O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sarny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

2016.

       Poniżej niepublikowane resztki z tegorocznego stołu Pani Przyrody. Pierwotnie fotkom miał towarzyszyć przeobszerny tekst, ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, gdyż miał to być tekst roku! Tam roku! To miał być tekst Dekady!! Gęsty od merytorycznych faktów, ale też skrzący humorem jak, nie przymierzając, grudniowa gnojowica o brzasku. Poważny i filuterny zarazem. Skłaniający do skupienia, ale i wywołujący uśmiech. Polityczny i stroniący od polityki. Grzeczny, ale i po części wulgarny. Taki to miał być właśnie ten tekst nad teksty! Co jednak można zrobić, gdy człowiek utknął na Podlasiu wśród sylwestrowych łosi? Otóż można zrobić niewiele. Dlatego też życzę Wam zatem Dobrego Kolejnego Roku i tyle!

Styczeń.






Luty




Marzec




Kwiecień




Maj 




Czerwiec




Lipiec




Sierpień




Wrzesień




Październik




Listopad 




       Grudnia nie ma, gdyż ciągle jeszcze trwa. Co prawda zostało z niego niespełna sześć godzin, ale to przecież kupa czasu, więc kto wie, co się jeszcze wydarzy?

niedziela, 24 lipca 2016

Chupacabra, albo ...


Kiedyś już pisałem o nowych gatunkach zasiedlających Polskę. Temat to o tyleż ciekawy, co kontrowersyjny. Dlaczego? Ano dlatego, że 95% obserwacji nowych gatunków, to w 95% zmyłki. Doświadczyłem tego osobiście przy okazji pierwszych, krajowych doniesień na temat szakala złocistego. Któregoś dnia zadzwonił do mnie mój przyjaciel (zajmujący się zawodowo biologią zwierzyny) z informacją, że przesłano mu do weryfikacji zdjęcie złocistego z Warmii. Niecierpliwie otworzyliśmy pocztę i … obejrzeliśmy sobie elegancką fotografię lisa, tak doskonale zdjętego, że spokojnie mógłby ilustrować hasło „Lis” w Wikipedii!
Ostatnio (choć sam „artykuł” już niusem nie jest) przeczytałem o tajemniczym stworzeniu mordującym zwierzęta domowe, gdzieś hen pod Sochaczewem. Mordującym!? Krew wypijającym! I to hurtowo, gdyż poszło jej (tej krwi) całych 30 litrów za jednym podejściem! Oczywiście natychmiast uaktywnili się autorzy pisujący do portali spod znaku złotych pociągów, Atlantydy i Podlasianek rodzących dzieci-borsuki i oznajmili, że to nic innego, jak tylko Chupacabra! Potwierdzeniem obecności tej południowoamerykańskiej bestii, miały być wyraźne zdjęcia pokaleczonych, świńskich zwłok i niewyraźne (swoją drogą dlaczego fotki potworów są zawsze tak dramatycznie nieostre?) jakiegoś … psa. Wychudzonego i wyłysiałego, ale jednak psa!
Czytając to pomyśleliście zapewne, że to głupawa historyjka niewarta wzmianki, tak jak rewelacje o pumach i innych lwach widywanych na polskiej ziemi. I zapewne przyznałbym Wam rację, gdyby nie fakt, że takie historyjki stają się kanwą niezwykle poważnych dyskusji na takiż forach przyrodniczych. I właśnie rzeczona Chupacabra stała się przyczynkiem do gorącej wymiany zdań wśród internautów-przyrodników. Oczywiście wszyscy zgodzili się, że żadne tego rodzaju stwory nie istnieją, jednak część dyskutantów była zdania, że sochaczewski Armagedon należy potraktować poważnie i najprawdopodobniej jest to sprawka pewnego stworzenia, które …  również nie występuje w Polsce. Zdaniem zwolenników tej teorii przemawiają za nią następujące argumenty:
1.    zwierz ten istnieje naprawdę, a pozostawione ślady zbrodni są bardzo charakterystyczne,
2.     podobno kiedyś żył na obszarze dzisiejszej Polski,
3.     aktualnie występuje relatywnie blisko,
4.     słynie z siły i apetytu.
5.    klimat i środowisko w niektórych częściach kraju przypominają te, w których czuje się najlepiej.
Przeciwnicy wytoczyli równie mocne działa i przypomnieli, że:
Ad.1. istnieje, tak jak cała masa innych zwierząt, których w Polsce
         nie stwierdzono, a co do śladów, to pasują również do innych gatunków,
Ad.2. to akurat jest dyskusyjne,
Ad.3. relatywnie blisko, ale ciągle trochę za daleko,
Ad.4. no fakt, słynie,
Ad.5. przypominają, ale nie są optymalne.
I bądź tu człowieku mądry. Oczywiście ja również w żadne Chupacabry nie wierzę (za dnia!), ale w to, że na terenie Polski nagle pojawił się ten drugi gatunek, też jakoś nie. Faktem jest jednak, że coś wyssało te biedne zwierzaki i raczej nie byli to, prący na szkło, Sochaczewianie.
PS. Piskorze rozpoznaliście bez trudu, więc teraz zmierzcie się z tym tajemniczym stworem. Myślę, że to będzie dużo łatwiejsze zadanie. Zdjęć nie podpisuję, gdyż wiem, że wiecie.

PS. Zapraszam na naszą wspólną z gŁosiem wystawę w piątek dwudziestego dziewiątego lipca w Galerii Sowa o godzinie dziewiętnastej.











Poniżej próbka tego, jak wygląda większość zdjęć przyniesionych z terenu:)


środa, 9 marca 2016

Patent na wiosnę.


         Podobno znowu ma spaść śnieg. Wiem, że w marcu, jak w garncu, kwiecień przeplata, a i w maju, też coś tam może się wydarzyć. Znam te wszystkie porzekadła, ale mam jednak nadzieje, że to jakieś meteorologiczne nieporozumienie i, że wiosna zawitała do nas na dobre. Żeby jednak być zupełnie pewnym, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zastosować sprawdzone ludowe sposoby.

Najprostszym z nich jest spalenie Marzanny. Niby nic trudnego, ale w moim przypadku skończyło się to 200-złotowym mandatem za nielegalne rozpalania ognia w miejscu do tego nieprzeznaczonym. Postanowiłem zatem zastosować bardziej popularny sposób, czyli utopienie Śmiercichy (alternatywna nazwa panny M.). Udałoby mi się to zapewne, ale niestety ratownicy z lokalnego WOPR-u okazali się nad wyraz skuteczni, zarówno w ratowaniu topielicy, jak i zawiadamianiu stosownych służb o wykryciu potencjalnej próby zabójstwa. Kiedy sprawa została wyjaśniona, śmiechom i żartom nie było końca, co jednak nie uchroniło mnie przed pokryciem kosztów akcji ratowniczej (1000 zł).

Ponieważ metoda „na Marzannę” zakończyła się fiaskiem, postanowiłem spróbować jej alternatywnej wersji, czyli zrzucenie słomianej kukły Judasza z wieży kościelnej. Niestety, żaden miejscowy proboszcz nie wyraził na to zgody, a próba wtargnięcia na wieżę olsztyńskiego ratusza zakończyła się interwencją straży miejskiej i mandatem w wysokości 150 zł.

Ktoś inny na moim miejscu dałby już sobie zapewne spokój, ale ja jestem uparty. Poszperałem trochę w internecie i znalazłem kolejny (niezawodny ponoć) sposób. W tym celu wyciąłem sosnową gałąź, z której miałem zamiar zrobić tzw. Zielony Gaik zwany też Latkiem. Niestety ten pomysł również spalił na panewce, a jego jedynym wymiernym efektem, było 100 zł kary za wjazd do lasu, 500 zł za kradzież drewna i konfiskata gałęzi.

Ponieważ poza Gaikiem nic innego nie udało mi się wyguglować, w akcie desperacji wyciągnąłem z bagażnika monopod, przystroiłem go wstążkami oraz wydmuszkami jaj i ruszyłem pieszo w kierunku olsztyńskich rogatek. I pewnie osiągnąłbym wreszcie upragniony cel, gdybym postępował zgodnie z art. 11 Kodeksu Drogowego, czyli pielgrzymował lewą stroną jezdni. Co prawda początkowo myślałem, że efekty świetlne i sygnały dźwiękowe wydawane przez radiowóz, to wyraz policyjnej solidarności z moimi poczynaniami, ale okazało się, że niestety byłem w błędzie. Potwierdzeniem tego był mandat w wysokości 100 zł oraz 2 punkty karne.

Tu się wreszcie poddałem. Nie znam już więcej sposobów na walkę z ewentualnym powrotem zimy, a przede wszystkim nie mam funduszy na jej kontynuację. Jeżeli ktoś z Was zna jakieś (zwłaszcza bezkosztowe), proszę o kontakt.

PS. Poniżej ostatnie (mam nadzieję!) zimowe widoczki.