O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czatownia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czatownia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Czatownia II.

       Pierwsza w tym roku czatownia jest już gotowa! Co prawda nie wykonaliśmy z niej, ani jednego zdjęcia, ale jest.
       I tak oto mija, z Pani Przyrody pomocą, już trzeci rok budowania ukryć na żurawie (przede wszystkim, ale nie tylko) i kolejny rok zmagania się z przeciwnościami losu, który najczęściej na imię ma – MY SAMI, A WŁAŚCIWIE JA SAM. Ale po kolei.

Rok 0.

       Rok zerowy, to był piękny rok, ale co z tego, skoro żadna z trzech czatowni nie nadawała się do fotografowania żurawi, gdyż ... ale do rzeczy

Rok I. Czatownia I.

       To był nasz debiut na niwie konstruowania czatowni na noclegowiskach żurawi. Debiut poniekąd wymuszony, gdyż prośba o użyczenie jednej z wielu czatowni, zbudowanych przez stałych bywalców rozlewiska, została potraktowana z tzw. buta. Było nam trochę przykro, ale dzięki temu nauczyliśmy się jednego. Nie ma co liczyć na to, że - poza paroma wyjątkami - inni fotografujący przyrodę pomogą nam kiedykolwiek w czymkolwiek.
       Wybudowaliśmy zatem swoją własną, nędzną nieruchomość z ogólnie dostępnego zielska, przy której popełniliśmy wszystkie możliwe, znane ludzkości, błędy. Przede wszystkim czatownia powstała w pewnej podległości od łanu trzcin, dzięki czemu ostatni odcinek pokonywaliśmy na tzw. czworaka lub, jeżeli przyjechaliśmy nieco spóźnieni (czyli nie czarną nocą) czołgając się, co w sytuacji, w której większość sprzętu targa się na plecach, a podłożem jest muł, nie jest do końca takie wyśnione. Byłbym zapomniał. Budę wykonaliśmy w strugach deszczu, co – jak się później okazało - stało się naszą dewizą, znakiem rozpoznawczym, a jeżeli kiedykolwiek jakiś, na wpół oszalały, monarcha nada nam tytuły szlacheckie – „trzcina w strugach” wyląduje również na naszym herbie.
Pomimo tych wszystkich niedogodności, udało nam się jednak zrobić jakieś fotki, dzięki czemu zapewne popadlibyśmy w samozachwyt, gdyby nie fakt, że … żurawiom znudziła się dotychczasowa noclegownia i przeniosły się w inne miejsce...

Rok I. Czatownia II.

       … przeniosły się w inne miejsce, a my oczywiście podążyliśmy za nimi.
       Drugą budę zbudowaliśmy mając już pewne doświadczenie, które jednak nie uchroniło nas przed popełnieniem tych samych, starych błędów, do których dołożyliśmy kilka nowych, żeby nie rzec - nowatorskich. Tego, że jak zwykle, budowaliśmy w deszczu pewnie się domyślacie. Tego, że ponownie zrezygnowaliśmy z relatywnie łatwego podejścia trzcinami, pewnie też. My jednak w swoich starania w zdobyciu czatownianej nagrody Darwina poszliśmy znacznie dalej. Budując drugą budę, korzystaliśmy z tzw. drogi technicznej, zaś docelowo mieliśmy docierać do niej tzw. drogą właściwą (wiem, że to skomplikowane, ale ... jak się tak wczytać, to chyba jednak nie), której – trzeba uczciwie przyznać – nie sprawdziliśmy. Wracając zaś do samej budy, to muszę się pochwalić, że stworzyliśmy coś równie urodziwego, jak - nie przymierzając - kocioł z golonkami w knajpie dla TIR-owców i równie niepraktycznego, jak męski, koronkowy gorset w Godzille.
       Wracając, tym razem, do sedna. Następnego dnia, a właściwie jeszcze tej samej nocy, kiedy czołgaliśmy się w najlepsze drogą właściwą okazało się, że przegradza ją - niewidoczny z drogi technicznej – rów melioracyjny. Jak się zapewne domyślacie, wyjścia były dwa. Wrócić do domu lub pokonać przeszkodę. Wybór trudny, ale koniec końców, nie wdając się w zbędne szczegóły – jakieś fotki zrobiliśmy.

Rok II. Czatownia I.

       Kolejny rok rozpoczęliśmy w zgubnych oparach starego wyjadactwa, co niestety trochę się na nas zemściło (w zasadzie nawet nie trochę, ale po kolei). Pierwszą, drugoroczną czatownię postawiliśmy opierając się na – nazwijmy to po imieniu – nie dość dokładnych namiarach. Buda powstała, a owszem i muszę przyznać, że pod względem architektonicznym przewyższała nawet swoje poprzedniczki. Co jednak z tego, jeżeli – jak się okazało – głupie żurawie nocowały gdzie indziej. Co prawda sfotografowaliśmy z niej jakieś czaple, ale na haluksy Peruna, nie dla czapli trudziliśmy się tych kilka godzin! I to oczywiście podczas ulewy!

Rok II. Czatownia II.


       Generalnie muszę przyznać, że rok ów zaliczał się do raczej suchych lub wręcz - bardzo suchych. Niewątpliwie cieszyło to lekkoduchów odpoczywających na Warmii i jednocześnie doprowadzało do rozpaczy ludzi utrzymujących się z rolnictwa. Na szczęście dla tych drugich byliśmy jeszcze – MY! Kiedy, jak już wspomniałem, okazało się, że żurawie bezczelnie postanowiły nocować z dala od naszej architektonicznej perełeczki, my tradycyjnie podążyliśmy ich śladem, a naszym, a jakże – deszcz. Nie będę jednak zawracał wam głowy kolejnym opisem naszych czatowanianych dokonań, gdyż możecie o tym przeczytać tutaj:
http://wojciechgotkiewicz.blogspot.com/2016/09/czatownia.html.


Rok III. Czatownia I.

       Tak, jak napisałem na wstępie, wybudowaliśmy pierwszą z tegorocznych czatowni. Zgodnie z naszą, niepisaną tradycją, popełniliśmy te same błędy i równie tradycyjnie, utrudniliśmy sobie wszystko to, co mogliśmy. Mamy jednak ochłap nadziei, że tym razem żurawie docenią nasz trud i podobnie, jak w naszym debiutanckim roku i tym razem zrobimy jakieś fotki.

PS. Poniżej kolejny zapis pagórowatych i jeleniowych poszukiwań. Na razie dajemy im spokój (choć jakieś zdjęcia jeszcze oczywiście będą) i postaramy się skoncentrować na zupełnie czymś innym. Do płowych wrócimy jednak za chwilę, gdyż coś nam mówi, że tegoroczne rykowisko odbędzie się nieco wcześniej.





















wtorek, 6 września 2016

Czatownia.




        Za nami już trzecia noc w czatowni. Choć trochę się do tego przyzwyczaiłem, to w dalszym ciągu uważam, że taka forma spędzania urlopu uwłacza godności Europejczyka o podlaskim, było nie było, korzeniu.
       Sama buda nie jest zła, ale powiedzmy sobie szczerze, perłą architektury światowej raczej bym jej nie nazwał. To taka mikrokonstrukcja w kształcie rodzinnego grobowca, utkana z patyków, siatki maskującej i endemicznej roślinności. W czasach swojej świetności wtapiała się w otoczenia, ale obecnie już nie bardzo.
       Swoją drogą zastanawiałem się kiedyś, co byłoby, gdyby na Ziemię przylecieli Marsjanie (w złych zamiarach, jak to Marsjanie) i zaparkowali swoją kosmiczną furę, tuż przy naszej budzie. Chodzi mi oczywiście o tych normalnych Obcych: z modnymi fryzurami, w garniturach i w butach obstalowanych na zamówienie, a nie o jakieś zielone gluty z filmów klasy C. No więc przylecieliby, zaparkowaliby, a zaraz potem zobaczyliby pierwszego Ziemianina, czyli mnie wychylającego się z czatowni po upojniej nocy w torfie. Myślę, że w takiej sytuacji raczej zrezygnowaliby z okupacji Ziemi (bo po co im kolejna ferma nierogacizny?) lub z zasypania jej pociskami klasy Mars-Powiat Olsztyński. Założyliby po prostu ochraniacze na swoje drogie buty i wkopali ziemskiego robaka w bagno. Starczy jednak tej przydługiej dygresji.
       No więc, na świecie panoszy się XXI wiek, a my na naszym rozlewisku w dalszym ciągu tkwimy w mrokach wczesnego Średniowiecza. I żeby chociaż tak było wszędzie. Ale gdzie tam! Zajrzyjcie do internetu! Można tam sobie pooglądać przeróżne czatownie, w tym z krajów, wcale nie tak wysoko, rozwiniętych. Tam czatownie! Założenia czatowniano-parkowe! Obszerne, arcywygodne i co najważniejsze z materiału, który nie wali się na głowę przy byle ruchu. Szczytem wszystkiego jest pewna, pięciogwiazdkowa czatownia na niedźwiedzie, do której doczepiono … niewielki hotelik. Innymi słowy fotograf wstaje sobie z piernatów, bierze tusz, zjada wystawne śniadanie (w formie szwedzkiego bufetu, choć czatownia nie skandynawska, tylko rosyjska), zakłada specjalne kapcie i rusza do części czatownianej. I co on - ten fotograf - tam widzi? Przede wszystkim widzi kilka stanowisk ze statywami i śluzami na obiektywy, toaletę (pokoczujcie trochę w terenie, to zrozumiecie co to znaczy) oraz fotele. Ale jakie fotele?! Nie jestem fanem motoryzacji, ale podejrzewam, że żywcem wyjęto je z samochodów, których w Polsce jest pewnie z sześć. Potem fotograf zasiada w tym ponadczasowym siedzisku (jego kręgosłup w tym momencie zapewne skowyczy z rozkoszy) i fotografuje miśki i co tam jeszcze przylezie, mając za plecami doświadczonego maitre d`hotel, który z ruchów łopatek i uszu klienta wyczytuje, czy ma już podać pierwszego drinka. I tak dalej, i tak dalej.
       Tylko czy - zadajmy sobie pytanie -  w dalszym ciągu jest to fotografia przyrodnicza? Czy nie lepiej jednak samemu zbudować, wytropić, podejść, zmarznąć i mieć z tego satysfakcję? No cóż …, jak by to Wam powiedzieć? No pewnie, że to też jest fotografia przyrodnicza!! A kto Wam powiedział, że pstrykanie zwierzaków, to umartwianie się na świeżym powietrzu?! Nie wiem, jak inni, ale ja nie należę do tych, którzy nie cieszą się ze zdjęcia, tylko dlatego, że jego zrobieniu nie towarzyszyło złamanie otwarte i krwawienie z uszu!
      Biednie, czy bogato - wszystko jedno. Najważniejsze, to nie jak, ale co, gdzie i z kim fotografujemy. Z drugiej jednak strony, jeżeli miałbym wybierać, to zamiast krwawienia, zdecydowanie bardziej wolałbym wykorzystywać uszy do wskazywania w jakich proporcjach mają być wymieszane likiery!




Biegus malutki


Łęczak


Biegus malutki


j.w.


j.w.


j.w.


j.w.


Powyżej i cztery poniżej - Sieweczka obrożna.






I ponownie łęczak