O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

czwartek, 7 grudnia 2017

Jesienno-zimowego marudzenia ciąg dalszy, ale tym razem z pozytywnym (chyba) zakończeniem.

       Niby skończył się listopad i mamy już grudzień. Niby telewizory pełne są sztucznego śniegu, ponętnych elfic i niespełnionych aktorów z nadwagą, udających Mikołajów. Niby ulice polskich miast, miasteczek i co bogatszych wsi gminnych toną w psychodelicznej poświacie świątecznych dekoracji, a władcy galerii (tych bez sztuki) epatują kilkunastometrowymi, świerkopodobnymi ostrosłupami i reniferami żywcem wyjętymi z azjatyckich laboratoriów, specjalizujących się w GMO. Tylko co nam po tym, wygenerowanym cyfrowo, śnieżnym puszku, przerośniętych elfich samicach, neonach i inwazyjnych nadssakach, gdy za oknem - bądźmy szczerzy i nie strońmy od takich określeń - panuje wszechobecny, pogodowy syf? 
       Nie wiem, jak Wy, ale ja osobiście odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy Pani Aura zdaje się robić wszystko, by jedyną myślą, jaka opanowuje normalnego człowieka było to, by skończyć z tym wszystkimi i powiesić się w jakimś, miłym dla oka, miejscu. 
       Tak jednak może pomyśleć jedynie wspomniany "normalny" człowiek, ale nie twardy, jak polbruk przyrodnik, fotoamator i podmiejski survivalowiec w jednym. Nam (gdyż nieskromnie zaliczę się do tej kategorii) nawet podczas apogeum listopadowo-grudniowego - nomen omen - apogeum, myśl o wieszaniu się nie przemknie przez głowy nawet przez chwilę, co nie oznacza, że w ogóle omijają nas tego typu refleksje. Otóż nie omijają, tyle tylko, że my - Przyrfotsurvivaliści - nie chcemy - ot tak po prostu - założyć sobie sznurek (kogo? co?) na szyję i ... witajcie błękitne torfowiska! I o tym właśnie jest ten post.
      Osobiście w przeszłości nie raz, nie dwa i nie siedem, powodowany pogodową rozpaczą, targałem się na życie, ale zawsze, podkreślam: zawsze, w stylu kozaka z teleobiektywem w dłoni, a nie jakiegoś tam leszcza spod znaku snopowiązałki. 
       W debiutanckim podejściu do samozagłady postanowiłem wykorzystać śmiercionośne właściwości energii elektrycznej i w tym właśnie celu zanurzyłem się w wannie wypełnionej cieczą wraz z akumulatorkami wyciągniętymi z aparatu. Niestety nic z tego nie wyszło, prawdopodobnie z winny słabego przewodnictwa wody z olsztyńskiego ujęcia nr 1. Próby podpięcia bloku, w którym czasowo pomieszkuję, pod ujęcie nr 2, skończyły się sądem grodzkim i dożywotnim zakazem zbliżanie się do jakichkolwiek urządzeń służących do poboru wody w województwie warmińsko-mazurskim. 
       Druga próba była niejako pokłosiem mojego wykształcenia. Wiedza zdobyta podczas dwóch, długich lat nauki w olsztyńskim LO 1 o profilu humanistycznym, podsunęła mi pomysł na zejście z tego świata w stylu prometeuszowskim. W tym celu, przykułem się do podlaskiej brzozy (z braku skały, rzecz jasna!) i w pokorze czekałem na orliki grubodziobe, które miały mi rozszarpać wątrobę lub opcjonalnie (i niezgodnie z mitycznym przekazem) trzustkę. Niestety. Niewielka liczebność krajowej populacji tego gatunku będąca wynikiem m.in. zmian w preferowanych przez niego siedliskach oraz hybrydyzacji (czyli krzyżowania z orlikiem krzykliwym), jak również fakt, że ptaki te odlatują na zimowiska sprawiły, że po tygodniu bezskutecznego wypatrywania podrobożernych szponiastych, zmarzłem, zgłodniałem i - w rezultacie - dałem sobie spokój z antyczno-ornitologiczną autodestrukcją.
       Kolejny pomysł na spektakularne zejście z tego świat,  przyszedł mi do głowy w trakcie oglądanie dokumentu pt. "Most samobójców" traktującego o ludziach skaczących (w celu uzyskania śmierci) z mostu Golden Gate w San Francisco. Przebywałem wtedy - a jakże - na Podlasiu, gdzie o rzeki, kanały i mosty nietrudno, a że nie chciałem jeździć zbyt daleko, wybrałem najwyższą przeprawę w okolicy, w której wtedy aktualnie przebywałem. Uwierzcie mi, że rzadko się wzruszam, ale kiedy stanąłem na drewnianej, chwiejnej barierce, żałobne perły łez oprószyły mi rzęsiście rzęs warkocze. Patrzyłem przecież po raz ostatni na bezkresne połacie turzycowisk, na pokryte dziewiczą bielą bezlistne krawędzie brzezin, na bieliki kołujących nad starorzeczami, na łosze żerujące pośród wierzbowych łanów i pustaci łkanie. Patrzyłem ... a potem rozpostarłem ręce, niczym zuchwały samiec błotniaka zbożowego - skrzydła i ... skoczyłem ... 
       ... kiedy wygrzebywałem się z półmetrowej warstwy przemarzniętego mułu, wiedziałem już, że Kanałowi Kuwaskiemu baaardzo daleko jest do cieśniny Golden Gate i przy pomocy tej metody, to ja się raczej na Podlasiu nie zabiję, czyli muszę kombinować dalej.
       Ludzie Kochane, czego ja nie robiłem!? Trułem się jadem soczewicowo-sojowym (bo kiełbasy w domu, jak nie było, tak nie ma), kładłem się na (o czym nie wiedziałem) nieczynnych torowiskach, wdychałem gaz z zapalniczek jednorazowych, znieważałem czynnie mieszkańców byłych miast wojewódzkich, popijałem gorące ciasto zimnym mlekiem niewiadomego pochodzenia, wychodziłem z domu bez czapki i ... I nic! 
       W międzyczasie minął listopad, a potem grudzień. W styczniu musiałem zrobić przerwę w próbach samobójczych ze względu na nawał innych spraw i obowiązków, a w lutym ... a w lutym przyleciały żurawie, a i dzień stał się przyjemnie dłuższym.
       W tym roku postanowiłem odpuścić sobie wszelkie autozamachy, do czego i Was - o ile miewacie takie myśli - gorąco namawiam. Narobicie się tylko niepotrzebnie, stracicie czas i pieniądze, a i tak z samobójstwa ostanie się - li i jedynie - figa z koncesjonowanym makiem. Za dwa miesiące powrócą pierwsze ptaki i znowu będzie fajnie, a już na pewno fajniej, niż jest teraz. 

PS. Dla szczególnie zdesperowanych, tak jak obiecałem, kilka późnoletnich, świetlistych fotek.














     

poniedziałek, 27 listopada 2017

Okulary.

         Ten post (ale z innym tekstem) miał ukazać się wczoraj, choć tak naprawdę miał się ukazać w środę, ale nie mam już siły na szukanie usprawiedliwień. Problem w tym, że na przeszkodzie stanęła okoliczność natury subiektywnej o staropodlaskim imieniu Iwona. Kiedy bowiem poprosiłem rzeczoną okoliczność o recenzję tragihistorii nieszczęsnego, podlaskiego sierotka, ta stwierdziła autorytatywnie, że jest ona wyjątkowo ponura i absolutnie nie nadaje się do bloga o tematyce - było, nie było - radośnie przyrodniczej, a tak w ogóle, to idzie spać.
         I tak oto zostałem sam na sam z owym rzekomo ponurym tekstem i prawdę mówiąc nie bardzo wiedziałem, co począć. Pora była zbyt późna, by zaczynać wszystko od nowa, a na dodatek wredna szuja z telewizora przypomniała mi, że następnego dnia jest poniedziałek. W odruchu ostatecznej rozpaczy usiłowałem znaleźć zrozumienie u kota, ale ten, albo nie dorósł do mojej tzw. twórczości, albo - co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne - już dawno ją przerósł. Postanowiłem zatem odłożyć kwestię postu do rana mając nadzieję, że przyśni mi się coś, co będę mógł gracko przerobić na nową opowieść.
         Poniedziałkowy świt przywitał mnie kompletną amnezją w przypadku snów, całkowitym brakiem wszystkiego, co może kojarzyć się z tą porą dnia oraz tajemniczą karteczką wetkniętą za samochodową wycieraczką. W pierwszej chwili pomyślałem, że to liścik od rozkochanej w naszym aucie fanki czeskiej motoryzacji lub przejaw agresywnego marketingu lokalnej budy z zapiekankami. Byłem jednak w błędzie, gdyż karteluszek okazał się być zaproszeniem do siedziby Straży Miejskiej na spotkanie poświęcone zieleni w tkance miasta. Przyznaję, że ucieszyła mnie niezmiernie ta niespodziewana i intrygująca, pod względem sposobu dostarczenia, informacja. Z uwagi na lokalowe zamieszanie od ponad dwóch tygodni praktycznie nie miałem styczności z przyrodą, a tu proszę! Zaproszenie na interesującą konferencję, być może okazja do wygłoszenia porywającego wykładu, a już na pewno opcja darmowego obiadu w postaci szwedzkiego stołu po staropolsku. Cofnąłem się zatem do mieszkania po musznik i pojechałem.
         Dotarłem na miejsce nieco po dziesiątej i pierwsze co zauważyłem, to brak rozentuzjazmowanych tłumów, które zwykle towarzyszą tego typu mitingom. Pomyślałem jednak -  jako że przybyłem nieco spóźniony - że funkcjonariusze SM, uczeni i złakniona wiedzy gawiedź zapewne siedzą już w sali konferencyjnej. Przy wejściu podałem zaproszenie recepcjoniście i zapytałem grzecznie, gdzie odbywa się rzeczony kongres?
         Obiecywałem to solennie i wielokrotnie, ale tym razem wytatuuję to chyba sobie na twarzy czcionką Arial o rozmiarze 64! Od dziś mogę wyjść z domu bez butów i bez bielizny, ale nigdy już nie zapomnę o tych cholernych okularach.
       Generalnie bowiem większość informacji na karteczce się zgadzała. To znaczy zgadzała się, jeżeli chodzi o Straż Miejską i zieleń, gdyż reszta to już niekoniecznie. Gdybym miał wspomniane szkła, zapewne bez trudu przeczytałbym, że zaproszono mnie nie na sympozjum, a do uiszczenia mandatu za zdewastowanie zieleni miejskiej, co uczyniłem nieświadomie wjeżdżając jednym kołem na coś, co w zamierzchłych czasach PRL, nazywane było jeszcze trawnikiem. Jednym słowem, gdybym miał okulary, nie musiałbym robić z siebie idioty, paradując po mieście w muszniku, jak jakiś - nie przymierzając - Stuhr w "Wodzireju". I to tylko po to, żeby się najeść.
         Oczywiście przesadzam z tym tatuowaniem, ale faktem jest, że bez okularów bywa coraz ciężej. Poniższe zdjęcia łosi i niełosi obejrzałem dopiero kilkadziesiąt godzin po ich zrobieniu, gdyż oczywiście okulary zostawiłem w domu, a bez nich widzę tylko tyle, że jakieś tam fotki w aparacie są. Przez chwilę zastanawiałem się nawet nad zakupem kilkudziesięciu par jednorazówek, które mógłbym poukrywać wszędzie tam, gdzie planuję przebywać (stale lub czasowo) w trakcie następnej dekady, ale po namyśle stwierdziłem, że szkoda pieniędzy, gdyż i tak pewnie bym ich nie znalazł bo ... nie wziąłbym okularów.
        Tak, czy siak mam nadzieję, że blogowa absencja niedługo odejdzie w niepamięć, świty zaczną świecić, a kot zejdzie na ziemię i zacznie czytać moje posty.
 




























niedziela, 19 listopada 2017

Pięć zdań i jeden zamazaniec.

Chyba nigdy nie zaniedbywałem tak bloga, jak ostatnimi czasy. Usprawiedliwia mnie jednak fakt, że skupiam się bardziej na odcinku dewelopersko-wtórnomieszkaniowym i nie mam nawet czasu na przygotowanie zdjęć z października, a co tu deliberować o listopadzie.  Wstyd przyznać, ale mam też fotki z lata i wczesnej jesieni. Ponieważ jednak chronologiczność  nigdy nie była domeną tego bloga, w środę listopad, potem październik, potem lipiec itd. 
       Tymczasem, tak na szybko, ostatni zamazaniec z Warmii. 


wtorek, 7 listopada 2017

Listopad jest zły.

Tym razem kolejna porcja warmińskich jeleni. Oczywiście wszyscy wiemy, że czas ich miłosnych uniesień już dawno minął, ale ponieważ zostało mi jeszcze kilka fotek, żal było ich nie umieścić. Tyle tylko, że nie o jeleniach jest ten post. Ten post jest o miesiącu, którego zdecydowanie nie powinno być.
Pomimo tego, że urodziłem się w listopadzie jest to dla mnie czas przeklęty. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale kiedyś lubiłem te dni, gdy zmrok zapadał już o 16. Lubiłem wędrówki przyciemnionymi, mokrymi od deszczu uliczkami starego miasta w Olsztynie do miejsc, w których można było spotkać rozartyzmowanych kolegów i pogadać o tej, no … sztuce, a tak naprawdę o tym, gdzie można kupić piwo i która koleżanka jest w ciąży i z kim raczej nie. Czekałem na te dni z niecierpliwością, tak, jak … dziś czekam, by to cholerne, świetlno-pogodowe średniowiecze poszło wreszcie precz i, jeżeli nie może być teraz wiosny, to niech przynajmniej zacznie się grudzień ze śniegiem, mrozem i bezkarną rzezią ryb z rodziny karpiowatych. To jednak jeszcze kawał czasu, więc mam nadzieję, że jakoś to przeżyję i gdy dzień ponownie zacznie górować nad nocą, nie będę już znanym w dzielnicy wariatem, przemierzającym dzielnicę na wygrzebanych w śmietniku rolkach i mamroczącym coś o końcu świata wymodlonym przez sektę "Krotochwilnych Czcicieli Szatana" z Elbląga.
Moje obawy są tym bardziej uzasadnione, że kilka miesięcy temu gŁoś została wegetarianką. Co prawda nie dlatego, że – jak twierdzą hipsterzy - niejedzenie mięsa w Europie Wschodniej wpływa pozytywnie na lasy deszczowe w Ameryce Południowej, ale to w sumie nieważne. Ważne jest to, że siłą rzeczy również moje spożycie potraw, w których można odnaleźć jakikolwiek smak, spadło nieomal do zera.
I to jest niestety kolejny problem. Do tej pory dotrwanie do kolejnych wiosen zawdzięczałem podlaskim antydepresantom, medytacjom w pozycji „miotanego rzeczną bryzą kosaćca” i – przede wszystkim - pochłanianiu wieprzowiny. To właśnie witaminy oraz makro- i mikroelementy zawarte w świńskim tłuszczu, pozwalały mi zachować sprężystość mięśni, tężyznę ścięgien (albo odwrotnie) i, przede wszystkim,  pogodę ducha w te ponure - niczym sny ciężarnej właścicielki wytwórni mączek kostnych - listopadowe dni.
Na szczęście pewne znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tegoroczny listopad, a przynajmniej jego atrybuty, mogą skończyć się szybciej, niż zazwyczaj. Widać to w przyrodzie już od dłuższego czasu, chociażby po zwierzakach z rodzaju futrzastych. Czy tak rzeczywiście będzie? Tego oczywiście na 100% stwierdzić nie mogą, choć głosy w mojej głowie twierdzą, że jest to bardzo prawdopodobne. 

PS. Przepraszam za opóźnione odpowiedzi na komentarze, ale trochę się ostatnio działo, więc blog zszedł był na plan dalszy. 

PS.2. Z ostatniej chwili!!!!! 
Jeżeli jeszcze nie maci pomysłu na świąteczny prezent, to zapraszam na blog Leny http://kartkazbrulionu.blog.pl/2017/10/28/ciut-poezji-ciut-prozy/: