O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

wtorek, 14 lutego 2017

Fajny film wczoraj widziałem.

To moja jedna z najdłuższych nieobecności w sieci. Wbrew pozorom nie zostałem porwany żywcem do nieba, nie przedawkowałem diety, ani też nie zostałem wolontariuszem w jakimś, zapomnianym przez Panią Przyrodę i ludzi, zakątku środkowego Mazowsza. Po prostu zabrakło mi czasu i ... i tyle :)
Ale do rzeczy!
Obserwując to, co aktualnie dzieje się w świecie fotografii, a zwłaszcza filmu przyrodniczego, nie sposób nie zauważyć, że od czasów Puchalskiego, co nieco się zmieniło. To już nie są proste dokumenty. To są produkcje na miarę, może nie Hollywood, ale Łódzkiej Filmówki i owszem. Skończyły się czasy samotnych przyrodników z kamerą, a zaczęła się era scenariuszy, producentów, rozbudowanych ekip wyposażonych w ogromne budżety, zastępy doradców, przewodników, oraz przede wszystkim - w kosmiczny sprzęt. Ta ostatnia kwestia nie dotyczy już tylko coraz lepszych kamer, aparatów i obiektywów, ale przede wszystkim, różnego rodzaju wspomagaczy. Nie ma już chyba żadnego, współczesnego dokumentu przyrodniczego, w którym nie posługiwano by się eskadrami dronów, hajtekowymi fotopułapkami, mikrokamerami, czy zdalnie sterowanymi jednostkami pływającymi. Wystarczy spędzić pół dnia z National Geographic czy Discovery, by naocznie przekonać się na czym to polega. Pracujący dla tych kanałów filmowcy, wbrew pozorom, chętnie ujawniają stosowane przez siebie techniki i metody. Kamery ukryte w sztucznych lwach, wielkich ważkach, rekinach, ptasich jajach, kamieniach i w całej reszcie ożywionych i nieożywionych elementów przyrody budzą respekt, ale to i tak tylko wierzchołek techno-przyrodniczej góry lodowej.
Kolejna sprawa, to wykorzystywanie oswojonych zwierzaków i aranżowanie pewnych sytuacji. Twórcy Makrokosmosu” nigdy nie ukrywali, że podczas realizacji filmu, posłużyli się blisko 700 oswojonymi ptakami. Tylko dzięki temu mogli towarzyszyć berniklom przelatującym nad górami, czy z bliska uczestniczyć w zalotach głuptaków. Podobne obrazki, tym razem z udziałem wilków, zobaczycie w „Królestwie”. Korzystanie z najnowszych osiągnięć techniki oraz wykorzystywanie swojaczków, to także domena naszych, rodzimych twórców. Bardzo dobrze pokazuje to serial Bożeny i Jana Walencików pt. „Saga prastarej puszczy” Każdy odcinek tej serii poświęcony jest innemu gatunkowi i w prawie każdym występuje oswojony zwierzak (z imienia i nazwiska wymieniony w napisach końcowych!). 
Tego typu praktyki przyrodniczej branży filmowej, skrytykował m.in. w swojej książce pt. "Shooting in the Wildwieloletni współpracownik Animal Planet, National Geographic i Disney`a - Chris Palmer . Ujawnił w niej kulisy nakręcenia wielu spektakularnych scen, które trudno zaliczyć do kategorii "podpatrzone w dziczy". Na podobną krytykę natknęli się także autorzy seriali "Frozen Planet" i "Human Planet" (BBC), którym zarzucono, że część scen była nakręcona w ogrodach zoologicznych i w studio. 
Osobiście nie posiadam dronów, ani mikrokamer. Z oswojonych (prawie) zwierzaków mam tylko kota. Myślę jednak, że to bardzo dobrze, że profesjonalne rejestrowanie przyrody jest właśnie takie, gdyż tego typu produkcje, z punktu widzenia edukacji przyrodniczej, są po prostu bezcenne. My amatorzy, możemy zaprezentować to i owo, ale zawsze będą to tylko, wyrwane ze środowiskowego kontekstu, fragmenty jakiś wydarzeń. Zawodowcy robią to całościowo, a poza tym, pokazują to, czego bez wspomnianych wspomagaczy i zwierzęcych aktorów, w żaden sposób nie da się osiągnąć. Przykłady? Proszę uprzejmie. Nigdy nie byłem na wysokości kilku tysięcy metrów w towarzystwie ptaków, ale dzięki wspomnianemu "Makrokosmosowi" wiem, jak mogłoby to wyglądać. Zawsze byłem ciekaw, co dzieje się wewnątrz żeremia i "Saga" mi to umożliwiła. 
Tego typu przykłady mogę mnożyć prawie w nieskończoność, ale nie w tym rzecz. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy sam chciałbym być kiedykolwiek zatrudniony przy tego typu produkcjach, ale - wbrew wszelkiej (i najczęściej zawistnej) krytyce - zawsze będę doceniał wysiłek i dokonania tych, którzy się na to zdecydowali. 

PS. Miały być widoczki, ale przynajmniej na chwilę, muszę odpocząć od zimy. Poza tym dobrze co jakiś czas, przewietrzyć cyfrowe magazyny, a tym białym od dawna się to już należało. 


















Poniżej, zagorzały fan dokumentów przyrodniczych, a może po prostu kolorowego podkurku (fot. gŁoś).


niedziela, 5 lutego 2017

Przymusowa dieta, ale nie przyrodnicza.

       Tym razem bardzo krótko. Otóż z przyczyn prozdrowotnych muszę zażyć diety. Wiem, że w tej chwili przyszło Wam do głowy, że albo znowu dorwałem się do kolorowych gazet, albo uwiedziony zwodniczą aurą szemranego guru z Düsseldorfu, przerzuciłem się z konsumpcji wieprzowiny na radykalnie podkręcony frutarianizm. 
       
       Muszę jednak Was rozczarować, gdyż absolutnie nic z tych rzeczy! 

PS.0. Absolutnie nie umieram, więc nie trzeba dzwonić, pisać i alarmować!
PS.1. Poniżej widoczki z Mazur.
PS.2. Za tydzień  prawdziwny (jak mawiają na Podlasiu)  post!















czwartek, 2 lutego 2017

COŚ.


       Myślałem o nich już od jakiegoś czasu, ale nie szukałem ich zbyt aktywnie. Prawdę mówiąc, nie szukałem ich wcale, choć podświadomie wierzyłem, że się spotkamy. 
       Jadąc w niedzielę do Olsztyna mogliśmy wyruszyć kilka minut później lub wcześniej i wybrać każdą spośród kilku dróg. Mogliśmy też - jak to zwykle robimy poza terenem - schować sprzęt do plecaków. Z jakiegoś jednak powodu zdecydowaliśmy się na trasę, którą poruszamy się bardzo rzadko, gdyż nawet latem urąga wszelkim standardom i nie spakowaliśmy aparatów. I właśnie dzięki temu powstały te fotki. To tylko dokumentacyjny zapis pewnego wydarzenia, ale po raz kolejny, przekonałem się, że w fotografii przyrodniczej istnieje COŚ więcej, niż tylko rozsądek, wiedza i doświadczenie.
       











niedziela, 29 stycznia 2017

Migawki z terenu XXII.

       Zassaczyło się ostatnio, więc teraz dla odmiany dam trochę pierzastego. Krzykliwiec, gdyż o nim mowa, to – o czym już wielokrotnie pisałem – jeden z najpiękniejszych ptaków, jakie znam, ale nie o nim, oczywiście, jest ten post.
      
      Nigdy w życiu (pomijając liceum) nie napisałem żadnej recenzji i tym razem, także nie zamierzam. Chciałbym jednak, jeżeli pozwolicie, podzielić się z Wami spostrzeżeniem, które przyszło mi do głowy w trakcie oglądania filmu pt. „Wszystko za życie”, który to film notabene, gŁoś zdążył już obsmarować w swoim blogu, w poście pl.  http://glosbagien.blogspot.com/2017/01/jak-rosna-pomidory.html.

       W telefaxowym skrócie fabuła przedstawia się następująco: Jest sobie młody Amerykanin, który po skończeniu edukacji na poziomie wyższym, postanawia wyruszyć na Alaskę i, po wielu perypetiach, prawie mu się to udaje. Koniec. Nic dodać, nic ująć, a sedno tej opowieści tkwi właśnie w tym "prawie". 

       Kiedy czasem przerzucam swoje kanały telewizyjne w poszukiwaniu czegoś, w czym akurat nie ma lwów, zwykle natrafiam na produkcje spod znaku survivalu. Jest tego tak dużo (a do tego dochodzą jeszcze książki, blogi, profile na FB, oferty firm przeżyciowych itp.), iż momentami odnoszę wrażenie, że coś ważnego jest na rzeczy, że czegoś tam pechowo nie doczytałem w prasie i za chwilę stanę bezbronny - jako to dziecko starawe, acz niewinne - w obliczu Apokalipsy. 

       Pomijam fakt, że 99% porad płynących z tych programów jest kompletnie nieprzydatna w Polsce. Bo cóż mi po metodach wydostawania się z kilkusetmetrowej szczeliny w lodowcu lub po patentach na połów węgorzy elektrycznych, skoro na Zatorzu (dzielnica w Olsztynie, w której polubiłem mieszkać) nie ma, ani jednego, ani drugiego. Na Peruna mi umiejętność rozpalania ognia z wykorzystaniem florydzkich pnączomchów lub - opcjonalnie - wysuszonego łajna kudłatego bydła, skoro mamy XXI wiek i zawsze mogę mieć przy sobie dziesiątek - jak mawiają na Podlasiu - zapałek i karnister - jak mawiają prawie wszędzie - E-98? Oczywiście nie jestem taki głupi i wiem, że gdy będę leciał samolotem do takiego np. Berlina, raczej nie wpuszczą mnie z tym wszystkim na pokład, ale z drugiej strony, lecąc do Niemiec, raczej nie spodziewam się, że wezmę udział w spektakularnej katastrofie lotniczej w Andach, więc ani pnączomech, ani benzyna, do niczego mi się nie przydadzą.
       
       I tu dochodzę do tzw. meritum.

       Cały kłopot w tym, że tego typu filmy i tego rodzaju programy, ogląda cała masa młodych ludzi, którym wydaje się, że wystarczy obejrzeć kilka odcinków wesołych przygód Bear`a Grylls`a i już można już spędzić resztę życia w górskim lesie. Albo też wystarczy kupić sobie na DVD wszystkie sezony "River Cottage", żeby zostać małorolnym, acz szczęśliwym hodowcą zielononóżek spod Moniek. Sęk w tym, że tak w jednym, jak i w drugim przypadku ... tak się nie da, czyli mówiąc po podlasku - gównoprawda! 

       I dlatego właśnie, mimo wszystko, polubiłem ten film. Bo jest prawdziwy. Bo pokazuje, jak kończą się mrzonki o tzw. wolnym życiu, gdy nie ma się kasy, pomysłu i doświadczenia. Myślę, że tego typu obrazy powinno się wyświetlać w każdej szkole i w każdej placówce zajmującej się ludźmi w wieku określanym, jako głupi. Być może uchroni to kolejnych naiwnych spod znaku: "A może jednak rzucę tę robotę/studia/zawodówkę/zmywak/kota i pojadę w te Bieszczady/Mazury/Podlasie? Węgla se ponawypalam, albo se kóz nasadzę i jakoś to będzie!