O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Mieszkam w Olsztynie, ale przez 17 lat mieszkałem w Dolinie Biebrzy w miejscowości Biebrza (tak, jest taka). Dolina to, obok Warmii, miejsce do którego wracałem i nadal wracam w każdej wolnej chwili. Fotografią przyrodniczą zainteresowałem się w praczasach, aby następnie porzucić ją na wiele lat. Do zdjęć wróciłem dopiero w 2010 roku, więc mój tzw. dorobek jest na tzw. dorobku. Ciągle mam jednak nadzieję, że będzie się systematycznie powiększał.

środa, 21 września 2016

Post.


Gdyby zapytać kogokolwiek o rykowisko - wskaże na las. Tyle tylko, że  las nie jest naszym żywiołem. Być może wynika to z faktu wychowania na rozległych, bagiennych przestrzeniach Narwi i Biebrzy, a być może przyczyna jest jeszcze inna (mchofobia?).
Ale o tym, może kiedy indziej.
Faktem jednak jest, że mamy jesień, byki są, ryczą, aszą się, mizdrzą się, kuszą i przywabiają. Na szczęście znaleźliśmy miejsce, w którym stworzenia z rodzaju płowych nie siedzą w zadrzewieniach (a przynajmniej nie wszystkie), tylko penetrują łąko-stepy, które są - z definicji - otwarte.
Nie o to jednak mi chodzi.
Czas przedświtu, czas brzasku, to szczególny czas. To taka wczesnoporanna randka z Panią Przyrodą, ale ...
Blisko, ale ten post jest jednak o czymś trochę innym!
To może mleczne mgły i niewidoczne zwierzęta? Temat fajny, tyle tylko, że ...
O tym również ten post nie do końca traktuje.
Więc, o czym tak naprawdę, jest ten tekst?
Tak naprawdę o niczym szczególnym. Może tylko o tym, że w tym - konkretnym przypadku - nie mam wątpliwości, że warto wstać w środku nocy. Że warto pojechać i posłuchać. Że każdy taki pobyt tam, to swego rodzaju niespodzianka. Że zdjęcia są nieistotne. Bo ważne jest samo przebywanie.
I o tym właśnie jest ten post.
















niedziela, 18 września 2016

Spowiedź nałogowca.


Wszyscy, którzy fotografują przyrodę, mówią o tym wyłącznie w samych superlatywach. Że to kontakt z Naturą i …, przepraszam, kontakt z Naturą już był? Był. No więc, … w samych superlatywach.
Tymczasem prawda jest tak, że pstrykanie fotek przyrodzie wpływa niekorzystnie na niektóre elementy rzeczonej oraz, na zasadzie rykoszetu, na samego fotografa. Nie będę rozpisywać się na temat tej pierwszej kwestii, gdyż przyjdzie na to czas i skupię się na kwestii ostatniej, czyli chronologicznie – drugiej.
Do tzw. "fotografii przyrodniczej” powróciłem ponownie kilka lat temu, choć miałem nadzieję, że to już się nigdy nie powtórzy. Ale po kolei.
Wszystko zaczęło się w ponurych czasach dominacji fotografii czarno-białej. Mieszkałem w Biebrzy, chodziłem do szkoły podstawowej i interesowałem się przyrodą. Takie tam przeciętne życie, przeciętnego nastolatka na głuchej prowincji.
Nie pamiętam już, kto namówił mnie na pierwsze pstryknięcie. Pewnie jakiś kolega, który miał dostęp do sprzętu. Nie pytajcie. Chyba wymazałem z pamięci tę, całą sytuację. Pamiętam tylko, że zaczęło się niewinnie. Początkowo było to tylko kilka fotek w tygodniu, ale zawsze w sobotnie popołudnia i w niedziele. Niestety, szybko zaczęło mi się to podobać i coraz bardziej zaczynało mnie to wciągać. Nie obawiałem się konsekwencji, bo wtedy byłem jeszcze pewien, że w każdej chwili mogę z tym skończyć. Byłem za głupi, żeby pojąć, że to nie takie proste, a potem wszystko potoczyło się lawinowo. Zacząłem fotografować także poza dniami wolnymi od szkoły, ale przynajmniej pilnowałem, żeby nie zaczynać przed południem. Przyznaję jednak, że wytrwałości wystarczyło mi tylko na kilka tygodni. Któregoś dnia złapałem się na tym, że sięgam po aparat także rano. Rano? O świcie!
Początkowo kupowałem wyłącznie filmy ORWO, ale potem zaczęło mi być wszystko jedno. ORWO, Fotopan, czarno-białe, slajdy, nieważne. Byle tylko fotografować. Gorzej, że zacząłem eksperymentować z czułościami. Zacząłem od 17 DIN, ale prędko przestało mi to wystarczać i przerzuciłem się na 29.
Nieco później „kolega” zaproponował mi założenie ciemni. Złożyliśmy się na sprzęt i przygotowaliśmy miejsce w piwnicy mojego domu. Powiększalnik, kuwety, maskownica, wywoływacze, utrwalacze... To już był początek równi pochyłej.
Na szczęście kilka miesięcy później przeprowadziłem się do Olsztyna. Zmiana otoczenia, zerwanie kontaktów z kolegami spod sklepu fotograficznego, to wszystko bardzo mi pomogło. Przestałem pstrykać. Byłem wolny, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Niestety. Przeklęte widmo "fotografii przyrodniczej" cały czas czaiło się w pobliżu, wyczekując odpowiedniego momentu, by zaatakować. Wszystko zaczęło się niemalże podręcznikowo. Po kilku wstrzemięźliwych latach, znowu pojechałem nad Biebrzę. To był niestety jeden z tych dobrych sezonów. Rzeka solidnie wylała, tworząc rozległe rozlewiska wypełnione tysiącami ptaków. Któregoś dnia na grobli prowadzącej na Biały Grąd, spotkałem grupę fotografów. Stanąłem niedaleko od nich i przyglądałem się, jak fotografują rycyki.
Wróciłem do Olsztyna i zapomniałem o całej tej sytuacji. No dobrze! Kogo ja chcę oszukiwać? Wróciłem do Olsztyna i kupiłem pierwszy, po latach, aparat. Oczywiście wyłącznie do fotografowania córki, interesujących detali architektonicznych, życia miasta itp. Po jakimś czasie dokupiłem jednak dłuższy obiektyw i ... stało się. Po latach czystości, powróciłem do nałogu. Do wstawania, kiedy inni kładą się spać, do woderów, kleszczy, błota, boreliozy i reumatyzmu. Do tego wszystkiego od czego kiedyś tam uciekłem. I co dalej? Nie wiem. Wiem tylko, że do żadnego terapeuty raczej się nie wybieram.

 

















środa, 14 września 2016

Kolor.


Ostatnio większość czasu spędzamy nad rozlewiskiem, ale powoli zaczynamy nasłuchiwać. Znaleźliśmy nowe, obiecujące miejsce (glosbagien.blogspot.com) i nawet pojawiliśmy się tam przed świtem, ale niestety mgła zrobiła dokładnie to samo. Trzy byki ryczały tuż obok, ale równie dobrze mógłby się tam odbywać MFSBCWOSP, czyli Międzygminny Festiwal Syren Bardzo Czerwonych Wozów Ochotniczych Straży Pożarnych, a i tak niczego byśmy nie zobaczyli.
         Ta, nieomal monochromatyczna mgła spowodowała, że któryś raz z rzędu, zacząłem się zastanawiać nad znaczeniem koloru w fotografii przyrodniczej. I jak zawsze, kiedy nachodzą mnie takie myśli, zajrzałem do albumów Włodzimierza Puchalskiego. Jeżeli ich nie znacie, to napiszę tylko, że wszystkie, poza jednym, są czarno-białe.
Kiedyś, gdy zaczynałem swoje amatorskie fotografowanie, brak koloru był czymś naturalnym. Pstrykało się na tym, co było i tyle. Nikt nie zastanawiał się nad tym, że przecież taka czajka składa się nie tylko z głowy, kadłuba i skrzydeł, ale także z barw. Fotografowaliśmy czerwcowe łąki, jesienne brzeziny, wschody i zachody słońca i to, co potem wyłaniało się z czeluści kuwety z wywoływaczem, było super, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Oczywiście istniały też slajdy, ale po pierwsze były drogie, a po drugie trzeba było wysyłać je do obróbki, gdzieś do wielkich miast. Ich oglądanie też nie było proste, gdyż trzeba było posiadać ramki, rzutnik i coś, co udawało ekran, czyli ścianę. Najgorsze (z dzisiejszej perspektywy) było jednak to, że gdy slajd firmy ORWO wyświetlił się już na tynku, kolory nawet nie udawały, że mają coś wspólnego z rzeczywistością
Potem pojawiła się fotografia cyfrowa i świat stanął na głowie. Problem tylko w tym, że kiedy Puchalski zaczynał swoją, długoletnią przygodę z fotografią nie było jeszcze pikseli, a nawet tych niemiecko-demokratycznych pseudoslajdów. Oczywiście istniała już wtedy fotografia kolorowa, ale w czasach Pana Włodzimierza była równie dostępna, jak dziś loty w kosmos, czyli raczej nie dla wszystkich.
Piszę o tym nie dlatego, że wrzesień wpływa na mnie refleksyjnie. Bo nie wpływa. Przynajmniej w Olsztynie. Napisałem to, bo zwyczajnie, po ludzku zrobiło mi się żal starych Mistrzów. Widzieli w przyrodzie to, co oglądamy my i to, czego my już pewnie nigdy nie zobaczymy. Potem, tak jak my, oglądali odbitki i pewnie byli zadowoleni. Podejrzewam jednak, że gdzieś, w głębi ich podświadomości, czaiło się poczucie niedosytu.
Kiedy wracam z terenu i oglądam zdjęcia na ekranie komputera, często zastanawiam się, czy lepiej wyglądałyby w kolorze, czy też, gdyby były czarno-białe. 
A Oni? A Oni nie mieli takiej możliwości.


















sobota, 10 września 2016

The Power of More.


Kiedy wczoraj wieczorem wychodziłem z czatowni, pomyślałem sobie, że gdyby zajrzał do niej ktoś postronny, to stwierdziłby niechybnie, że to nasze, stałe miejsce zamieszkania. Nawet nie dlatego, że osoba ta może widywać nas na rozlewisku prawie codziennie, ale dlatego, że w trakcie tych paru czatowań, zgromadziliśmy tam całkiem pokaźną liczbę przedmiotów. I o tym właśnie jest dzisiejszy, krótki post.
         Dawno, dawno temu, przeczytałem artykuł o Ludziach-Minimalistach, dla których ideałem jest posiadanie, jak najmniejszej liczby rzeczy. Ojcem duchowym tego ruchu jest niejaki Leo Babauta, zaś Biblią - jego książka pt. „The Power of Less”. Nie, nie zamierzam opisywać tej, skądinąd interesującej, ideologii (jeżeli kogoś to zaciekawi, odsyłam do artykułu: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,12207198,Zminimalizowani__Malo_przedmiotow__duzo_swobody_.html?disableRedirects=true), tylko zastanowić się nad samym, fotograficznych rzeczy, posiadaniem.
Fotografia przyrodnicza, to przyroda, jeszcze raz przyroda i ... niestety sporo gratów. Żeby to unaocznić, poniżej zamieściłem listę tego, co znajduje się w naszym samochodzie, podczas większości wyjazdów w teren:

1.   Aparaty + obiektywy +   telekonwertery + wężyki + filtry.
2.   Utensylia do pielęgnacji ww.
3.   Zapasowe karty pamięci i akumulatorki.
4.   Plecaki do noszenia ww.
5.   Laptop + czytnik kart + dysk zewnętrzny + mapy + atlasy do rozpoznawania ptaków.
6.   Zapasowy komplet ciuchów (bo przymusowe kąpiele, kleszcze i zimno).
7.   Monopody + statywy +   głowice do ww.
8. Siatki maskujące (kilka różnych) + szaliki snajperskie + parasol maskujący.
9. Siatki ogrodnicze (takie coś plastikowe sprzedawane na metry, co można wykorzystać do budowy przedniej ściany czatowni).
10.Opaski zaciskowe (do kabli elektrycznych) do łączenia patyków i przymocowywania chabazi + drut + sznurek.
11. Maczeta (genialny sprzęt do cięcia gałęzi, wycinania trzciny i zielska, oraz  porcjowania ... różnych rzeczy) + toporek (ten znaleziony nad Biebrzą) do ogniskowego opału.
12. Łopat(k)a (do śniegu i piachu).
13. Latarki (czołowe i inne).
14. Ładowarki samochodowe.
15. Namiot do spania + przenośna czatownia.
16. Maty samopompujące i karimaty + śpiwory (polecam demobil) + wełniany koc + poduszki pompowane.
17.Świece (a dokładnie - wkłady do zniczów, bo tanie i kto wie do czego to ma się ostatecznie przydać) + podpałka w płynie.
18.Gumowce + wodery + jakieś zapasowe buty.
19. Repelenty (dużo różnych) + apteczka + gaz pieprzowy (na dziki:)).
20.Termosy + zestaw (maszynka, kartusze i naczynia) do gotowania + grill jednorazowy + woda + coś kalorycznego (np. likiery:)) + rzeczy osobiste, gdy wyjeżdżamy na trochę dłużej.

         Nie jest oczywiście tak, że po przyjeździe na miejsce ładujemy sobie to wszystko na plecy i pogwizdując wesoło ruszamy w teren. Po pierwsze nie mamy wytrzymałości muła, a po drugie nie wszystko jest nam potrzebne w danej, konkretnej sytuacji. Wielokrotnie jednak przekonaliśmy się, że brak którejś z ww. rzeczy, prędzej czy później, wyszedłby nam bokiem, gdyż złośliwy los tylko na to czeka. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, poczynając od nieplanowanych noclegów w aucie, poprzez nieplanowane kąpiele w bagnie, po planowaną (lub nie) budowę prawie każdej z naszych budek.
        Jeżeli będziecie czytać wspomniany przeze mnie artykuł, zerknijcie na pierwsze zdjęcie. O ile dobrze zrozumiałem, przedstawia ono cały dobytek pewnego fotografa. Nie mam pojęcia, jakim cudem ten człowiek jest w stanie żyć i na dodatek wykonywać swój zawód, ale jeżeli jest, to cholernie mu zazdroszczę.