W tym poście chciałbym opisać nasz typowy, zdjęciowy
dzień w Dolinie Biebrzy. Ponieważ ufam, że zawarte w nim informacje
mogą zainteresować młodych adeptów fotografii przyrodniczej, postanowiłem zrobić to w sposób, jak najbardziej dokładny, zatem przygotujcie się na najdłuższy
tekst w mojej, blogerskiej karierze.
3.00 – Smartfon gŁosia rozbrzmiewa odgłosami drobiu, idącego na rzeź, czyli ... pobudka. W trakcie
każdej wyprawy fotograficznej wstajemy półtorej godziny przed wschodem słońca.
Potrzebujemy czasu, by przygotować sprzęt, dokonać podstawowych
ablucji, zaparzyć kawę, zwinąć barłóg, porozmyślać o bezsensie wegetacji
we współczesnym, zdemoralizowanym świecie, itd.
4.00 – Ruszamy w plener. Ponieważ zwykle śpimy
w samochodzie, dotarcie na miejsce zabiera nam zaledwie kilka chwil. Czekając na wschód słońca popijamy wrzącą mokkę, medytujemy i zastanawiamy się,
po jaką cholerę wstaliśmy tak wcześnie, skoro spokojnie można było pospać
jeszcze pół godzinki.
4.20 – Brzask. Jest oczywiście
w dalszym ciągu zbyt ciemno na zdjęcia, czekamy zatem dalej, kontynuując zastanawianie się po
jaką … itd.
4.30 - Wstaje świt, pojawia
się światło i możemy zacząć fotografować.
4.31 – Rozpoczynamy fotografowanie
właściwe. Światło jest idealne, więc pstrykamy, ile
wlezie.
4.35 – O tej porze
(zwanej przez profesjonalistów - poświtem) światło zaczyna się powoli psuć, ale w dalszym ciągu da się
pstrykać, więc jeżeli cokolwiek żywego znajduje się w zasięgu naszych obiektywów –
trzaskamy fotki.
4.40 – Poświt gwałtownie
przechodzi w fazę tzw. popoświtu, czyli - innymi słowy - dolinowe słońce operuje już w
najgorsze, przepalając większość wszystkiego. To czas, kiedy należy powoli kończyć
fotografowanie.
4.41 – Finisz fotografowania
właściwego. Można odłożyć sprzęt, wyjąć ekwipunek gastronomiczny i przystąpić
do przygotowania śniadania (relacja wkrótce).
5.20 – Dojadamy resztki,
dopijamy zlewki i pakujemy do bagażnika cały kuchenny majdan wraz z zapasami.
5.21 – Po raz pierwszy pojawia się rozpaczliwa myśl pt. „Co będziemy robić do 17.30,
czyli przez kolejne dwanaście godzin?”
5.26 – Czternasty w ciągu pięciu minut spoglądam na zegarek i chwilę później mam
pierwszy atak ADHD. Na szczęście łagodny.
5.29 – Zaczynam zastanawiać
się, czy to aby nie czas na drugie śniadanie, ale gŁoś (zwykle żarłoczna) oznajmia, że nie jest głodna. Uśmiecham się łagodnie, ale zapamiętuję!
5.39 – Postanawiam przejść
się po okolicy.
5.40 – Ale po co, skoro cały
teren znam, jak własną kieszeń, więc raczej nic nowego nie zobaczę.
5.43 – Na niebie, ani
jednego obłoczka, słońce w natarciu, a wszystko co żywe i rozsądne zalega w krzakach.
5.44 – Usiłuję przypomnieć
sobie choć jeden podręcznik savoir-vivre`u, w którym napisano by, że pierwszego drinka gentelman może wypić tuż po piątej nad
ranem.
5.47 – Chyba jednak nie ma takich podręczników.
5.50 – Zrozpaczony postanawiam się
zdrzemnąć.
5.56 – Ale nie mogę
zasnąć.
6.07 – Ponownie sprawdzam,
ile czasu zostało do 17.30 i mam kolejny atak. Tym razem silny. Bardzo silny.
6.08–13.00 – Kompletnie nie wiem, co
działo się w trakcie tych kilku godzin, ale gŁoś sprawia wrażenie, jakby się mnie trochę bała. Chyba powinienem porozmawiać z psychiatrą, ale jak zwykle w takiej sytuacji, żadnego nie ma w pobliżu.
13.01 – Na szczęście nadciąga pora obiadowa.
Wyciągamy kuchenne graty, zapasy i przystępujemy do gotowania, czyli - tak naprawdę - do podgrzewania
gotowców.
13.15 – Decyduję, że
następnym razem nie zabiorę niczego gotowego, gdyż 14 minut, to stanowczo zbyt mało, żeby zabić czas. Odtąd zawsze będę zabierał w teren, wyłącznie sadzonki warzyw i nienarodzone prosięta.
13.25 – W połowie jedzenia
wpadam na genialny, w swej prostocie, pomysł. Postanawiam, zgodnie z
zaleceniami dietetyków, przeżuwać każdy kęs przynajmniej 20 razy. Biorąc pod
uwagę, że w resztce mojej porcji „Kociołka Cygańskiego” znajduje się jeszcze 697
ziaren kaszy (nie licząc mięsnych kłaków), daje to w sumie 13940 ruchów szczęką.
Zakładając, że każdy taki ruch zajmuje około sekundy, zjedzenie obiadu zajmie mi
prawie 4 godziny!
17.28 – Kończę przeżuwanie ostatniej
jaglanej kuleczki, a w międzyczasie słońce zaczyna stawać się coraz bardziej przyjazne.
17.30 – Rozpoczynamy drugą
fazę fotografowania właściwego. Łazimy po terenie, który z daleka wygląda, jak ekstensywne pole golfowe, ale z bliska okazuje się grzęzawiskiem. Zwierzaki na szczęście dopisują, więc jest dobrze.
20.00 – Zachód słońca rządzi! Tyle, że krótko. Trzaskamy
szybkie landszafciki, ładujemy się do auta i ruszamy do miejsca, gdzie będziemy
nocować.
20.30 – Rozpalamy ognisko,
przygotowujemy kolację dla gŁosia (ja mogę tylko pić, gdyż dramatycznie łamie mnie w żuchwie) i mościmy barłóg.
22.30 – Granat nieba, księżyc i konstelacje. Gdzieś na zewnątrz, cicho i niespiesznie, dokazują nocne bagnostwory. Jest ciepło. Ciało rozkosznie drętwieje, zmęczona długim dniem głowa przylega do miękkiej podusi, a z zakamarków mózgu wypełzają pierwsze senne mary ...
22.32 – Za stworzenie komarów Pani Przyroda powinna dostać podwójne dożywocie w najstarszym skrzydle barczewskiego więzienia!! Byłem przekonany, że wytłukłem je wszystkie, ale ewidentnie kilkadziesiąt sztuk tego, cholernego badziewia musiało zadekować się gdzieś w czeluściach bagaż ... sypialni. Zaspany wygrzebuję się z barłogu, zapalam latarkę i zaczynam zabijać.
22.32 – Za stworzenie komarów Pani Przyroda powinna dostać podwójne dożywocie w najstarszym skrzydle barczewskiego więzienia!! Byłem przekonany, że wytłukłem je wszystkie, ale ewidentnie kilkadziesiąt sztuk tego, cholernego badziewia musiało zadekować się gdzieś w czeluściach bagaż ... sypialni. Zaspany wygrzebuję się z barłogu, zapalam latarkę i zaczynam zabijać.
22.40 – Zabijam i zabi ...
3.00 – W mózg wwierca mi się rozpaczliwy skowyt krzywdzonego kapłona. Zaczyna się kolejny, fotograficzny dzień.
3.00 – W mózg wwierca mi się rozpaczliwy skowyt krzywdzonego kapłona. Zaczyna się kolejny, fotograficzny dzień.


















