O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozioł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozioł. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 września 2018

Rekord.


            Dziś krótko, gdyż sezon zwierzęco-warzywno-owocowy w pełni i na nic nie ma czasu. Brakuje go nawet na przygotowanie aktualnych fotek, więc tym razem niepublikowane piksele z tegorocznego przełomu lata i jesieni.

PS. Tak na marginesie, wczoraj pobiliśmy nasz własny rekord terenowego prawiesamounicestwienia. Bicie witppw. (wyżej i trochę po prawej wymienionego) rekordu rozpoczęliśmy uroczystą pobudką o 4.00, a potem było już z warmińskiego pagóra. O 5.00 wylądowaliśmy w ciemnym - niczym sumienie tzw. wnuczka - lesie, gwarnym od tanich popisów byczych osiłków na naturalnych sterydach. Pospacerowaliśmy, pooddychaliśmy świeżuteńkim azotem, coś tam pstryknęliśmy i ruszyliśmy w stronę oddalonego o 60 km rozlewiska, gdzie dotarliśmy około 9.00 czasu północno-wschodniopolskiego. Oczywiście nie była to najlepsza godzina na fotografowanie, ale też nie ono było naszym celem. Celem naszym był budowa drugiej budy, gdyż z uwagi na intensywne procesy ewaporacji, pierwsza stała się rozlewiskową, li i jedynie tylko z nazwy i - jako taka - musi zostać zlikwidowana.
            Żeby trafnie i efektywnie osadzić nowy obiekt, zmuszeni byliśmy obejrzeć pierwszy ze zbiorników ze wszystkich stron, co zważywszy na temperaturę powietrza, rozmiar rzeczonego bajora oraz bujną roślinność porastającą jego brzegi nie było czynnością, o której chce się marzyć, a tym bardziej śnić.
            Tak czy siak, poczynione prace inwentaryzacyjne (geologiczne, fitosocjologiczne oraz ornitologiczne) uświadomiły nam, że jest słabo i chyba jednak powinniśmy umiejscowić czatownię na skraju sąsiedniego zbiornika (dla zmyłki nazywanego przez nas, numerem dwa), na którym to zbiorniku ostatni raz byliśmy przeszło trzy lata temu. Trzy lata, to może nie wiek, ale - jak się okazało - wystarczająco długo, by Pani Przyroda mogła sobie nieco zaszaleć. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Ptaki pływały, latały i było ich relatywnie od cholery. Problemem był tylko, okalający bajoro, pas trzcin, który wymknął się nieco spod kontroli P. Przyrody, co oznaczało konieczność wycięcia w gęstym - niczym dobry gulasz lub budyń - trzcinowisku ścieżki o długości 20-30 metrów. Pozornie niewiele, ale kto kiedykolwiek wycinał, ten wie w czym rzecz. Stwierdziliśmy jednak, że co tam? Mus, to mus, więc chlastamy! Mniej więcej po minucie maczetowego żniwowania natrafiliśmy jednak na coś, co przypominało skomplikowaną infrastrukturę drogową w kraju nienachalnie rozwiniętym, czyli plątaninę wygodnych ścieżek wiodących we wszystkie, znane nauce, kierunki. Z jednej strony byliśmy bardzo ukontentowani, gdyż odwalono za nas 90% katorżniczej roboty, z drugiej jednak dotarło do nas, że trzcinowisko jest zamieszkane przez istoty rozumne zwane dzikami i na dodatek jest ich nieco więcej, niż akceptowana przez nas w jednym miejscu liczba dumnych przedstawicieli nieudomowionej nierogacizny. Jako, że do czatowni wchodzimy zazwyczaj nocą, musieliśmy przyjąć, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo notorycznego obijanie się o szczeciniastych tubylców, co raczej nie napawało nas przesadną radością, jako że odwykliśmy już od intensywnych kontaktów towarzyskich.
            Z braku laku i z nadmiaru zdrowego rozsądku postanowiliśmy wrócić nad zbiornik nr 1, gdzie załadowawszy materiały budowlane na umęczone plecy po raz wtóry powlekliśmy się przed siebie, szukając w miarę prostych kijków fundamentowych, wody, ptaków i odpowiedniego miejsca ... które - ku naszemu zdumieniu - znaleźliśmy około godziny 13.
            Potem poszło już z płatka i o 15.15 (lub o 15.16) - czyli 11 godzin i kwadrans (lub troszeczuńkę więcej) po pobudce - buda była gotowa. Buda?! Caserta, Peterhof i Fontainebleau w jednym! Przestronna tak, że i czwórką świń obrócisz! Pięć otworów na dwa obiektywy! Dach! Podłoga z trzciny i z wierzby! Naturalna klimatyzacja! Brakowało chyba tylko inkrustowanej macicą półeczki na kałszyk, bursztynu na ścianach, izby czeladnej i atrium.
            Do domu wróciliśmy o 17.00, zjedliśmy śniadanie i zemdleliśmy dystyngowanie na łóżko, gdyż na świętowanie rekordu żadne z nas nie miało choćby pół niutona siły o czym najdobitniej świadczy fakt, że śniadając najadłem się do syta ... miską zupy. Zupy! Miską! Ja!

PS.2. Beato Kurowicko! To nie jest marudzenie! To jest relacja!

PS.3. Wratisko, podaj mi raz jeszcze swój adres.



















wtorek, 2 sierpnia 2016

Subiektywna recenzja przewodników do rozpoznawania ptaków.



Ostatnio jeden ze znajomych powiedział mi, że jego 7-letnia córka interesuje się ptakami i niestety wygląda na to, że nie jest to tylko dziecięca, tymczasówka. No to – pomyślałem – masz chłopie poważny kłopot!


        Wszyscy doskonale wiemy, że grzeczne i kochające rodziców dzieci powinny skupiać się tylko i wyłącznie tym, co za jakiś czas przyniesie wymierne korzyści materialne! Takie pożyteczne zainteresowania zamieniają się z czasem w intratną profesję, dzięki której dziecko wspomoże ojca, gdy okaże się, że emerytura plus dochody z fordanserki wystarczają temu czcigodnemu starcowi tylko do trzeciego, tego samego miesiąca. I właśnie dlatego bardziej kochamy dzieci interesujące się notariatem, estetyczną chirurgią plastyczną, gazownictwem łupkowym, piłką nożną (w hiszpańskim klubie, a nie na podwórku) czy hurtowym handlem czymkolwiek. Bądźmy szczerzy! To są właśnie te wspomniane, pożyteczne hobby, a nie obserwacja jakiś tam durnych ptaków, po której można mieć co najwyżej odciski w oczodołach!
Dlatego jeżeli podczas spaceru zauważycie, że dziecko z zaciekawieniem przygląda się gołębiom, mazurkom, sikorkom itp. i, na domiar złego, zaczyna zadawać pytania – reagujcie natychmiast! To na szczęście dopiero początek choroby, więc istnieje szansa na zwalczenie wirusa. Najważniejsze to, jak najszybsze, odseparowanie gówniarza od ptaków, co jednak, że nie jest takie proste, gdyż w Polsce awifauna jest praktycznie wszędzie. To, jak do tego podejdziecie, zależy od, posiadanych przez Was, środków finansowych. Jeżeli jesteście obrzydliwie zamożni, sprawa jest stosunkowo prosta. Szybka lobotomia w jakimś wschodnioazjatyckim, chirurgicznym raju i po ornitologicznym kłopocie. Zakładam jednak, że nie jesteście milionerami, ale coś tam macie odłożone, więc też nie jest źle. Zawsze możecie wysłać dziecko do szkoły z internatem na jakiejś bezptasiej wyspie i liczyć na to, że po jakimś czasie ptaki wyfruną mu z głowy.
Co jednak zrobić, gdy Wasza pensja jest, jaka jest i żadne operacje i wyjazdy nie wchodzą w grę? No cóż. Możecie spróbować bicia, ale to raczej nie przynosi pożądanych rezultatów, a na dodatek dzieciak może oddać. Uważajcie też na „życzliwych” znajomych, którzy będą doradzać Wam wizytę u psychologa. Musicie bowiem pamiętać, że większość tych, tzw. „terapeutów” wmówi dziecku, że to wszystko Wasza wina, więc po kilku sesjach z takim szarlatanem, raczej nie macie co liczyć na dofinansowanie w przyszłości zakupu kleju do protez.
Jeżeli zatem nie macie pieniędzy, nie realizujecie się w biciu i nie ufacie psychologom, to nie pozostaje Wam nic innego, jak pogodzić się z losem i zaakceptować nieszczęście, które na Was spadło. A jak już to zrobicie, to ... postarajcie się przynajmniej, żeby dziecko przeistoczyło się w ornitologa z prawdziwego zdarzenia!

I właśnie teraz, po tym krótkim wstępie, chciałbym przejść do meritum, czyli do wnikliwego omówienia tytułowych przewodników do rozpoznawania ptaków.
Nie oszukujmy się. Jeżeli ktoś chce zostać skutecznym ptakolubem, musi posiadać takie coś w swojej domowej biblioteczce. Problem jednak w tym, że większość tego typu wydawnictw nie jest warta nawet i pół funta zajęczych kłaków. Dotyczy to zwłaszcza książek, w których nie ma ilustracji, a jedynie - zdjęcia.
Moim zdaniem jedyne (polskojęzyczne) i godne polecenia przewodniki, to te poniżej. Są wśród nich pozycje starsze i te najbardziej aktualne. I jedne i drugie są (według mnie oczywiście) dobre, więc jeżeli potomek do tej pory jeszcze nie zmądrzał (a Wy nie wygraliście w gry liczbowe) - kupcie mu któryś z nich!








        A poniżej to, co udało nam się spotkać podczas jednej z przedwieczornych wycieczek.


Samiec sarny trzcinowej.



Łabędzie nieme.






Dzierzba gąsiorek.


Warmińska Myszka Miki (wersja fit).



Po prostu zając.





środa, 2 marca 2016

Sarny z pól.




Dawno, dawno temu (czyli tak mniej więcej przed wiekiem) część, obdarzonych awanturniczą żyłką, saren postanowiła opuścić leśne ostępy i osiedlić się wśród uprawnych pól. Muszę przyznać, że ta decyzja zasługuje na duży szacunek. Trzeba przecież mieć w sobie to coś, żeby porzucić wygodne, leśne życie i wzorem pierwszych kolonizatorów, ruszyć przed siebie w poszukiwaniu Nowego Świata.

O dziwo, ten ważny dla rozwoju sarniej polityki kolonizacyjnej cywilizacji krok, powiódł się całkowicie i tak narodziła się bohaterka tego postu, czyli sarna polna.

Wspomniana sarna, to jeden z dwóch ekotypów czy inaczej - form ekologicznych tego samego gatunku. Drugi, to jak się łatwo domyśleć – sarna leśna, czyli bardziej zachowawcza części sarniej populacji.

Polna forma sarny, to ciekawa postać w kontekście tego, co dzieje się w krajobrazie rolniczym. O ile szereg gatunków nie wytrzymało narastającej presji intensyfikacji rolnictwa, o tyle ona poradziła sobie z tym wyśmienicie. Ba, sarna polna wręcz preferuje tereny o wysokim poziomie kultury rolnej. Z tego właśnie powodu, choć występuje prawie wszędzie, najczęściej można spotkać ją na regionach położonych na zachód od linii Wisły.

Efektem sarniego exodusu była nie tylko zmiana środowiska życia. Po upływie lat zauważono również pewne różnice fizjologiczne, anatomiczne i behawioralne. Sarny polne są z reguły cięższe od swoich leśnych koleżanek, zaś kozły mogą poszczycić się większą masą parostków, o nieco jaśniejszej barwie. To ostanie wynika z braku możliwości wycierania ich o drzewa (olchy, dęby), których soki powodują charakterystyczne, ciemne zabarwienie.

Kolejna kwestia dotyczy zachowań społecznych, co najlepiej uwidacznia się w okresie zimy. O ile bowiem sarna leśna to raczej samotnik, który tworzy jedynie luźne grupki towarzyskie, o tyle jej polna forma, w miesiącach zimowych, to typowe zwierzę stadne. W niektórych regionach Polski np. w Wielkopolsce, spotykano rudle liczące nawet do stu osobników. Z czego to wynika? Przede wszystkim z braku naturalnych kryjówek, które zwierzęta muszą rekompensować zbiorowym czuwaniem.

I wreszcie najważniejsze, czyli pokarm. Sarna leśna preferuje przede wszystkim liście i pędy drzew, krzewów i krzewinek, zioła oraz różne gatunki traw. A polna? A polna stała się w pewnym sensie naszym konkurentem przy stole, gdyż jej dieta składa się głownie z tego, co znajdzie na polach uprawnych.

Wszystko to pokazuje, że sarna polna ma przed sobą świetlaną przyszłość w świecie zawłaszczonym przez człowieka. Tak, jak napisałem wcześniej, wiele gatunków zwierząt musiało opuścić zagospodarowywane tereny, tak jak np. cietrzew lub wręcz wyginęło, jak drop. A tymczasem sarna polna żyje sobie w najlepsze i już nie może się doczekać, co też smakowitego pojawi się w tym roku na jej ulubionych polach.

PS.1. Na zakończenie taka mała ciekawostka. Choć parostki to zdecydowanie domena kozłów, zdarzają się przypadki, że szczątków poroże nakładają również kozy. Zastanawiam się tylko po co?











środa, 30 października 2013

Widziane zza trzcin. Cz. ostatnia?



Świeci jeszcze słońce, ale niestety, zdaniem wszystkich portali pogodowych, taki stan nie potrwa zbyt długo. I jak tu iść w teren na poszukiwanie tych co skaczą i fruwają? Nijak. Taka pogoda to jednak dobry czas na przejrzenie tego, co zrobiło się w lepszych okresach, a co, z jakiś powodów zostało pominięte. Zdjęcia poniżej to kompilacja tego co udało mi się spotkać tej i ubiegłej jesieni i prawdopodobnie jest to już ostatnia w tym roku porcja widoków zza jeszcze niezaśnieżonych trzcin.
Tak swoją drogą nadchodząca zima to nieliche wyzwanie, dla kogoś kto usiłuje w miarę regularnie zamieszczać posty. Trzy czwarte fotografowanych przeze mnie stworzeń przebywa na wywczasach w ciepłych krajach, a nie mam pewności czy coś ciekawego przyleci z północy. Ponieważ do tej pory praktycznie nie robiłem zdjęć zimą, nie jestem też do niej przygotowany tekstylnie (chodzi mi oczywiście o kamuflaż). Dlatego też będę zmuszony improwizować w ramach tego co posiadam, a nie jest tego niestety za wiele. Pocieszam się jednak, że mknąc po polach i lasach w wizytowej, białej koszuli, kalesonach z demobilu i gumowcach wypożyczonych z mleczarni, zdjęć może nie zrobię, ale na pewno zapadnę w pamięć niejednemu spacerowiczowi!