O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goldeneye. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goldeneye. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2016

Dlaczego nie ma filmów o ornitologach?


Teoretycznie od przedwczoraj mamy kalendarzowe lato, choć odnoszę wrażenie, że ta pora roku zaczęła się już gdzieś pod koniec lutego. Co prawda w dalszym ciągu część meteorologów i inny –ogów twierdzi, że te anomalia pogodowe, to nic innego, jak tylko przejściowe trudności, ale chyba jednak czas przyznać, że tzw. globalne ocieplenie staje się faktem.
Na Wyborcza.pl (http://wyborcza.pl/1,75400,20251805,pierwszy-gatunek-ssaka-wymarly-przez-globalne-ocieplenie.html) (odpierając wiadome zarzuty dodam, że tę informację można znaleźć również na Wprost.pl, w Wikipedii, na Newsweek.pl itp.) przeczytałem, że odnotowano już pierwszy przypadek wymarcia gatunku ssaka, bezpośrednio powiązany z ociepleniem klimatu. Chodzi tu o niejakiego szczurzynka koralowego - australijskiego endemitę, który zamieszkiwał jedną z wysepek u wybrzeży tego kontynentu. Naukowcy są zdania że to, wywołane ociepleniem, podniesienia się poziomu wód otaczających wyspę, doprowadziło do zniszczenia siedlisk lub wręcz zatopienia wszystkich przedstawicieli tego gatunku. Przyznam, że choć nazwa zwierzaczka nie jest mi szczególnie miła, zrobiło mi się jakoś nieswojo. Nie dlatego, że - jak podejrzewam - jestem następny w kolejce (jako uczulony na upały, a nie jako endemita!), ale dlatego że na naszych oczach, science fiction zaczyna zmieniać się w science i  to kosztem, Przyrodzie ducha winnego, szczurzynka!
Przepraszam za ten przydługi wstęp. Post jest w założeniu o ornitologach w kinematografii (a raczej o ich braku), ale temperatura za oknem samoistnie wypociła ze mnie tych parę zdań.
Wracam zatem do ornitologów i filmu. Pomyślałem sobie kiedyś, że niezależnie od epoki, dzieciaki najchętniej czerpią wzorce życiowe z szeroko pojętych mediów i nie ma znaczenie, czy były to malowidła naskalne, czy akutualnie jest to internet. Kiedyś (czyli bardzo, bardzo dawno temu), gdy mieszkałem jeszcze na Podlasiu, TVP od czasu do czasu raczyła emitować zagraniczne produkcje filmowe. Wiekszość z nich kompletnie nas nie interesowała (bo kto z Was chciałby w tym wieku oglądać "Przeminęło z wiatrem"?), ale już na takiego np. Tarzana z Johnnym Weissmuller`em w roli głównej, czekaliśmy z bolesną niecierpliwością. Zaraz po seansie, zbieraliśmy się wszyscy pod dębem, który rósł w centrum miejscowości i zaczynała się zabawa w człowieka z dżungli. Każdy chciał był Tarzanem, nawet za cenę połamania rąk i nóg. Nie nauczycielem, nie szewcem i nie cybernetykiem (młodszym wyjaśniam, że to taki średniowieczny informatyk), ale właśnie Tarzanem lub w ostateczności jego małpą Beta. To samo z resztą było po filmach o Zorro, o Winetou, po Czterech Pancernych, a nieco później, po Brusieli.
Dlatego właśnie pomyślałem, że fajnie byłoby, gdyby któraś z wytwórni filmowych (byleby tylko nie polska) nakręciła film o przygodach Ornitologa. Ale nie jakiegoś ciamajdy z brodą i lornetką, tylko Ornifajtera z krwi, osocza i, twardych, jak Ojcowska Maczuga Herkulesa, tricepso-kości. Takiego, co to i ptaka rzadkiego wypatrzy i wrednemu handlarzowi ar nakopie do (za przeproszeniem) dupy. 
Bo przecież czegoś takiego, na filmowym rynku, praktycznie nie ma, a być powinno! Pomijając film "Wielki rok" (ale tam również ornitolodzy, to raczej ofermy) praktycznie niczego więcej, z heroptasiarzem w roli głównej, nie znalazłem. No dobrze, są archaiczne "Psy wojny" z Christopherem Walkenem, ale,  po pierwsze, epizod ornitologiczny trwa tam bardzo krótko, a po drugie grany przez tego aktora bohater nie jest ornitologiem prawdziwym. Jest "Ptasiek" Alana Parkera, ale to przecież film nie o megaornitologu, ale o postwietnamskim kłopocie i jest "Kes", który co wrażliwsze jednostki doprowadzi do permanentnej (i pewnie dziedzicznej) depresji. Śliwką na biszkopcie byłyby zapewne polski film z 1958 r. pt. "Orzeł", ale to akurat jest zmyłka, gdyż ten film nie traktuje o królu padliny, a o okręcie podwodnym w mało ornitologicznych okolicznościach II Wojny Światowej.
Reasumując, myślę sobie, że gdyby coś jednak takiego nakręcono, byłaby to szansa na to, że szeregi ornitologów zasililiby nowi, ambitni adeptów. Chciwi sławy i spektakularnych dokonań na niwie zoologii. Rządni mołojeckiej, ptasiarskiej sławy, a nie tylko wielopunktowych publikacji. Wbrew pozorom to nie jest takie głupie. Podobno po wejściu do kin "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" drastycznie zwiększył się nabór na kierunki związane z archeologią, a po Doktorze House`ie - na medycynę.
Tymczasem z braku laku, polecam fragment filmu pt, "Rewizja osobista" . Może nie końca traktuje o ornitologii, ale na filmowym bezptasiu i Maklakiewicz - orłan! https://www.youtube.com/watch?v=u3PnB2uYD90.                                      

PS. Oczywiście czujny czytelnik natychmiast zauważy brak w tej mikrowyliczance "Ptaków" Hitchcocka. Tyle tylko, że po obejrzeniu tego dzieła, skutek będzie raczej odwrotny. Nie wierzę bowiem, żeby oglądanie ptaszydeł znęcających się nad ludźmi, zachęciło kogokolwiek do wyjścia w teren. Jedyne czego można oczekiwać po takim seansie, to wzmożonej awizofobii lub w skrajnych wypadkach nawet alektorofobii połączonej z pteronofobią.

PS.2. Wracając jeszcze na chwilę do globalnego ocieplenia. Jeżeli jest nam za ciepło, bierzmy przykład z kaczek.  Siedzą w chłodnej wodzie, jedzą niskokaloryczne zielsko i są szczęśliwe!


Cyraneczka (już po przepierzeniu, więc i szata skromniejsza)


Cyraneczki


Cyranka


Pani gągołowa z przychówkiem.


Jesienny świstun.


Krakwa.


Gągoły.


Krakwa (góra i dół).



Pan krzyżówka.


Płaskonos jesienią.


Płaskonos (też z resztą jesienią).


Rożeniec (jeden z wiosennych symboli Biebrzy).


Krzyżówka.



Kaczy savoir-vivre. Przepływające obok siebie kaczki zwyczajowo oddają sobie salut. Ta tradycja pochodzi jeszcze z czasów Wielkiego Imperium Kaczego rozciągającego się na terenach dzisiejszego powiatu grajewskiego (4 w.p.n.e).


niedziela, 10 kwietnia 2016

Syndrom.


     Jakiś czas temu córka kupiła mi książkę Stanisława Łubieńskiego pt. „Dwanaście srok za ogon”. Polecam, gdyż dobrze się to czyta, a poza tym, Autor prezentuje inne spojrzenie na ornitologię i ornitologów, niż to, które zapewne znacie.
     Nie mam oczywiście zamiaru streszczać tej książki, bo pewnie przeczytacie ją sami. Chciałbym jedynie wspomnieć o jednej z wielu, poruszonych w niej kwestii, a mianowicie o syndromie BDC (Birding Compulsive Disorder). To coś, to wymyślona przez Petera Cashwell`a jednostka chorobowa polegająca na skupianiu całej uwagi na ptakach, objawiająca się np. odruchowym hamowaniem podczas jazdy samochodem, gdy na poboczu mignie coś ptakopodobnego.
     Przyznam, że do tej pory nie słyszałem o BDC, ale pomyślałem, że coś jest na rzeczy i że nie dotyczy to wyłącznie ptaków. Sam często tego doświadczam, a już jazda samochodem poza obszarem zabudowanym, to dla mnie zawsze igranie ze stłuczką, rowem lub z drzewem. Jakoś nie wyobrażam sobie, że jadę i odruchowo nie omiatam wzrokiem okolicy. Pół biedy, gdy jestem na Podlasiu, gdzie drogi są raczej proste. Zdecydowanie gorzej wygląda podróżowanie po Warmii i Mazurach, gdzie na każdy kilometr przypada pięć zakrętów, dwieście drzew i jeden pijany kolarz, a ja nie dość, że intensywnie wypatruję oznak życia biologicznego innego, niż nawalony cyklista, to na dodatek mam na kolanach aparat z teleobiektywem. Do tego dochodzi wspomniane wyżej gwałtowane hamowanie - bo łoś, cofanie na dwupasmówce - bo minąłem lisa, czy zostawianie samochodu na światłach awaryjnych wszędzie tam gdzie się tylko da. Albo i się nie da, ale w pobliżu nie ma drogówki.
     Jazda autem, to nie wszystko. Wielokrotnie, zwłaszcza wiosną, żurawi klangor, czy ciągnące gęsi, powodują u mnie rodzaj umysłowego zawieszenia, niezależnie od tego, co robię w danej chwili (dobrze, że nie jestem neurochirurgiem). Albo kolejny przykład. Poszedłem kiedyś do kina na „Ogniem i mieczem”, bo interesuję się historią i lubiłem poprzednie filmy Jerzego Hoffmana. I co głównie zapamiętałem z tego filmu? Rycyki! Jest taka scena (kiedyś już chyba o tym pisałem), gdy Skrzetuski płynie czajką na Sicz i w pewnym momencie z nadrzecznych chabazi podrywa się stado tych ptaków. Nigdy nie widziałem rycyków w liczbie większej, niż cztery, a tu proszę - cała chmara! A do tego dochodzi jeszcze oczywiście fotografia. Oglądam mecz Ligi Mistrzów, akcja przenosi się na pole karne, zamieszanie…, a ja już od dłuższego czasu i tak bardziej interesuję się sprzętem fotoreporterów sportowych siedzących za linią bramkową, niż poczynaniami piłkarzy.
     I tak prawie zawsze. Do lektury książki Łubieńskiego myślałem, że to normalne, a tu proszę. Okazuje się, że jestem chory psychicznie! I teraz nie wiem, co robić. Iść do lekarza, czy spokojnie przeczekać, aż samo przejdzie?