O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

wtorek, 7 listopada 2017

Listopad jest zły.

Tym razem kolejna porcja warmińskich jeleni. Oczywiście wszyscy wiemy, że czas ich miłosnych uniesień już dawno minął, ale ponieważ zostało mi jeszcze kilka fotek, żal było ich nie umieścić. Tyle tylko, że nie o jeleniach jest ten post. Ten post jest o miesiącu, którego zdecydowanie nie powinno być.
Pomimo tego, że urodziłem się w listopadzie jest to dla mnie czas przeklęty. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale kiedyś lubiłem te dni, gdy zmrok zapadał już o 16. Lubiłem wędrówki przyciemnionymi, mokrymi od deszczu uliczkami starego miasta w Olsztynie do miejsc, w których można było spotkać rozartyzmowanych kolegów i pogadać o tej, no … sztuce, a tak naprawdę o tym, gdzie można kupić piwo i która koleżanka jest w ciąży i z kim raczej nie. Czekałem na te dni z niecierpliwością, tak, jak … dziś czekam, by to cholerne, świetlno-pogodowe średniowiecze poszło wreszcie precz i, jeżeli nie może być teraz wiosny, to niech przynajmniej zacznie się grudzień ze śniegiem, mrozem i bezkarną rzezią ryb z rodziny karpiowatych. To jednak jeszcze kawał czasu, więc mam nadzieję, że jakoś to przeżyję i gdy dzień ponownie zacznie górować nad nocą, nie będę już znanym w dzielnicy wariatem, przemierzającym dzielnicę na wygrzebanych w śmietniku rolkach i mamroczącym coś o końcu świata wymodlonym przez sektę "Krotochwilnych Czcicieli Szatana" z Elbląga.
Moje obawy są tym bardziej uzasadnione, że kilka miesięcy temu gŁoś została wegetarianką. Co prawda nie dlatego, że – jak twierdzą hipsterzy - niejedzenie mięsa w Europie Wschodniej wpływa pozytywnie na lasy deszczowe w Ameryce Południowej, ale to w sumie nieważne. Ważne jest to, że siłą rzeczy również moje spożycie potraw, w których można odnaleźć jakikolwiek smak, spadło nieomal do zera.
I to jest niestety kolejny problem. Do tej pory dotrwanie do kolejnych wiosen zawdzięczałem podlaskim antydepresantom, medytacjom w pozycji „miotanego rzeczną bryzą kosaćca” i – przede wszystkim - pochłanianiu wieprzowiny. To właśnie witaminy oraz makro- i mikroelementy zawarte w świńskim tłuszczu, pozwalały mi zachować sprężystość mięśni, tężyznę ścięgien (albo odwrotnie) i, przede wszystkim,  pogodę ducha w te ponure - niczym sny ciężarnej właścicielki wytwórni mączek kostnych - listopadowe dni.
Na szczęście pewne znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tegoroczny listopad, a przynajmniej jego atrybuty, mogą skończyć się szybciej, niż zazwyczaj. Widać to w przyrodzie już od dłuższego czasu, chociażby po zwierzakach z rodzaju futrzastych. Czy tak rzeczywiście będzie? Tego oczywiście na 100% stwierdzić nie mogą, choć głosy w mojej głowie twierdzą, że jest to bardzo prawdopodobne. 

PS. Przepraszam za opóźnione odpowiedzi na komentarze, ale trochę się ostatnio działo, więc blog zszedł był na plan dalszy. 

PS.2. Z ostatniej chwili!!!!! 
Jeżeli jeszcze nie maci pomysłu na świąteczny prezent, to zapraszam na blog Leny http://kartkazbrulionu.blog.pl/2017/10/28/ciut-poezji-ciut-prozy/:































sobota, 28 października 2017

Jesienna Biebrza. Odsłona 2/3.

Ten post dla wielu osób może wydać się nudnym i monotematycznym. Dla nas jest to jednak, w pewnym sensie, ukoronowanie wieloletniego łażenia po bezdrożach Doliny. Wiem, że poniższe fotki są słabe technicznie, ale wszechobecna mgła, nędzne światło, dynamika wydarzeń i emocje, to mało komfortowa mieszanka, zwłaszcza w przypadku fotografii zwanej powszechnie - przyrodniczą. Podejrzewam, że w XXII wieku, gdy kamery HD wszczepione w rogówki będą równie powszechne, jak dziś paznokcie wrośnięte w palce u stóp, tego typu zdarzenia będzie można rejestrować zdecydowanie efektywniej. Powtórzę jednak raz jeszcze, że dla nas to wszystko nie ma żadnego znaczenia, gdyż to co udało nam się zaobserwować, jest jednym z naszych, najważniejszych przeżyć przyrodniczych.

Wszystkie, poniższe zdjęcia ułożone są (chyba po raz pierwszy w historii tego bloga) w układzie chronologicznym. To trochę taki reporterski zapis tego, co zobaczyliśmy, gdy zasapani - niczym uzależniony od nikotyny maratończyk po pierwszym kilometrze - wracaliśmy do auta po nieudanym podchodzeniu czterech łosiowych byków. 

Jak widać na poniższych fotkach, wilcze polowanie zakończyło się niczym, co jest raczej regułą, gdyż skuteczność polowań dużej watahy sięga zaledwie kilku procent, a to był przecież samotny basior. Nie ukrywam, że trochę się zawiodłem, gdyż oczami wyobraźni widziałem już spektakularne zdjęcia oraz ... spiżarnię wypełnioną solidną porcję, ekologicznie pozyskanej, jeleniny ...
       No dobrze, ale jaki jest morał płynący z całej tej historii? W moim przekonaniu przede wszystkim taki, że wilk nie jest żadnym potworem,  ani żadną bestią o czym kiedyś starali się przekonać nas bajkopisarze, a dziś tzw. myśliwi, właściciele zwierząt hodowlanych i pańcie z psunią defekującą na trawnik w mieście, co najmniej powiatowym. To nie żadne krwiożercze monstrum, ale zwierzę, które próbuje tylko przetrwać w - coraz bardziej gęstym od ludzi - terenie. W ostatnim miesiącu spotkaliśmy wilki dwa razy, w tym raz nieomal się o nie otarliśmy. Czy wtedy i w chwili pokazanej na fotkach, poczułem jakiekolwiek zagrożenie? Nie, nie poczułem! Może jestem zatem dzielnym człowiekiem lasu, któremu nic, co dzikie nie jest straszne? Nie, nie jestem, gdyż nie raz i nie dwa czułem strach, gdy łażąc po lesie słyszałem warkot wkurzonej lochy prowadzącej warchlaki. 
       Z wilkami jest inaczej. Wilki nie atakują ludzi, a przynajmniej nie robią tego w Polsce, gdyż od zakończenia II Wojny Światowej, na terenie naszego kraju, nie stwierdzono ANI JEDNEGO takiego przypadku. Owszem, niejednokrotnie słyszy się o wilkach zabijających zwierzęta hodowlane i domowe. Tyle tylko, że to również margines, a dodatkowo, napastnikami bardzo często są zdziczałe psy lub te, które - zgodnie z filozofią ich właścicieli - powinny się same wykarmić. Poza tym, gdy hodowcy zaczęli wreszcie skuteczniej (lub w ogóle!) chronić swoje stada, liczba zagryzionych zwierząt wyraźnie zmalała.
       Mam nadzieję, że - zwłaszcza to ostatnie - będzie koronnym argumentem przeciwko przywróceniu odstrzału wilka, gdyż to jedno z ostatnich zwierząt, o którym  można powiedzieć, że jest naprawdę dzikie.