O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

sobota, 22 kwietnia 2017

Laku nie było, więc poszliśmy do lasu.

Biebrza odwołana z powodu braku pewności, co do aury. Rozlewisko puste, jak mięsny w minionych czasach, więc z braku laku pojechaliśmy do lasu, zwanego szumnie „Puszczą Napiwodzko-Ramucką”. Jak bardzo na wyrost jest to nazwa, można przekonać się zaraz po wejściu między drzewa, a w zasadzie to, co po nich pozostało, czyli zaorane odziały i sągi sosnowych pni czekające na transport do tartaków lub bardziej światowo, do fabryki Ikea w niedalekim Wielbarku. Tak, czy siak, zastany widok tak się ma do puszczy, jak podrasowany metodą agrotuningu Golf, do zabawek Roberta Kubicy.
Na szczęście nie wszędzie wycinają, więc warmińskie lasy, nawet te w 99% gospodarcze, to mimo wszystko ciekawe i cenne siedliska wielu gatunków roślin, ssaków i, przede wszystkim, ptaków. Właśnie z uwagi na te ostatnie ustanowiono na, opisywanym przeze mnie, terenie ptasi obszar Natura 2000, nazywając go niezwykle oryginalnie PLB280007 „Puszcza Napiwodzko-Ramucka”. Powodem ustanowienia rzeczonego obszaru był fakt, że wspomniane lasy są jednym z najważniejszych obszarów lęgowych ptaków, w tym zwłaszcza drapieżnych, w Polsce. Jak wynika z dokumentacji Planu Zadań Ochronnych jest to jedna z dwóch kluczowych ostoi lęgowych rybołowa (15% populacji krajowej), a także kani czarnej i rudej, bielika, orlika krzykliwego i trzmielojada. Jest to również ważny teren lęgowy łabędzia krzykliwego, którego miejscowa populacja wynosi od 7 do 9 par oraz jedno z ostatnich miejsc występowania cietrzewi. Niestety ostatnia inwentaryzacja wykazała obecność zaledwie 4 kogutów i tyleż kur, więc istnieją uzasadnione podejrzenia, że ten gatunek jednak nie przetrwa.
W latach 2014/2015 przeprowadzono badania mające na celu oszacowanie populacji dużych drapieżników na terenach administrowanych przez RDLP Olsztyn i Białystok. Z wykonanych liczeń wynika, że lasy napiwodzko-ramuckie są schronieniem dla 7 wilczych watah, których łączna liczebność wynosi od 37 do 40 osobników. Nie stwierdzono natomiast obecności rysi, które po raz ostatni obserwowano tam w latach 1980-1985 (choć każdego roku słyszy się, że ktoś widział je ponownie).
Polecam „Puszczę”, jako miejsce przyrodniczych wypadów. Wilków pewnie nie zobaczycie (sami widzieliśmy je zaledwie dwa razy, w tym w trakcie ostatniego wypadu), ale jelenie, sarny, bieliki są w zasięgu każdego, kto posiada, choć minimalną wiedzę przyrodniczą.
W kolejnym poście wiosenne kaczuchy, a potem znowu jelenie okraszone dzikami. 

Poniżej efekt, dwóch ostatnich wyjazdów do wspomnianego lasu. 


Na wszelki wypadek wyjaśniam, że te żurawie nie padły niczyją ofiarą. Tak wygląda para przy gnieździe, tuż po wzejściu słońca, gdy zostało im jeszcze 5 minut do rozpoczęcia pracowitego dnia :)




















środa, 19 kwietnia 2017

Parada zbrodniarzy.

Trzy posty w robocie (pierwszy z nich w czwartek lub w piątek), a tymczasem kolejne efekty wietrzenia magazynów, czyli kilka odnalezionych dokfotek. Zdjęć stale przybywa, w odróżnieniu od miejsca, więc nie chcąc zwiększać w nieskończoność populacji dysków, co jakiś czas zaglądam, wywalam, ale też i odkrywam. Ale oczywiście nie o tym jest ten post. 
Wielokrotnie pisaliśmy wraz z gŁosiem o różnych zwierzakach, których status liczebny w Polsce nie rzuca na kolana, a jeżeli już, to wyłącznie z rozpaczy. Arcyponura sytuacja ma miejsce zwłaszcza w przypadku drapieżników. Drapieżników wszelakiej maści i systematycznej przynależności, żeby było jasne.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest oczywiście tak prosta, jak filozofia życiowa kota Fiodora (aktualnie odbywającego karę czasowego pozbawienia wolności). Drapieżniki z uwagi na preferencje żywieniowe od zawsze stanowiły konkurencję dla człowieka. Najczęściej dotyczyło to i dotyczy tego, co skrywa się pod strzechami obór, chlewni i kurników, czyli domowej nie- i rogacizny. Od zarania dziejów konkurowaliśmy jednak także na polu łowiectwa, czyli innymi słowy - pozyskiwania zwierzyny.
Szukając materiałów do pewnego opracowania, natrafiłem na publikację pn. „W obronie użytecznej zwierzyny łownej” Józefa W. Kobylańskiego (nie mylić z Janem) wydanej nakładem własnym w 1927 roku w mieście Przemyślu. Jak można się domyślać, książka poświęcona jest co prawda obronie zwierzaków, ale nie przed myśliwymi, tylko przed rywalami, do których Autor zalicza kłusowników oraz właśnie drapieżniki. Co ciekawe i przygnębiające zarazem, spis stworzeń, których „ofiarą stale pada zwierzyna pożyteczna” jest w omawianej publikacji zaskakująco długi. Listę otwiera, a jakże, wilk. Kobylański, powołując się na tajemnicze „notatki myśliwych” donosi, że tylko w samym 1890 roku w Karpatach Węgierskich, wilki pożarły rzekomo 4 tys. bydła rogatego i 20 tys. owiec. Jak jednak zauważa Autor, to i tak pikuś wobec osiągnięć wilków rosyjskich, które 34 lata później skonsumowały ze smakiem 52684 konie, 50250 krów i 13 tys. reniferów, a wszystko to w przeciągu zaledwie 365 nocy.
Wilk, to jednak – jak już wspomniałem – zaledwie wierzchołek krwawej góry lodowej. Na czarnej liście znalazły się bowiem także lisy („jedna rodzina potrafi wyniszczyć zwierzynę dalej niż na milę wokoło”), żbiki, rysie (czyli „ostrowidze”) i niedźwiedzie. Zastanawiające, że do drapieżników Kobylański zaliczył także dziki, które podobno mają się z ukontentowaniem posilać, dopiero co narodzonymi, jeleniami i sarnami.
To jednak nie koniec. W dalszej kolejności dostaje się łasicowatym (wszystkim bez wyjątku, w tym borsukowi), a nawet ... poczciwemu jeżykowi, który w swym - niepojętym wręcz, zdaniem Kobylańskiego – bestialstwie, „prześladuje gniazda ptaków, które gnieżdżą się na ziemi” oraz „zjada kurczęta domowe”.
Jakby mało było Autorowi futrzastych, do grona zwyrodnialców trafiły także ptaki, jako to sokoły, jastrzębie, orły, błotniaki, kanie, sowy, kruki, wrony, czaple, sójki, bociany, a nawet - wydawać by się mogło, bogu ducha winne – zimorodki! O włos od uniknięcia odpowiedzialności karnej znalazł się tylko myszołów włochaty, ale i on w ostatniej chwili został zdemaskowany przez czujnego J.W.K., którego zdaniem „nie jest tak niewinny za jakiego go ornitologowie uważają. Bije on bażanty, młode zajączki (…) a nawet młode sarny. Zbrodni tych nie popełnia wprawdzie stale, ale niejednokrotnie już chwytano go na nich”.

I jak tu się teraz dziwić, że populacje rodzimych drapieżników są, jakie są, skoro od zawsze były eliminowane ze środowiska, w tym przy współudziale takich przyrodniczych zuchów, jak nasz Kobylański Józef W. Na szczęście od tamtej pory zmieniło się i prawo i podejście samych myśliwych, dzięki czemu nikt już nie urządza rzezi stworzeń, których jedyną winą jest to, że nie są w stanie przeżyć jedynie na latte i bezglutenowych podpłomykach.  


















czwartek, 13 kwietnia 2017

Inwazja.

O turystycznej inwazji w Dolinie Biebrzy, pisałem już zimą. Wtedy była to jednak zaledwie przygrywka do tego, co obserwowaliśmy podczas ostatniego pobytu i pewnie nic nie znaczący epizod, gdy pomyślę o tzw. majówce.
Nasz ostatni, biebrzański weekend zaliczał się do tych zwyczajnych. Nie był, ani długi, ani krótki. Nie przypadał w żadne święto kościelne, ani też w państwowe. Nie wiązała się z nim ani jedna z rozlicznych rocznic. Ot, taki sobie typowy i nudny przerywnik między jednym, a drugim tygodniem pracy. Szatan tkwi jednak – jak zawsze - w szczegółach. W tym przypadku owym szczegółem była słoneczna aura i niezwykła, jak na marzec – temperatura.
Współczesna nauka jest zdania, że ludzie są stworzeniami stałocieplnymi i, jako takie - w odróżnieniu od np. muchy - nie powinny zapadać w zimowe odrętwienie. Ponadto nasza, środkowoeuropejska nacja miała dużo czasu na przystosowanie się do smętnej wegetacji w słocie i zimnie i porzucenie mrzonek o zbijaniu bąków pod palmą. Niby to wszystko prawda. Odnoszę jednak wrażenie, że gdzieś tam w zakamarkach naszych genotypów, tli się mimo wszystko wspomnienie afrykańskiej kolebki, gdyż wystarczy, że słupek rtęci powędruje w górę i natychmiast budzi się w nas przyczajona bestia. Bestia, która wraz z nadejściem ciepła musi i chce migrować! Chce migrować i chce wypoczywać.
Wiadomo, że odpoczynek jest ważny. Wiadomo również, że większość z nas najchętniej uwaliłaby się na plaży lub w kosodrzewinie. Problem jednak w tym, że zwykły weekend, to zaledwie dwa dni, Pendolino kosztuje, a przepustowość zwykłych dróg jest taka, jaka jest. Wybieramy się zatem tam, gdzie jest relatywnie blisko, czyli m.in. nad Biebrzę. Bo pogoda cudna, bo podobno dużo tych, no … ptaków, a i w telewizji jedna taka ładna pani mówiła, że koniecznie trzeba zobaczyć.
Żeby było jasne. Uważam, że parki narodowe są dla nas wszystkich i wszyscy mają prawo w nich przebywać. Nad Biebrzę ludzie przyjeżdżali odkąd pamiętam, czyli raczej od dawna. Kłopot polega jednak na tym, że kiedyś było ich tam jednak zdecydowanie mniej i przeważały osoby mające jakieś pojęcie o przyrodzie, czyli mniej inwazyjne. Od jakiegoś czasu zaczęło to się jednak zmieniać i teraz to jest już totalna masówka. W zasadzie brakuje jeszcze tylko straganów z drewnianymi łosiami i chińską tandetą i będzie jak na Krupówkach, albo w innej Łebie.
Jak już wspomniałem, to normalne, że w słoneczny dzień ludzie nie chcą gnić w mieszkaniach, tylko wolą ruszyć w plener. Szkoda tylko, że całe to zamieszanie odbywa się tuż obok lub wręcz wśród stad batalionów i innych płytkobrodzących, które powinny w spokoju najeść się do syta, zaszaleć z płcią przeciwną, zbudować gniazda lub polecieć dalej. 
Nie mam pojęcia, jak rozwiązać ten konflikt interesów (może ktoś z Was ma jakiś pomysł?). Nie da się przecież wprowadzić limitów, które obowiązują np. w przypadku wiosennych kajakarzy. Miejsca, o których piszę nie do końca podlegają parkowej jurysdykcji, więc w praktyce może tam wejść (i wjechać) każdy, kto zechce. 
Cała nadzieja w najmłodszej generacji, czyli w dzieciach z epoki procesorów. Te tylko z rzadka interesują się czymś, co nie jest ciekłokrystaliczne, więc - ciągle jeszcze zacofana technologicznie - Biebrza, większości z nich raczej nie przyciągnie.

PS. Poniżej widoczki. Na szczęście o tych porach dnia wycieczek, albo jeszcze nie ma, albo już nie ma.