O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

poniedziałek, 14 maja 2018

Opowiastka o klusze.

Tym razem biebrzańska fotkomieszanka na szybko. W następnych odcinkach pojawią się rycyki, potem coś tam z Warmii, a w dalszej kolejności rybitwy białoskrzydłe, rzeczne widoczki i te no … dywizjony.
Nie o ptakach jest jednak ten post tylko o jedzeniu na Podlasiu, a zwłaszcza o jednej potrawie, która występuje pod kilkoma nazwami i w kilkunastu, choć nie mogę wykluczyć, że i w kilkuset wersjach.
Kiedy byłem mały, rodzice samolubnie oddawali się pracy zawodowej, a mnie oddawali pod opiekę starszej wiekiem sąsiadki, która jako jedyna w całej Biebrzy, zgodziła się zaryzykować i przyjmować mnie pod swój dach na kilka godzin dziennie. Podobno byłem mało znośny (w odróżnieniu od mojego brata Mateusza), ale miałem jedną, wyjątkową zaletę, dosyć rzadko spotykaną w mojej, ówczesnej grupie wiekowej. Byłem mianowicie wyjątkowo pazerny na jedzenie, czyli, jak mawiają na Wschodzie - żarty. Pochłaniałem wszystko, co mi podawano w dowolnych ilościach i o dowolnej porze. Nie pamiętam oczywiście wszystkich potraw, którymi tuczyła mnie moja nieszczęsna opiekunka, ale dwie zapadły mi w pamięć do dziś. Był to mianowicie tzw. grzybek, czyli baaardzo gruby naleśnik z jakąś konfiturą i … kołduny. I o tych ostatnich jest właśnie ten post.
Kiedy pytam Niepodlasian o kołduny, praktycznie zawsze odpowiadają, że są to pierożki z baranim farszem, które zalewa się rosołem. Tymczasem kołduny, którymi zajadałem się w Biebrzy były ziemniaczanymi kluchami wypełnionymi mięsnym farszem i polanymi szczodrze tłuszczem ze skwarkami tudzież zarumienioną cebulą. I tu właściwie powinna kończyć się ta średnio fascynująca historia, gdyby nie fakt, że ćwierć wieku później w jakiejś knajpie pod Suwałkami zamówiłem nieznaną mi wówczas potrawę, która w karcie figurowała pod nazwą kartacze. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kwadransie czekania dostarczono mi talerz z surówką z kiszonej kapusty oraz dwoma ... kołdunami. Próba wyjaśnienia w czym rzecz, spaliła jednak na panewce, gdyż dziewczę od przemieszczania żarcia na trasie kuchnia-stoły, zapłoniło się okrutnie i dało solidnie zbudowaną nogę na zaplecze.
Kilkanaście lat później, podczas kolejnej wyprawy na Suwalszczyznę, wybraliśmy się do Mariampolu na Litwie celem zakupu zacnej ilości ziół w zalewie spirytusowej oraz adekwatnej liczby wędzonych, świńskich uszu do zakąszania powyższych. Lista krótka, więc sprawunki poszły nam niezwykle gracko i mogliśmy udać się na lancz do - położonego w centrum miasta/miasteczka - lokalnego przybytku gastronomicznego, gdzie zamówiliśmy cepeliny (zepelliny), które okazały się, a jakże ... kołdunami.
Lektura materiałów źródłowych o charakterze kulturowo-kulinarnym, uświadomiła mi, że sprawa jest wyjątkowo skomplikowana, a "moje" kołduny kryją się także pod nazwą klinków, litewskich kartaczów, a nawet pyz. Z autopsji wiem, że mogą być nadziewane wołowiną, wieprzowiną, grzybami, jagnięciną itp.. We wspomnianym Mariampolu mieli nawet wegetariańskie, czyli nadziewane twarogiem z czymś tam (Leno pomóż!) z tym, że nawet ta wersja tonęła w ciepłym, płynnym łoju ze skwarkami umajonymi uprażoną szalotką.
Podejrzewam, że już od trzeciego akapitu zastanawiacie się, co mi się stało i dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę? No cóż. Po pierwsze dlatego, że nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdyż w upały gwałtownie głupieję. Po drugie dlatego, że jestem głodny, a gdy jestem głodny, to (zapytajcie gŁosia!) mówię tylko o jedzeniu. Po trzecie wreszcie, chciałbym oddać hołd niezwykłej, podlaskiej gościnności. Otóż podczas ostatniego pobytu w Kapicach dotarła do mnie poufna informacja, że kilka domów dalej koleżanka Justyna ugotowała kołduny. Widząc moją minę, nieoceniona Majka wykonała błyskawiczny telefon i kilka minut później (choć było już po północy!) wrzecionowate frykasy podsmażały się wraz z naprędce posiekaną cebulą i boczkiem.

PS. Tym, którzy nigdy nie próbowali opisywanego smakołyku, polecam dwa sprawdzone adresy. Pierwszy z nich to "Restauracja pod Jelonkiem" w Jeleniewie http://www.podjelonkiem.pl/, a drugi, to opisywany już w tym blogu, "Bar Jarzębinka" w Supraślu https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g2429752-d8419922-Reviews-Bar_Jarzebinka_Restaurant-Suprasl_Podlaskie_Province_Eastern_Poland.html
PS.2. Standardowa porcja kołdunów/kartaczy/cepelinów itp., to dwie sztuki i wierzcie mi, że nie warto zamawiać więcej. Co prawda na - szeroko pojętym - Podlasiu funkcjonuje prastara legenda o tajemniczym przybyszu, który pojawił się nie wiadomo skąd, zjadł dziewięć kluch i zniknął, ale to tylko ludowa klechda ... chyba.






























poniedziałek, 7 maja 2018

Weekend z Turgieniewem.

Bardzo krótko, gdyż dopiero wczoraj wróciliśmy umęczeni, jak - nie przymierzając bociany - z pobytu w Dolinie. Fotki z owegoż pojawią się niebawem, a to co znajduje się poniżej, to - nie ukrywam -  resztki z kwietniowego stołu Pani Przyrody.
Muszę przyznać, że nasza ostatnia wyprawa była diametralnie inną, aniżeli te wcześniejsze. Tym razem (przynajmniej z mojej strony) nie było drapieżnego rzucania się z obiektywem na niewinne i bezbronne, moczarowe stworzenia. Nie zaznałem nachalnego tropienia, ostentacyjnego podchodzenia, przesadnego podpełzania i epatowania torfowymi marszobiegami. Była to raczej leniwa, powolna kontemplacja upalnego, zamniszkowanego i zalilakowanego po dziurki w konchach uszu - Podlasia, choć zapewniam, że też nie do końca.
Do takiej, a nie innej formy spędzenia czasu nad Biebrzą, Ełkiem i … jednym, takim kaprawym kanałkiem, którego nazwy nie znam, zainspirowała mnie bowiem lektura niedawno odkrytych dzienników mojego ulubionego, rosyjskiego pisarza Iwana Turgieniewa, który wczesnym latem 1881 roku zanotował: „Onegdaj późnopopołudniową porą odwiedziła mnie w mojej piterskiej garsonierze Jelizawieta Pawłowna, wielce ponętna córka znanego i bogatego, acz powszechnie znienawidzonego w całej guberni pachciarza - Pawła Iwanowicza Kuropatwocietrzewicza (...). Mój niespodziewany gość był przedziwnie podekscytowany i jakby nieobecny duchem, choć ciałem obecny był i to tak, że … (tu obszerny fragment wycięty przez carską cenzurę obyczajową) …, a poza tym masło, trzoda chlewna, wapno i Japonia (…). I dalej. W pewnej chwili, gdy nastawiałem szósty już (tego wieczora!) samowar, Jelizawieta opadła nagle, jak ten - porwany kaukaskim wiatrem - liść łopuchu na mój wysłużony, pokryty kitajskim jedwabiem, szezlong, a z jej pełnych ust-korali tchło (pisownia oryginalna!) prawie niesłyszalne zdanie: Pamiętaj Iwaniuszka, Koguciku Mój! Czasem lepiej uwalić się ze szklanicą stouta pod jesionkiem, niźli dać się zeżreć robactwu na bagnie… ”.
I właśnie ten, zacytowany powyżej ... cytat sprawił, że mój weekend majowy był takim, jakim był. 

PS. A tu link ku przestrodze, a tak w ogóle - namiar na prześwietny (fotograficznie i tekstowo) blog: http://www.swiathegemona.pl/zgnila-pomarancza-jak-stracic-klienta/