O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

czwartek, 23 marca 2017

Śpiewający armagedon.

       To nie będzie przyjemny post, gdyż cała ta historia jest wyjątkowo ponura, a wspominani przeze mnie wcześniej Gruzini, to tylko taki surrealistyczny dodatek do horroru, który dzieje się całkiem niedaleko od nas.
       Wiosna, to czas ptasich przylotów. Gęgawy, czajki, żurawie i skowronki już są, ale część ptaków (w tym przede wszystkim śpiewających) dopiero do nas zmierza. I cały problem w tym, że olbrzymia ich liczba nigdy nie dotrze do celu, gdyż zostaną zabite lub schwytane.
       Co jakiś czas media donoszą o kolejnym bocianie ze strzałą w skrzydle. Fakt, niektóre plemiona afrykańskie polują na nasze boćki, tak jak polują na wszystko, co da się zjeść. Można oczywiście nad tym ubolewać, ale zarówno skala tego zjawiska, jak i motywy którymi kierują się myśliwi pokazują, że to tylko nieistotny margines tego, co dzieje się z ptakami i to nie gdzieś w Afryce Centralnej, a znacznie bliżej, czyli w Basenie Morza Śródziemnego, w tym w krajach należących do Unii Europejskiej.
       O tym wszystkim informuje m.in. raport organizacji BirdLife International z 2015 roku pt. "The Killing" i trzeba przyznać, że lektura tego opracowania jest porażająca. Jak oszacowali eksperci, w ciągu jednego tylko roku w Egipcie, Syrii, Libanie, we Włoszech, Grecji, Francji, Chorwacji, Albanii, na Cyprze i na Malcie, ofiarą myśliwych, kłusowników i myśliwych-kłusowników pada około 25 milionów (a podejrzewa się, że nawet kilkakrotnie więcej) migrujących ptaków śpiewających.
      Wśród państw unijnych prym w  tym procederze wiodą przede wszystkim Włochy, gdzie każdego roku ginie lub jest chwytanych od 3,4 do 7,8 milionów ptaków, Cypr (1,3-3,2 mln), Grecja (486-922 tys.) i Francja, gdzie łupem myśliwych i kłusowników pada od 149 do 895 tysięcy ptaków. Najgorzej sytuacja przedstawia się jednak na Malcie, gdzie można mówić już nawet nie o rzezi, a o masowej eksterminacji.
       Powodów zabijania i chwytania ptaków jest kilka. Pierwszy, to wielowiekowa tradycja kulinarna. Tyle tylko, że o ile było to w jakikolwiek sposób uzasadnione przed wiekami, o tyle dziś takie tłumaczenie, to czysta brednia, w którą nikt myślący raczej nie uwierzy. Faktem jest jednak, że duża część ofiar trafia na lokalne rynki i do restauracji. We Włoszech jedną z ptasich potraw jest np. polenta e osei (storni), czyli kukurydziana breja z grillowanymi szpakami lub innymi drobnymi ptakami. We Francji jeszcze całkiem do niedawna tzw. smakosze zajadali się ortolanami topionymi w armaniaku i, choć oficjalnie zabroniono tego w latach`90, jestem przekonany, że zapewne robią to i obecnie. 
       Tradycją jest również chwytanie ptaków w celach hodowlanych w czym celują zwłaszcza Maltańczycy. Tysiące ptaków są łapane w sieci, pułapki lub przyklejają się do posmarowanych specjalną mazią, patyków. Takie osobniki trafiają później do "miłośników" ptaków, którzy często trzymają je w warunkach, które bardzo łagodnie można określić, jako skandaliczne.
      Kolejna kwestia, to prawo i jego egzekwowanie. Pomijam kraje spoza Unii, gdyż ich prawodawstwo w tej materii bywa różne, choć np. w Libanie ptasie kłusownictwo jest teoretycznie całkowicie nielegalne. Dlaczego jednak taki proceder jest tolerowany na terenie Wspólnoty? Przecież od 1979 roku obowiązuje tzw. Dyrektywa Ptasia, stworzona w celu ochrony większości gatunków występujących w krajach członkowskich. Problem jednak w tym, że wspomniana Dyrektywa uwzględnia tzw. derogacje, czyli - mówiąc po ludzku -ustępstwa na rzecz polowań w konkretnych państwach (czyli np. we Francji można polować na rycyki, we Włoszech na czajki, a w Polsce na gęsi zbożowe), co niestety wpływa na rozwój rzeźniczej turystyki. Oczywiście derogacje są obarczone wieloma zastrzeżeniami, ale wiele państw radzi sobie z nimi bez większego problemu. Ciekawym przypadkiem jest Malta, która jeszcze przed wejściem do UE w 2004 roku, wynegocjowała 3-letni okres przejściowy we wdrażaniu zapisów ww. Dyrektywy. Te, podarowane przez Unię, trzy lata dawno już minęły, a "okres przejściowy", jak trwał, tak trwa. 
       Następnym, niepokojącym problemem jest to, że w części krajów wdrażanie unijnych praw ceduje się na samorządy lokalne, a te mając na uwadze liczebność myśliwych, czyli również potencjalnych wyborców, działają wyjątkowo opieszale lub po prostu "zapominają" o tym obowiązku.
       W krajach śródziemnomorskich giną nie tylko ptaki śpiewające. Zabijane są także bociany białe i czarne, pelikany kędzierzawe, flamingi, ptaki drapieżne itp.. Te ostatnie są podobno przysmakiem również w Gruzji i to właśnie tamtejsi myśliwi-kłusownicy tłumaczą na swoich blogach, że polują na orliki, trzmielojady i kanie wyłącznie z głodu.

       Najgorsze w tym wszystkim jest to, że opisywany, kłusowniczy proceder cieszy się dużym przyzwoleniem społecznym. W takiej sytuacji żadne prawa i żadne organizacje ekologiczne nie mają szans na ukrócenie tej patologii. Wszystko to prowadzi do tego, że - za czas jakiś - kilka kolejnych gatunków ptaków z grupy obecnie jeszcze pospolitych, będziemy mogli oglądać jedynie na dokumentalnych fotografiach.


Dziwonia


Dzierzba gąsiorek


Dzierzba gąsiorek


Kos


Muchołówka szara



Pliszka cytrynowa



 Turkawka


Drozd śpiewak


Pokląskwa



Potrzos


Rokitniczka


Pliszka siwa


Skowronek


Trzciniak


Świstunka


Pliszka żółta


Słowik

sobota, 18 marca 2017

Zakopanie.



Wiosna, to tradycyjny czas zakopania. Nie, to nie jest błąd. Chodzi mi właśnie o ZAKOPANIE.
Naszą przygodę z profesjonalnym zakopywaniem się samochodem, zaczęliśmy stosunkowo niedawno, a nie - jak większość – w wieku określanym, jako juniorski. Szybko okazało się jednak, że mamy do tego szczególny talent, więc na pierwsze sukcesy (i, jak się później okazało, niestety także porażki) nie musieliśmy czekać zbyt długo.
Nasze, pierwsze, skuteczne zakopanie miało miejsce w 2014 r. w Dolinie Biebrzy, gdzie ugrzęźliśmy … dwieście metrów od wsi i dwadzieścia centymetrów od grobli, która wiedzie na grąd zwany Białym. Wyglądało to tak niewinnie i niedorzecznie, że mijający nas wieczorem ostatni ptasiarze i pierwsi kłusownicy, byli przekonani, że nic się nie wydarzyło, a my przystanęliśmy na chwilę na poboczu, by wchłonąć resztki przedwiosennego wieczoru. Tak, czy siak, to właśnie wtedy dotarło do nas, że z fotografią przyrodniczą może być różnie, ale w zakopywaniu się - możemy osiągnąć szczyty.
Niestety - jak to bywa w sporcie - po pierwszym, debiutanckim sukcesie nastąpiło tąpnięcie formy i na kolejne zakopanie musieliśmy zaczekać ponad pół roku. Było jednak warto, gdyż po wspomnianych, chudych miesiącach, nadeszły te tłuste. Wiosną 2015 roku wjechaliśmy w Dolinę i … od razu sukces! Niewinnie wyglądające koleiny w bagiennym lesie, pozwoliły nam odbudować się psychicznie i uwierzyć, że to jeszcze nie koniec naszej kariery. Potem było kilka pomniejszych osiągnięć na Warmii, choć to trochę inna odmiana uprawianej przez nas dyscypliny, gdyż nad Biebrzą startujemy zwykle w kategorii „TORF”, a tu, z braku takowego, – w kategorii „GLINA”. Muszę przyznać, że rok 2015, to był w ogóle szczególnie udany rok, gdyż dzięki naszemu uporowi, odpowiednio dobranemu kompletowi opon oraz huraganowi Ksawery, skompletowaliśmy tzw. „Wielkiego Szlema Zakopań”, czyli do torfu i gliny dorzuciliśmy śnieg, a wszystko to dzięki grudniowej wyprawie na żubry!
Rok 2016, miał być - co zgodnie twierdzili wszyscy eksperci - bezsprzecznie naszym rokiem, jednak nie do końca przemyślany zakup nowych opon oraz susza, spowodowały, że nadzieje okazały się płonnymi i choć w „GLINIE” cały czas plasowaliśmy się w ścisłej czołówce, ewidentnie zabrakło nam tego czegoś. No cóż. Koło fortuny zatrzymało się w niekorzystnym dla nas położeniu i ten rok zakończyliśmy tylko z jednym, a i to tylko częściowym wpakowaniem się w zaspę.
Taka fartowna sinusoida niejednego doprowadziłaby do pogłębionej frustracji lub nawet do zakończenia kariery. My jednak zawsze wierzyliśmy w swoją szczęśliwą, torfowo-gliniastą gwiazdę i ta wiara po raz kolejny zaprowadziła nas na najwyższe miejsce na podium. Trzy tygodnie temu pojechaliśmy na żurawie i … tak, zgadliście ! Zakopaliśmy się!!!! Mało tego! Po raz pierwszy w historii naszych startów (i prawdopodobnie całej dyscypliny), utknęliśmy w torfie i w glinie jednocześnie! 
Mamy dopiero połowę marca, więc przed nami jeszcze prawie cały sezon. Ufamy, że przez ten cały czas, będziecie kibicować naszemu zakopywaniu i, przede wszystkim, wpłać datki. 
Piszę o tym wszystkim po to, by pokazać Wam, że sukces można osiągnąć praktycznie we wszystkim i to niezależnie od wieku. Potrzebna jest tylko wiara w siebie, odrobina talentu, konsekwencja i niepoddawanie się niepowodzeniom. Przy okazji chciałem serdecznie podziękować wszystkim członkom naszego team`u: traktorzystom, przygodnym wypychaczom, pomocnym kierowcom terenówek i pracownikom pomocy drogowych. Bez Was Kochani, nasze sukcesy byłyby po po prostu niemożliwe. 

PS. Firmy zainteresowane zamieszczeniem banerów reklamowych na naszym samochodzie i naszych ubraniach terenowych, prosimy o kontakt na adres mailowy zamieszczony na stronie: http://www.fotohistorie.pl/
PS. Wiem, że żurawie już były, ale co zrobić, gdy jest wiosna i same wyłażą przed obiektyw? 

























poniedziałek, 13 marca 2017

Konkurs.

Praktycznie poza dwoma przypadkami nie startowałem i nie startuję w konkursach fotograficznych. Powodem jest zwykle brak rozeznania w konkursowym półświatku lub notoryczne przegapianie wszystkich możliwych terminów nadsyłania zdjęć. Co prawda każdej, sylwestrowej nocy składam sobie solenne przyrzeczenie, że ta sytuacja ulegnie wreszcie zmianie, ale zwykle następnego dnia kompletnie o tym nie pamiętam
Ostatni konkurs odbył się jakoś tak w pierwszej połowie lutego, choć nie wykluczam, że był to początek marca lub nawet koniec stycznia. Nieważne. Oczywiście przypomniałem sobie o tym fakcie jakieś dziesięć minut przed upływem terminu, więc nawet nie próbowałem powalczyć. Nie w tym jednak rzecz. Rzecz w tym, że pewien Ktoś zdjęcia wysłał i zaczęła się wesoła zabawa polegająca na wymianie korespondencji pomiędzy nim, a jednym z organizatorów. 
Otóż, jak wynikało z pierwszego maila, samo wysłanie zdjęć, to dla szacownego grona oceniaczy cudzej twórczości fotograficznej - zdecydowanie zbyt mało. Należało bowiem dodatkowo opisać, jak owe prace powstały. No cóż. Pan każe, więc Ktoś dołączył krótki opis w stylu "zdjęcie jelenia na warmińskim rykowisku - jesień 2016" i zadowolony ze spełnionego obowiązku usiadł wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na werdykt. Stan ten nie trwał jednak przesadnie długo, gdyż po dwóch kwadransach pojawił się mail od organizatora z informacją, że dodany opis jest zdecydowanie zbyt lakoniczny. Szacowny dysponent nagród oczekiwałby mianowicie podania parametrów zdjęć oraz specyfikacji sprzętu. Nasz Ktoś zasiadł zatem do komputera i ubogacił swój opis pożądanymi szczegółami, po czym zadowolony, wstał od biureczka, ale tylko po to, aby zasiąść przy nim ponownie, gdyż na ekranie wykwitła kolejna korespondencja od konkursowego interlokutora. 
Z lektury najnowszego maila wynikało, że takie ogólniki, może i przeszłyby na jakimś - pożal się Boże - zakichanym World Press Phocie, ale nie u nich! Specyfikacja sprzętu nie oznacza bowiem, li tylko, podania marki i modelu aparatu oraz obiektywu, ale wszystkiego (!), co towarzyszyło tworzeniu fotki, czyli statywu, monopodu, głowic, filtrów, wężyków itd. itd. Nasz ciągle cierpliwy, acz lekko już poirytowany Ktoś po raz kolejny siadł na komputerowym zydelku, cierpliwie powypisywał wszystkie te - jakże niezbędne w ocenie zdjęcia - informacje, po czym wyczerpany padł na łóżko i zasnął.
Następny dzień przywitał Ktosia nieskazitelnym nieboskłonem, pastelowymi kolorami brzasku, odgłosami uwodzących się przedwcześnie sikor oraz, a jakże ... mailem. Z nocnego lub wczesnoporannego listu wynikało, że w zasadzie wszystko jest OK, ale ... gdzie na Boga jest opis ciuchów, w które odziany był Ktoś w chwili, gdy utrwalał na matrycy zwierzaki widoczne na wysłanych zdjęciach?! Gdzie specyfikacja czatowni?! Poza tym osobnik po drugiej stronie internetu, poinformował Ktosia, że miło byłoby gdyby przestał się lenić i napisał kilka zdań na temat samych obiektów, a dokładnie ich biologii i statusu ochronnego! Tu kończy się ta opowieść, gdyż nie wiedzieć czemu, Ktoś w ułamku sekundy przeszedł ze stanu irytacji w stan zwany przez psychologów wkur... nadzłością i konkurs porzucił.
Wszystko to byłoby może i zabawne, gdyby nie fakt, że to - lekko tylko podkolorowana - prawda. Z drugiej strony, jak już wspomniałem, trochę tego Ktosia nie rozumiem. Pytali o PIN-y, fason bielizny i przebyte choroby z gatunku wstydliwych? Nie pytali! Więc może nie warto było się obrażać, tylko poświęcić konkursowi jeszcze kilkanaście roboczogodzin i kto wie? Może daliby jakieś wyróżnienie?