O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gęsi zbożowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gęsi zbożowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2015

Wielki Rok.

Ostatnio, po raz któryś obejrzałem film „Big Year”. To taka, głupawa momentami, komedyjka o ornitologach. Głupawa, ale pokazująca pewne ciekawe zjawisko, jakim jest birdwatching w wydaniu amerykańskim, czyli mówiąc po podlasku – ptasiarstwo, czyli mówiąc po polsku – obsesyjne uganianie się za ptakami. I to jest w zasadzie cała treść tego filmu. Kogo zainteresowała moja błyskotliwa recenzja – pewnie obejrzy, kogo ptactwo nie interesuje, zapewne nie i bardzo dobrze, gdyż dzieło to, do wybitnych nie należy.
Nie o filmie chciałbym jednak napisać, ale o wzmiankowanym Wielkim Roku. Pod tą nazwą kryją się specyficzne zawody, w których chodzi tylko o jedno. Zobaczyć lub usłyszeć jak najwięcej gatunków ptaków w ciągu kalendarzowego roku. Konkurs rozgrywa się na obszarze USA, Kanady, francuskich wysp - St. Pierre i Miquelon oraz na przylegających do Ameryki Pn. wodach, w odległości 200 mil od lądu. Aby wykluczyć przypadkowe obserwacje np. uciekinierów z hodowli, zaliczane są tylko gatunki zamieszczone na liście American Birding Association.
Wszystko zaczęło się w 1934 roku, kiedy Roger T. Peterson opublikował „Guide to the Birds” - pierwszy przewodnik do rozpoznawania ptaków w terenie. Fakt ten wykorzystał niejaki Guy Emerson, który pięć lat później, podróżując w interesach po Stanach Zjednoczonych, zaobserwował 497 gatunków. Wynik ten był wielokrotnie poprawiany, aż do 1998 roku, kiedy to Sandy Komito zaliczył - bagatela - 745 gatunków ptaków. Jak się później okazało, był to strzał życia pana Komito. Do dziś, nikt nawet nie zbliżył się do tej liczby.
Głównemu konkursowi towarzyszą jego liczne modyfikacje. Zawęża się obszar, skraca czas, wyklucza gatunki zaobserwowane po przejściu huraganu (silny wiatr potrafi przynieść ze sobą gatunki normalnie nie spotykane na danym obszarze), prowadzi się obserwacje poruszając się wyłącznie ekopojazdami itp.
Trzeba przyznać, że Wielki Rok, to nie lada wyzwanie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że odbywa się na obszarze, było nie było, kontynentu. Ci, którzy poważnie myślą o zwycięstwie, muszą liczyć się z tym, że udział w konkursie pochłonie mnóstwo czasu i pieniędzy. Jak jednak pokazują liczne przykłady, takie detale nie odstraszają najbardziej zajadłych ptasiarzy.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wszystko odbywa się na zasadzie wzajemnego zaufania, gdyż obserwatorzy nie mają obowiązku rejestrowania spotkanych gatunków. Kiedy o tym przeczytałem po raz pierwszy, pomyślałem, że Amerykanie to jednak naiwniacy i że u nas, to by raczej nie przeszło. Coś mi się wydaje, że choć polska awifauna liczy sobie tylko ok. 450 gatunków, rekord Komito, pobito by już po miesiącu :)















niedziela, 15 marca 2015

Bliźniacze krainy.

Warmia i Podlasie. Dwie niezwykłe krainy, z których każda ma swoich oddanych wielbicieli. Jedni daliby się pokroić za tę pierwszą, drudzy zaś za to drugie. Ja na szczęście, będąc podlasko-warmińskim kundlem, nie mam z tym kłopotu. Ba, jestem wręcz zdania, że oba te miejsca są do siebie bliźniaczo podobne. 
Weźmy takie chociażby ptaki. Ostatnich kilkanaście dni, to czas migrujących gęsi – gęgaw, zbożowych, białoczelnych i różnego autoramentu rzadkich, gęsich perełek. Obserwowałem je na podolsztyńskich polach, po czym pojechałem do Biebrzańskiego Parku Narodowego. I co? I dokładnie to samo – gęgawy, zbożowe, białoczelne i perełki (tych ostatnich co prawda osobiście nie widziałem, ale jak wynika z relacji licznych obserwatorów - są).
A inne gatunki? W tym przypadku również jest prawie identycznie. Chcecie popatrzeć na rycyki, kszyki, kuliki i bataliony? Jedźcie wiosną nad Biebrzę. Nie chce się Wam tłuc tych dwustu kilometrów, albo jesteście uczuleni na torf? Nic straconego. Poczekajcie do sierpnia i wszystkie te gatunki pojawią się na Warmii.
Podobnie rzecz ma się z ssakami. W przeszłości Warmia słynęła z jeleni, a Biebrza z łosi. Obecnie oba te gatunki są i tu i tu (o ssaczym drobiazgu w postaci saren, lisów, dzików, jenotów, norek itd. nawet nie będę wspominał).
Ale co tam świat zwierząt. Nawet jedzenie jest podobne! Przed wojną kartaczami, zwanymi też cepelinami lub kołdunami (nie mylić z, nadziewanymi baraniną lub wołowiną, pierożkami), zajadano się wyłącznie na wschodzie. A obecnie? A obecnie za przyczyną powojennej wędrówki ludów, można się nimi konkretnie zapchać także na Warmii (babką i kiszką ziemniaczaną zresztą też). 
Tę wyliczankę mógłbym ciągnąć w nieskończoność, ale nie chcę nikogo zanudzać.
Oczywiście wiem, że wiele osób nie zgodzi się z tym, co napisałem, wskazując na różnice w budowie geologicznej, klimacie, stosunkach wodnych, szacie roślinnej itp. No cóż. Powiem tak. To tylko nieistotne detale. Budowa geologiczna? Kolejne zlodowacenia pokazały, że dziś może być taka, a jutro inna. Podobnie jest z klimatem i całą resztą wspomnianych wyżej, naciąganych argumentów.

Żeby niepotrzebnie nie przedłużać tego postu, napiszę tak - pobądźcie chwilę i tu i tu, i sami przekonajcie się, czy mam rację :)
PS. Na zdjęciach i Warmia i Podlasie. 


















niedziela, 26 października 2014

Szponiaste.

Rozlewisko, to nie tylko brodźce, gęsi, kormorany, kaczki, czaple i takie tam. Rozlewisko, to także miejsce bytowania dwóch gatunków pierzastych drapieżników – bielika i błotniaka stawowego.
Wspomniane drapole lubię z dwóch powodów. Pierwszy jest najbardziej oczywisty. Są po prostu atrakcyjne wizualnie. Co prawda nie udało mi się jeszcze sfotografować ich z bliska, ale pocieszam się, że mam na to jeszcze czas.
Druga kwestia to efekt ich pojawiania się nad wodą. O tej porze roku na rozlewisku nie pozostało już zbyt wiele ptaków. Większość z nich siedzi z dala od czatowni i jest praktycznie niedostępna, co powoduje, że siedzenie w budzie zaczyna być nudne. I wtedy na szczęście pojawiają się bieliki i błotniaki. Tylko one powodują, że całe to zgnuśniałe, ptasie towarzystwo wykonuje coś, co ożywia senną atmosferę jesiennego czatowania. Najczęściej jest to oczywiście totalna panika. Interesujące jest jednak to, że przybiera ona różną postać w zależności od tego, który z drapoli aktualnie penetruje teren. Już dawno przekonałem się, że siedzące na wodzie ptaki doskonale rozróżniają poszczególne gatunki. Pojawienie się błotniaka powoduje panikę, ale wyłącznie wśród łysek i mniejszych gatunków kaczek. Swoją drogą, kiedy obserwuję manewry błotniaka nad stadem tych pierwszych, odnoszę wrażenie, że wzniecanie wśród nich popłochu chyba go bawi. Niby szuka potencjalnej ofiary, a tak naprawdę ma dużo uciechy widząc, jak przerażone łyski podrywają się nad wodę, wydając przy tym dźwięk startującego F16.
Wizyta bielika to już trochę inna skala zamieszania. W tym przypadku prawie nie ma już odważnych. W powietrze podrywa się solidarnie prawie cała ptasia czereda. Zostają jedynie łabędzie, jakby wiedziały, że ze względu na swoje gabaryty pozostają poza zasięgiem szponiastego.
Szkoda tylko, że w tym roku nie przylatuje już rybołów. Ten gatunek jest poważnie, żeby nie powiedzieć skrajnie zagrożony. O ile bowiem bielik po prawie wymarciu na początku XX w. zwiększył swoją liczebność do około 1000–1400 par, o tyle populacja rybołowa wyraźnie się kurczy i obecnie wynosi około 30 par. Co gorsze, tak dzieje się tylko u nas. Stabilne populacje tych ptaków występują w krajach sąsiadujących. W samych tylko Niemczech doliczono się prawie 600 par, nie wspominając o Szwecji (graniczymy przez Bałtyk), gdzie żyje ich ok. 3500 par. Smutnym jest, że rybołowy nie znikają z powodu braku siedlisk czy pokarmu. Są po prostu mordowane w pobliżu jezior i przede wszystkim stawów hodowlanych. W takim przypadku nie pomogą działania podejmowane przez przyrodników, budowanie platform i wyznaczanie stref ochronnych. Tu trzeba zmienić ludzką świadomość. Tylko jak?


















poniedziałek, 11 listopada 2013

Listopad na Warmii.

      Już dawno zauważyłem, że moim przypadku tzw. fortuna do leniwych nie należy. Nie ma tak, że jednego dnia wszystko jest dobrze, a dopiero drugiego źle. Nie. U mnie toczy się znacznie szybciej, czego przykładem może być ostatnia niedziela. Wstaję rano i wiem, że będzie słonecznie (bardzo dobrze). Jadę na niedawno poznane stawy przez niemal puste miasto (dobrze). W pierwszym stawie nie ma wody, więc nie ma ptaków (źle), ale w kolejnym są białe czaple (dobrze). Żeby się do nich dostać muszę pokonać świeżo zaorane, gliniaste pole (źle), ale potem idę już łąką, a do stawu przylega stary, suchy rów, w którym mogę się ukryć (dobrze). Niestety przy samym rowie ktoś wyrzucił kilkadziesiąt ryb, które zaczęły już potwornie cuchnąć (źle). Samo miejsce jest jednak prawie idealne do fotografowania, a na dodatek, wypłoszone przez ludzi kręcących się przy stawach, przylatują czaple (bardzo dobrze). Zaczynam robić zdjęcia i orientuję się z aparatem dzieje się coś dziwnego. Migawka uruchamia się raz na kilka prób lub wcale (bardzo źle). O zdjęciach nie ma mowy, wracam więc do samochodu. Przejeżdżam kilkaset metrów polną drogą i widzę rosnące przy niej krzaki tarniny z owocami, z których już dawno chciałem zrobić leczniczą nalewkę (bardzo dobrze). W samochodzie wożę tysiące rzeczy, ale oczywiście nie mam żadnej torby, wiadra itp. (źle). Mam za to plandekę antyśnieżną (dobrze). Po drodze z czystego obowiązku zaglądam na rozlewisko, pewny że będzie puste. Tymczasem okazuje się, że siedzi na nim kilkaset kaczek, różnych gatunków w towarzystwie gęgaw, gęsi zbożowych i kormoranów (bardzo dobrze). Na dodatek nad rozlewisko wybrał się też bielik, którego obecność powoduje, że całe to ptactwo zaczyna latać we wszystkie możliwe strony (dobrze). A ja, jak wspomniałem, mam dziwnie działającą migawkę (bardzo źle). Itd., itd.

      Na kilkadziesiąt zrobionych zdjęć, jako tako, wyszło kilka (źle). I tych kilka zamieściłem poniżej (dobrze?).