliśmy się znacznie wygodniejszym i - przede wszystkim - nie wymagającym tyle światła, pstrykaniem jeleniowatych. Fotki poniżej, to dokumentacyjny zapis tego, co dzieje się pobrzeżach lasu zwanego marketingowo - Puszczą Napiwodzko-Ramucką. Jak widać, to jeszcze zdecydowanie nie to, ale pierwsze ryki i tak napełniły nasze trzewia pierwotną radością.
         Tyle tylko, że ten post nie jest o jeleniach, a o grzybach.
Dawno, dawno temu, czyli w czasach studenckich, brałem udział w inwentaryzacji mazurskich żółwi błotnych. Polegało to z grubsza na tym, że przez dwa tygodnie codziennie stawialiśmy kilkanaście żaków na pewnym rozlewisku, co chwila kontrolując ich zawartość w poszukiwaniu rzeczonego gada. Jako, że byliśmy dziewicami na niwie tego typu działalności, cały proceder od strony merytorycznej nadzorował pewien badacz, zaś od strony technologicznej, miejscowy kolektyw kłusowniczy, któremu obiecano amnestię oraz udział w rybach, które również wpadały we wspomniane żaki. Kilkanaście sieci, to już mały PGRyb, zatem po kilku dniach, kłusownicze magazyny zaczęły pękać w tzw. szwach, entuzjastyczny – początkowo - popyt zdechł, a nasi mistrzowie zaczęli przeklinać okoliczną ludność, która zapchawszy jelita rybim białkiem, odmawiała zakupu tegoż po cenach, które nawet północnokoreańscy ekonomiści określiliby, jako dumpingowe. Zdrowy rozsądek nakazywałby w takiej sytuacji zaprzestania pozyskiwania nowego towaru i wypuszczania wszystkich, jeszcze żyjących ryb z powrotem do wody. Zdrowy rozsądek, to jednak jedno, a zapisana w naszych genach potrzeba zbierania, łowienia, gromadzenia, przetwarzania, to zdecydowanie drugie, trzecie i czternaste i ... w tym właśnie miejscu dotarliśmy do naszych grzybów. 
       Ostatni weekend, tak jak napisałem na wstępie spędziliśmy, nieco przymusowo, w lesie. Wyjeżdżając po piątej z miasta, zwróciliśmy uwagę na to, że zazwyczaj pusta o tej porze droga, usłana była zaparkowanymi na poboczach samochodami. W pierwszej chwili pomyślałem, że efekt obławy na zmotoryzowanych uchodźców, ale majaczące w półmroku sylwetki objuczone wiadrami, koszami i plastikowymi reklamówkami z wizerunkiem tzw. bożej krówki, uświadomiły mi, że byłem w błędzie. To nie była żadna obława! To było GRZYBOBRANIE! Grzybobranie, czyli nasz trzeci, po piłce nożnej i imieninach, sport narodowy. 
       Przyznam, że kompletnie nie rozumiem tego amoku, który ogarnia nas, gdy tylko pierwsze, nieśmiałe kapelusze pojawią się wśród wrzosów, mchów i puszek po Tatrze i Harnasiu. Od tego momentu wszystko inne schodzi na plan najdalszy z możliwych i liczą się tylko one: prawdziwki, podgrzybki, kołpaki, kanie (zwane na Podlasiu - sowami), kurki, czerwone kozaki (czyli pociechy), rydze, opieńki, gąski (aka zielonki), a nawet huby i, co mniej trujące, sromotniki. Gdzie nie pójdziemy, wszyscy rozmawiają o grzybach, sposobach ich przyrządzania i przechowywania. Wchodzimy do windy, a tam sąsiad z IX peroruje o wyższości dzikiego boczniaka nad rydzem. Stoimy sobie spokojnie w kolejce do chirurga szczękowego, a wokół nas trwa zawzięta, jak - nie przymierzając -  obrona Monte Cassino, licytacja: "my z moją to dwieście prawdziwków w dwie godziny", "teściowa (niech jej ziemia lekką będzie) w zeszłym roku nacięła z trzysta i to takich w sam raz do octu", "szwagier przywiózł nam wczoraj spod Biłgoraja dziesięć wiader samych kapeluszy, bo myślał ku..., że ..." itd. Albo wreszcie, wchodzimy do sklepu wielkopowierzchniowego, a tam w każdym wózku, jak nie suszarka do grzybów, to przynajmniej kilka zgrzewek słoików, wielopak octu i mieszek gorczycy. Pomyślałem sobie, że gdyby jakiś obcokrajowiec (lub kosmita) posłuchał i zobaczył to wszystko, to mógłby odnieść wrażenie, że Polacy jedzą tylko i wyłącznie grzyby, piją wywar z grzybów, ubierają się w koszuliny utkane z suszonych grzybów i mieszkają w domkach w kształcie grzyba z grzybem na ścianie.
       Może ktoś mi, tak łaskawie wyjaśni, po co nam tyle tych grzybów?! Przecież tak naprawdę konsumujemy je tylko kilka razy do roku, czyli w Wigilię i gdy kolega przyjdzie do nas z wódką, czyli ... jednak częściej, niż kilka razy, ale i tak w dalszym ciągu rzadziej, niż np. takie ptifury. Czy nie wystarczy nam zatem kilka grzybków w ocet i kilkanaście na susz?! 
       Otóż nie! Nie wystarczy! My Słowianie już tacy jesteśmy, że jak ryba bierze, to łowimy tak długo, aż przestanie, a wszystko to, co złapiemy - myk do wora i do domu. Jak jest wysyp, to połowa z nas bierze urlop, druga połowa idzie na L4 i wydzieramy z poszycia wszystko, co się da z grzybnią i ponazistowskim niewybuchem włącznie. A to, że później wywalimy część łupów do kosza, bo się zestarzały i nikt ich nie chce? A to już inna bajka, którą opowiem, gdy tylko uporam się z czyszczeniem sterty borowików, które przywieźliśmy z wyjazdu na ... teoretycznie jelenie.

PS. Post zawiera lokowanie produktów.

























poniedziałek, 4 września 2017

Rewolucja w świecie nauki.

Ostatnio ponownie zrobiło się głośno o tzw. Ministerstwie Środowiska, a to za sprawą sanitarnego odstrzału dzików-nosicieli w parkach narodowych i planowanym (po raz kolejny) zniesieniu moratorium na rujnujące gospodarkę i będące przyczyną prawie wszystkich, podlaskich kolizji drogowych - łosie.
To jednak nie koniec radosnej twórczości wspomnianego resortu. Kolejny pomysł dotyczy gatunku, który od niedawna zaczął pojawiać się w naszym kraju, czyli szakala złocistego. W lipcu tego roku, Ministerstwo przygotowało dwa projekty szakalich rozporządzeń, ale na próżno szukać w nich informacji o witaniu złocistego umajoną myszami i padliną bramą. Pierwszy dotyczy bowiem wpisania szakala na listę zwierząt łownych, drugi zaś doprecyzowuje terminy polowań. Co prawda początkowo ma obowiązywać moratorium na odstrzał, ale po pierwsze, niewiele to zmienia, gdyż wilkowaty dopiero stuka do naszych drzwi, a po drugie, zapytajcie łosie, jak działa takie coś. Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak ministerialne uzasadnienie zaliczenia szakala do zwierząt łownych. Chodzi mianowicie o to, że obecność przybysza na liście pomoże „poznać biologię tego gatunku w Polsce”.
         Przyznam szczerze, że koncepcja użycia broni palnej w celu pośmiertnego poznania biologii jakiegokolwiek gatunku wprawiła mnie w zachwyt. Toż to prawdziwa rewolucja w nauce, godna Nobla, a przynajmniej Listu Gratulacyjnego Do Rodziców. Mam tylko nadzieję, że na przeszkodzie w realizacji tego ponadczasowego eksperymentu, nie staną znowu tzw. „przyrodnicy” skamlący coś na temat innych, mniej śmiercionośnych metod badawczych, jak chociażby analiza odchodów, czy telemetria. Ludzie! Bądźmy poważni! Mamy XXI wiek, więc grzebanie się w łajnie lub jakaś prymitywna obroża z nadajnikiem, to średniowiecze, zabobon i szeptunizm! Poza tym trzeba pamiętać, że taka obroża kosztuje od kilku do kilkunastu tysięcy, a pocisk śrutowy – tylko nieco ponad złotówkę! Jednym słowem, dwa E w jednym, czyli idealne wręcz połączenie ekologii i ekonomii!

         Mam nadzieję, że to tylko początek i w przyszłości pójdziemy jeszcze dalej, wpisując na listę zwierząt łownych wszystkie żywe organizmy zamieszkujące lub mające w planach zamieszkać nasz kraj, nie wyłączając drożdży (tych zdziczałych i tych, półoswojonych, które zasiedlają nasze spiżarnie, cukiernie i bimbrownie). Dzięki temu za jakiś czas będziemy dysponowali pełną wiedzą na temat biologii krajowych ssaków, ptaków, gadów, jednokomórkowców itp., czego nie będą mogli o sobie powiedzieć tacy np. Niemcy, czy inni - pożal się Światowidzie - Flamandowie! A, że wspomnianych i tak świetnie poznanych, zwierzaków już nie będzie? No cóż. Nie od dziś wiadomo, że - jak mawiał pewien austriacki etnograf - prawdziwa Nauka wymaga ofiar!