O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orlik krzykliwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orlik krzykliwy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2016

Sielanka.


Tym razem naszym najważniejszym celem wyjazdu nad Biebrzę nie było fotografowanie. Być tam jednak i kompletnie nic nie pstryknąć to, jak nie przymierzając, wejść do polecanego przez kierowców TIR-ów przydrożnego baru z golonkami i zamówić naleśniki z serem.
Nie chcę znowu marudzić, że sucho i że ptaków nie ma, więc ograniczę się tylko do lakonicznego stwierdzenia, że sucho i ptaków nie ma, przynajmniej tych związanych z wodą. Nad Biebrzą zaczął się czas intensywnych sianokosów, więc łosie i jelenie także zrobiły sobie wolne od modelingu i zalegają gdzieś w głębi sucharów. Co prawda gdybyśmy nie zarywali nocy i wstawali, jak ludzie przed świtem, zdjęć byłoby pewnie więcej, ale zarywaliśmy (no dobrze, ja zarywałem), więc efekt jest taki, jaki widać poniżej.
Przyznaję, że choć od lat nie mieszkam już na Podlasiu, cały czas urzeka mnie sielskość tej krainy i związany z nią rytm życia. Tam nie ma pogoni za pieniądzem i złudną, krótkotrwałą sławą w miejskim piekle. Tam czas pracy i odpoczynku wyznacza przyroda, a nie ułożony przez kogoś grafik godzinowy. Tam ze snu wybudza światło brzasku i melancholijne śpiewy powracających znad rzeki kłusowników, a nie dwie komórki z ustawioną funkcją drzemki.
Chciałbym jeszcze kiedyś pożyć tym właśnie rytmem i w tamtejszych okolicznościach przyrody. Wstawać rano i uśmiechem przyrządzać sobie śniadanie. Nie jakieś tam wymyślne danka rodem z dętych, warszawskich barów śniadaniowych, ale proste i sycące wiejskie jedzenie. Ot, dwie uczciwe pajdy komiśniaka z masłem i ćwiartką gotowanego na parze prosiaka. A do tego garniec mleka wymieszanego pół na pół z samogonem upędzonym na krzepkim cukrze z własnych buraków. A potem do pracy! Na łąki! Na sianokosy! Na grzbiecie przewiewna koszula, a w przewieszonej przez ramię torbie, drugie śniadanie i butla samogonu, gdyż nic tak nie gasi pragnienia w letni skwar, jak słoik schłodzonego w rzece bimbru. I tak od zarania, aż do południa, gdy nastaje krótki czas odpoczynku. Kładzie wtedy człowiek swe udręczone ciało w cieniu gruszy i pogryzając kłącze bielunia, spogląda leniwie na kobietę niosącą trojaki z gęsiną i tłustym twarogiem, hojnie zaprawionym słodką, wiśniową nalewką na samogonie. Zjadłszy, zasypia człowiek spokojnie, ale gdy tylko południowy skwar zaczyna ustępować miejsca skwarowi popołudniowemu, znowu rusza do pracy. Nie spieszy się jednak. Podnosi się godnie, powoli i wychyliwszy na szczęście kilka kwaterek samogonu, staje w łanie. I na powrót, hen nad ruń, wznosi się metaliczny śpiew kos i sierpów, zagłuszając skrzekot skowronków. I kładą się równymi rzędami pełniki, stokłosy, tymotki, jaskry, firletki i nowonarodzone sarny. I tak do wieczora, do czasu, gdy ostatnie promienie słońca znikną za brzeziną. Staje wtedy człowiek na miedzy i z wolna popijając samogon, patrzy na to, co uczynił przez cały dzień i serce mu się raduje.
A potem wraca człowiek do domu, na wieczerzę i na zasłużony sen. Może wreszcie usiąść pod starą lipą i pokrzepiając się sycącą, gorącą polewką z maślanki, samogonu, jarmużu i podwędzanej słoniny, pospoglądać na swoje obejście. Na dom, pamiętający jeszcze carską prohibicję z 1914 roku, na stodołę, w której suszą się nalewkowe zioła i na drewutnię, z której dobiega, kojący uszy, bulgot zacieru.
Ech! I byłaby to najsielańkowatsza na świecie sielanka, gdyby nie to, że następnego dnia znów o świtaniu trzeba ruszyć w łąki, więc człowiek się nawet jednego piwa napić nie może.

PS. Zgodnie z obietnicą, od dziś zaczynam podpisywać niektóre zdjęcia.



Łoś z jarzyną w pysku.


Boćki białe w deszczu w okolicach wsi Sojczyn Borowy.


Biebrza w pobliżu Białego Grądu.


Kośne łąki w Sojczynie Borowym.


Samiczka dzierzby gąsiorka.


Myszołów zwyczajny w niezwyczajnych Kapicach.


Goździk kartuzek.


Grążel żółty w rzece Jegrzni.


Orlik krzykliwy.




Pokląskwa.





Zając szarak (Paszteticus pyszatus).



poniedziałek, 29 czerwca 2015

O drapolach.


Tym razem porcja fotek ze skrzydlatymi drapieżnikami. Większość ma charakter dokumentacyjny, a to z kilku powodów. Po pierwsze nie fotografowałem szponiastych przy gniazdach, bo to mało legalne. Po drugie nie fotografowałem ich z czatowni, bo na to przyjdzie czas zimą. Pozostawał mi zatem tylko podchód/podjazd, a to proste niestety nie jest (dwie pierwsze metody zresztą, też nie). Zwrot „sokoli wzrok” nie wziął się przecież z niczego. Kogo, jak kogo, ale ptaki, zwłaszcza drapieżne, Natura wyposażyła we wszystkie niemal atrybuty, niezbędne do stania się mordercą idealnym, w tym w nadwzrok. 

Jeżeli przyjrzymy się ptakom drapieżnym, zauważymy, że w odróżnieniu od np. wróbla jego oczy są nieco bardziej przesunięte do przodu. Co to daje? Ano dosyć dużo. Wspomniany wróbel widzi monokularnie, czyli każdym okiem coś innego. Tymczasem taki np. sokół wędrowny potrafi patrzeć binokularnie czyli stereoskopowo, czyli mniej więcej, tak jak my. Ta umiejętność pozwala mu m.in. na precyzyjne obliczenie odległości od ofiary i takiż atak.

Kolejną, ważną cechą ptaków drapieżnych jest budowa ich oka. Konstrukcyjnie przypomina ono teleobiektyw z uwagi na dużą odległość soczewki od siatkówki. Oczy sokoła wędrownego powiększają obraz 6-krotnie, co odpowiada mniej więcej obiektywowi o ogniskowej 300 mm. Nie jest to może jakieś supertele, ale wystarczy, by w chwili rozpoczęcia ataku na np. gołębia grzywacza, przynajmniej przez chwilę, pozostawał poza zasięgiem jego wzroku.

Albo sępy. Kiedyś zastanawiałem się, jak to się dzieje, że chwilę po skutecznym ataku lwa, wokół niego i jego ofiary, wykwita wianuszek zachwyconych takim obrotem sprawy, padlinożerców. Otóż pomijając fakt, że urocze te stworzenia śledzą czasem naziemne drapieżniki, źródłem ich sukcesu jest właśnie ponadnormatywny wzrok. Ptaki te krążąc na pułapie nawet kilku tysięcy metrów, nie tylko ogarniają nim olbrzymią przestrzeń, ale na dodatek doskonale potrafią odróżnić przepyszne ścierwo, zabitego przed tygodniem, guźca od porzuconego przez Tuaregów gumowca (o ile oczywiście ci dumni synowie pustyni chadzają w gumowcach).

Takie przykłady można mnożyć prawie w nieskończoność. Zasadne zatem jest pytanie, co ma zrobić nieszczęsny fotoamator, żeby mimo wszystko trzaskać portrety szponiastych, bez konieczności wspinania się na drzewa lub wielogodzinnego czatowania w budach? No cóż. Może liczyć na tzw. fart lub spróbować pokonać ptaka jego własną bronią, czyli użyć lepszego teleobiektywu. Problem jednak w tym, że cwany drapol ma sprzęt za darmo, a my musimy za niego słono zapłacić.
















poniedziałek, 7 lipca 2014

Fotoporady.



Pisałem już o tym, jak rozpoznawać ptaki i jak przetrwać w Dolinie Biebrzy. Tym razem pozwoliłem sobie przygotować krótki leksykon poświęcony fotografii.

Cz. I. Gadżety

Akumulatorki. Warto mieć i dobrze, jeżeli są naładowane. Co prawda psychiatrzy radzą by czasem dać upust narastającemu w nas stresowi i wykrzyczeć swoje frustracje, jednak niekoniecznie należy to robić w pięknych okolicznościach przyrody, gdy okazuje się, że cholerny akumulator padł.
Aparat fotograficzny. Na Podlasiu powiadają, że to nie aparat robi zdjęcia. Niby prawda, ale z drugiej strony spróbujcie zrobić dobre zdjęcie bez aparatu. Albo bez obiektywu.
Duży plecak fotograficzny. W terenie mało przydatny. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie takiego kloca tachał po krzakach. Co innego wernisaże fotografii przyrodniczej, imprezy okolicznościowe w Biebrzańskim PN i tego typu wydarzenia. W takich okolicznościach jest to przedmiot obowiązkowy, podobnie jak wskazujące na profesjonalistę ciuchy maskujące i broda.
Karta pamięci. Już sama nazwa wskazuje, że jest to element wyposażenia, o którym najczęściej zapominamy wychodząc w plener. Oczywiście samo robienie „pstryk” pustym sprzętem daje dużo radości, jednak uniemożliwia podzielenie się naszymi obserwacjami z tymi, którzy nie zdążyli dać nogi z domu przed naszym powrotem z terenu.
Monopod/statyw. Rzeczy absolutnie niezbędne! Ten pierwszy jest niezastąpiony gdy usiłujemy wymacać grunt na bagnach lub opadną nas wiejskie psy. Ten drugi doskonale nadaje się do zawieszania kociołka z zupą nad ogniskiem.
Pasek od aparatu. Służy głównie do złośliwego zahaczania o uchwyt hamulca ręcznego, gdy chcemy szybko zrobić zdjęcie z okna samochodu.
Pokrętełko. Każda lustrzanka wyposażona jest w pokrętełko. Z grubsza służy ono do tego, by coś tam na nim ustawić, z czego i tak najczęściej wybieramy AUTO lub literkę P. Zdarza się jednak, że w czasie podróży pokrętełko przestawia się samoczynnie (lub zostaje przestawione przez naszego kolegę – kawalarza) na inną pozycję. Oczywiście aparat dalej będzie robił „pstryk”, ale dobrych zdjęć już nie.
Przenośna czatownia. Jak sama nazwa wskazuje służy głównie do przenoszenia jej z miejsca na miejsce, gdyż fotografować z niej się nie da.
Samochód. Niezbędny do przewożenia fotograficznych gadżetów oraz zapewniania zarobku lokalnym traktorzystom.
Ubranie maskujące. Absolutnie niezbędne! Co prawda na otwartym terenie jesteśmy w nim tak samo widoczni, jak w stroju, w którym brylujemy na dancingach, ale przynajmniej nikt nas nie weźmie za jakiegoś, pożal się Boże, amatora. 
Wodery. Jedyne obuwie, w którym możemy się bez wstydu pokazać nad Biebrzą. Tłumaczenie, że jest susza, wody brakuje nawet w rzece, a w woderach jest nam straszliwie gorąco i niewygodnie, jest po prostu śmieszne i trąci amatorszczyzną.

         To oczywiście zaledwie ułamek tego, co powinniśmy wiedzieć i posiadać, by stać się profesjonalnym fotografem przyrody lub - i to jest tak naprawdę najważniejsze - przynajmniej na takiego wyglądać. O samej sztuce skutecznego fotografowania przyrody napiszę w II części leksykonu.