O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gęś zbożowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gęś zbożowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 marca 2019

Bezgęsia Warmia


         Wiem, że ostatnio nie zaglądam tu za często (do Was niestety również), ale na usprawiedliwienie mam tylko to, że nie mam kiedy. Naprawdę! Dlatego tym razem krótko, merytorycznie i ..., ale do rzeczy! Uczeni ptakologowie dzielą gęsi, które możemy kontemplować na przedwiośniu na:

  •  gęgawy (to te nasze, polskie, jedyne lęgowe poza przyrodniczymi             niespodziankami),
  •    zbożowe (zalatują na przedwiośniu, a potem lecą na północ ku lęgowiskom   w Skandynawii lub jeszcze dalej),
  •    białoczelne (mieszkają na Syberii i na Grenlandii),
  •     bernikle białolice (Norwegia, Grenlandia),
  •   wynalazki, jako to bernikle obrożne i rdzwoszyje oraz gęsi krótkodziobe,
  •     pieczone (te spotyka się cały rok, a nie tylko wiosną).

         
       Najbardziej interesujące są oczywiście te, występujące w formie pieczystej, który to fakt bez wątpienia potwierdzą wszyscy smakosze i większość podkuchennych, część ornitologów oraz kilku wegan (aczkolwiek niechętnie i wyłącznie pod pseudonimem lub zmyślnym nickiem). Niestety nie posiadam zdjęć tych ostatnich (gęsi, a nie wegan), gdyż zwykle przypominam sobie o pstrykaniu po fakcie, czyli już na etapie wylizanego do szczętu szkieletu (gęsi, a nie wegan, choć w sumie, biorąc pod uwagę dietę, to prawie to samo ... z całym szacunkiem naturalnie).
         W przypadku pozostałych gatunków (pomijając lokalne gęgawy), na Warmii jest słabo, żeby nie napisać - jest tragicznie. Już kiedyś wspominałem, że blaszkodziobe prawdopodobnie zmieniły trasy wędrówek i przestały masowo przelatywać nad Olsztynem. Co prawda nie śledzę migracji tak nachalnie, jak kiedyś lub, jak bym sobie tego skrycie życzył, ale też nie spędzam całego czasu w swoim wytłumionym, podziemnym bunkrze nucąc pod nosem wojskowe marsze i polerując bursztynową komnatę, więc coś tam jednak widzę i słyszę, a dokładnie niczego nie widzę i nie słyszę. Niestety, ostatnimi laty zmniejszyły się areały warmińskich ozimin oraz śródpolnych rozlewisk, jeziora pozostawały długo pod lodem, więc gęsi ola ... zlekce sobie zważyły stolicę regionu i poleciały ku wschodnim rubieżom kraju.
       Gdybym był - nie przyzwól Pani Przyrodo - człowiekiem, który ciągle narzeka, stwierdziłbym zapewne, że w ogóle w przyrodzie dzieje się coraz gorzej, ale ponieważ daleki jestem od marudzenia, niczego takiego nie napiszę, chociaż w przyrodzie naprawdę dzieje się coraz gorzej. Wracając jednak do gęsi. Jeżeli jesteście ekstremalnie złaknieni chóralnego gęgotu, zachęcam Was do odwiedzin Doliny Biebrzy, gdzie za chwilę powinien być szczyt przelotów (polecam profesjonalne przewodnictwo Michała Polakowskiego i Ani Mydlińskiej, których to profesjonalistów odnajdziecie bez trudu w tzw. sieci). My w tym roku niestety prawdopodobnie odpuścimy sobie uczestnictwo w magicznym misterium odroślinniania podlaskich pól uprawnych i trwałych użytków pożółkłych. Trochę szkoda, gdyż to nasz, pierwszy od lat, sezon bez biebrzańskiego przedwiośnia, ale tym razem priorytety są - siłą rzeczy - inne. Oczywiście Dolina od zawsze zajmuje poczesne miejsce w naszych knowaniach fotograficzno-biwakowych, ale wreszcie mamy bardziej sprecyzowane (żeby nie napisać - wyrafinowane) plany, o których poinformuję Was niezwłocznie już pod koniec listopada.

PS. Widoczne poniżej ptaki, to przedstawiciele jednego z dwóch gęsich mikrostadek, które napotkaliśmy podczas naszych weekendowych spacerów w okolicach Olsztyna.
PS.2. Obiecuję, że jutro wieczorem przemaszeruję przez Wasze blogi i wreszcie nadrobię haniebne zaległości.


Zbożowe i białoczelna.


Jw., przy czym najbardziej spostrzegawcze osoby zauważą, że na fotce znajduje się nie jedna, a dwie gęsi białoczelne.


Gęgawy.


Białoczelna (w górnej części fotogramu) oraz zbożowa (w dolnej części fotogramu). W tle, opisywana w poprzednim poście, glina.


Gęgawy (poniżej również, za wyjątkiem stworzenia z porożem, który jest kozłem, czyli mężem/partnerem kozy, czyli sarną, czyli nie gęsią).






niedziela, 17 lutego 2019

Glina

          Sobota i jednocześnie tak bardzo wyczekiwana wiosna. Ciepło, słonecznie, cudownie i beztrosko. Dzień, jak z wczasowego katalogu dla meteopatów lub z pisemek dla grzecznych dzieci w nazistowskich Niemczech. W ramach trenowania przez gŁosia ponownego bycia pasażerem auta osobowego jedziemy nad bajoro, choć - nie ukrywam - nie robimy sobie większych nadziei i - jak się okazuje na miejscu - poniekąd słusznie. Rozlewisko skute lodem, jak - nie przymierzając - pijak jakiś. Ptaków brak. Wracamy do domu. Po drodze zauważamy białe kształty na środku pola. Ostrożnie hamuję (kręgosłup rules!) i zatrzymuję się na poboczu. Jako świadomy kierowca i gentleman szos wojewódzkich włączam światła awaryjne, sięgam po aparat (lornetki oczywiście zapomniałem) i widzę krzykliwce, gęgawy, gęsi zbożowe i białoczelne bezczelnie grasujące wśród kukurydzianych resztek pożniwnych. Myślę sobie, że nie wypada nie podejść, a że robiłem to już setki razy, to co mi tam, jakiś głupi, krótki spacerek?
         Piątek. Wątpnia szarpie bezlitosna niemoc. Nic nie jem przez cały dzień, o godzinie 17.13 kładę się do łóżka i w ten sposób długo wyczekiwany koniec tygodnia szlag jasny (jasny!?) trafia.
         Sobota. Budzę się o 7.06 zlany potem, jak - nie przymierzając po raz wtóry - pijak jakiś. Przez godzinę szukam ładowarki do akumulatorków, gdyż pogoda za oknem zaprasza serdecznie do walca. Słaby jednak jestem, jak - wspomniany już trzykrotnie - pijak jakiś, więc co chwila padam półtrupem na otomanę. Zbieram się jednak w sobie i o 13.08 jedziemy. Rozlewisko niestety jest ciągle zarośnięte lodem, więc bardziej przypomina środek parkietu na bezalkoholowym weselu w pensjonacie "Mławianka" pod Elblągiem, niż to, czym raczyło nas ubiegłorocznej jesieni. Witamy się już z porażką, gdy dostrzegamy te, wspomniane już na wstępie, białe kształty. Kombinuję gorączkowo, jak dostać się bliżej i konstatuję, że tuż obok jest droga wysadzana kocimi łbami. Przejeżdżam tym czymś 200 metrów i niestety muszę się zatrzymać z uwagi na przejściowe braki nawierzchni w nawierzchni (kręgosłup rules!). Zakładam kalosze i ruszam kurcgalopkiem przez pole (głupi Wojtek, bardzo głupi, jak - tym razem PRZYMIERZAJĄC - pijak jakiś!). Jestem coraz bliżej ptaków i jest niestety coraz gorzej. Tak jest! To słynna, warmińska glina![1]
         Sunę przez te cholerne, północno-wschodnie grunta orne, kalosze zaczynają przypominać dziecięce walonki z radzieckich kreskówek, a ja błotnego, dobrze odżywionego, stworka z bajek braci Grimm, albo innego Golema. Nic to! Brnę dalej! Doczłapuję na szczyt niewysokiego pagóra i ... w tym momencie wszystko ucieka. I gęsi i łabędzie i nawet żurawie, które - jak się okazało - koczowały sporym stadkiem nieopodal i zakapowały reszcie towarzystwa, że w ich kierunku pełznie jakiś gliniany pajac. Układ oddechowy pali, niczym gazy Szatana po menu degustacyjnym na bazie strączkowych i chili, gumowce ważą, sprzęt waży, ja ważę. Wlokę się z powrotem do auta na kształt i podobieństwo ciężarnej żółwicy błotnej, co kilka kroków usiłując pozbyć się walonkowych narośli i stanu przedzawałowego.

PS. Na szczęście już w samochodzie dochodzę do siebie i choć oczywiście pozwalam sobie na wycharczenie solidnej wiązanki pod adresem wszystkich glin tego Świata, dociera do mnie, że wreszcie jest fajnie. Pewnie już więcej nie zdecyduję się na gliniaste marszobiegi ku Wyrajowi, ale gdy gęsi i żurawie osiądą na innej pokrywie glebowej - dam radę!

PS.2. Niedziela. Miałem już do tego nie wracać, ale postanowiłem jednak podzielić się z Wami pewną refleksją. Jeżeli kiedykolwiek dopadną Was dolegliwości żołądkowe, a następnie - związane z tym - osłabienie organizmu, nie musicie od razu po wstaniu z łoża boleści śmigać po gliniastych pagórach. Nic Wam to nie da, chyba że jesteście uznanymi w gminie masochistami lub lubicie (nieznane mi do tej pory) zakwasy płuc i tchawicy.




[1] Warmińska glina, to coś, czego trzeba zaznać cieleśnie, żeby pojąć, co to oznacza, a oznacza to wiele. Napiszę tylko, że w porównaniu z tą polodowcową francą, torfowiska Doliny Biebrzy, to bulwary-trotuary i kawa z pianką!











niedziela, 20 marca 2016

Kamienna czatownia.


     Po ubiegłorocznym, wiosennym gęsim szaleństwie myślałem, że i w tym roku będzie podobnie. Niestety, jak dotąd nadzieja okazuje się być, jak zwykle, matką głupich. Mimo, że codziennie widzę i słyszę ciągnące klucze, nie ma mowy o żadnym szale, a jeżeli już, to najwyżej o lekkim pobudzeniu.
     Oczywiście wszyscy wiemy, że gęsi są. Przyznacie jednak sami, że w liczbie, co najwyżej, umiarkowanej. Pytanie, dlaczego? Zacznijmy od tego, że ptaki mają swój wewnętrzny zegar, który podpowiada im, kiedy należy opuścić zimowiska i ruszyć w drogę do domu. Tyle jednak teoria, nawet ta, podparta naukowymi dowodami. Gdyby bowiem wszystko zależało wyłącznie od długości dnia, gęsi (i inne ptaki) pojawiałyby się w Polsce zawsze o tej samej porze, czyli np. dwunastego marca, trzynaście po szóstej (taką punktualnością - na miarę przedwojennego zawiadowcy stacji - charakteryzują się np. szpaki przelatujące na jesienne noclegowiska w trzcinach). Przyroda, to jednak nie szwajcarska myśl techniczna. Istnieje cały szereg czynników pobocznych, które powodują odchylenia od normy. Najważniejszym z nich jest pogoda. Zachmurzenie, opady, pokrywa śnieżna czy wiatr, mogą w znaczący sposób modyfikować poczynania ptaków. Kiedyś, gdy w Europie mieliśmy jeszcze porę roku, zwaną zimą, główne przeloty w Dolinie Biebrzy. miały miejsce dopiero w kwietniu, gdy na dobre znikał śnieg. I chociaż ptaki były gotowe do wędrówki znacznie wcześniej – cierpliwie czekały. Tegoroczna wiosna pod względem warunków pogodowych jest znacznie gorsza, niż poprzedniczka. Być może właśnie z tego powodu gęsi jeszcze nie dotarły, albo wybrały bardziej, klimatycznie ustabilizowaną, trasę.
     W przypadku Warmii, gęsia absencja może wynikać jeszcze z innej przyczyny. W ubiegłym roku o tej porze, wzgórza w sąsiedztwie rozlewiska, pokryte były kukurydzianymi pozostałościami i oziminami, stanowiącymi doskonałą bazę pokarmową. Teraz tego nie ma, gdyż właściciele pól przestawili się na rośliny bardziej opłacalne, ale mniej pożądane przez ptaki, czyli np. soję i inne wysokobiałkowe. I to jest problem. Polska dla gęsi zbożowych i białoczelnych (a więc tych, których klucze widujemy najczęściej), to tylko przystanek w drodze do domu we wschodniej Skandynawii i na północy Rosji. Tu zwykły odpoczywać i najadać się do syta, by z nowymi siłami, ruszyć dalej. Skoro jednak podolsztyńskie szwedzkie stoły stały się ewidentnie uboższe, być może znalazły sobie inne miejsca na międzylądowanie.

PS. Poniższe gęsi spotkaliśmy w Dolinie Biebrzy w tych samych miejscach, w których przebywały w ubiegłym roku. Nie chcąc ich płoszyć, zrezygnowaliśmy z podchodów i większość zdjęć robiliśmy z samochodu. W pewnym momencie pojawiła się jednak okazja na fotki z bliższej odległości. Przejeżdżając przez jedną z wsi, zauważyliśmy stado gęsi białoczelnych żerujących na łące, tuż przy jakimś rolniczym pustostanie. A że okazja czyni fotografa, weszliśmy na podwórko i będąc zasłoniętymi przez budynki, mogliśmy pstrykać przez szczeliny w niewielkiej furtce. I tak, po raz pierwszy w życiu mieliśmy czatownię nie z siatki, trzcin czy innych, tego typu, nietrwałych materiałów, a z kamieni. Szkoda tylko, że światła było tyle, ile było, co odbiło się niestety na fotkach.



















niedziela, 6 marca 2016

Polna zagadka.

Znowu gęsi, ale jak ich nie dawać, skoro pokonały taki szmat drogi, żeby przynieść nam trochę wiosny?
Te, na poniższych zdjęciach, to głównie gęgawy, zbożowe i, nieliczne jeszcze, białoczelne. W ubiegłym roku w stadach tych ostatnich przebywały jeszcze bernikle białolice, ale teraz jakoś ich nie ma.
Ponieważ lubię przeglądać stare publikacje dotyczące szeroko pojętej przyrody, postanowiłem poszperać trochę w poszukiwaniu informacji o tym, jak to kiedyś z gęśmi bywało. To szperanie zaprowadziło mnie do Repozytorium Cyfrowego Instytutów Naukowych i do Rolniczej Biblioteki Cyfrowej, gdzie znalazłem i trzy publikacje z XIX w.:
·          „Zoologija krótko zebrana czyli opisanie najważniejszych z działu zwierząt stworzeń, tak pod względem korzyści jako i szkód które zrządzają przez S. Pisulewskiego” (1857)
·          „Spis zwierząt ssących, ptaków i ryb krajowych systematycznie ułozony na oddziały, rzędy, pokrewieństwa, rodzaje i gatunki przez Ad. Hr. Platera” (1852)
·          Konstantego hr. Tyzenhauza oologia ptaków polskich wystawiona na 170 tablicach rytych na miedzi i kolorowanych do których opisy ułożył W. Taczanowski” (1862)
Stare książki zoologiczne to świetna lektura pozwalająca porównać stan wiedzy sprzed dziesiątków lat do tej współczesnej. To poniekąd także lekcja geografii historycznej, gdyż ich autorzy opisując np. miejsca występowanie danego gatunku, posługują się nazwami (Inflanty, Kurlandya, stepy Samojedów itp.), których dziś już nie ma na mapach.
Wbrew pozorom nie znalazłem jakiś spektakularnych różnic, pomiędzy tym, co wiemy dziś, a tym, co wiedziano wtedy. W trakcie czytania ww. opracowań, zafrapowała mnie tylko jedna kwestia. Żeby to wyjaśnić, muszę zacząć od nazw ptaków, które na przestrzeni lat uległy pewnym, mniej lub bardziej, istotnym zmianom (żeby nie utonąć w szczegółach, pominę zmiany nazw łacińskich).
I tak, znaną powszechnie gęgawę nazywano kiedyś gęsią szarą, pospolitą lub popielatą. Gęś zbożowa to posiewnica (posiwnica) lub gęś litewska. Bernikla obrożna, to gęś bernikla, rdzawoszyja, to czerwonoszyja, a gęś krótkodzioba, to w czasach Platera, Pisulewskiego i Taczanowskiego – gęś Hekela (Heckela).
Wspomnianą zagwozdką był dla mnie gatunek nazwany gęsią polną. Adam hr. Plater w swoim „Spisie …” pisał o niej: „w Lubelskim pospolitsza (…) do Litwy w Kwietniu przybywa, w Październiku licznemi stadami wraca, dzień i noc bawi na polach żytem usianych, w Litwie niegnieździ się”. I dalej. „Hr. Tyzenhauz sądzi, iż to tę gęś zowią w Polsce Litewską”.
Kłopot tylko w tym że, jak wspomniałem wyżej, gęś litewska to alternatywna nazwa gęsi zbożowej, a ta w „Spisie …” figuruje, jako całkiem inny gatunek. Podobna sytuacja (dwa odrębne gatunki) ma miejsce również w pracach Pisulewskiego i Taczanowskiego.
Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że w dwóch pracach z 1936 roku: Andrzeja Dunajewskiego - „Fauna słodkowodna Polski: Ptaki (Aves)” oraz Jana Sokołowskiego - „Ptaki ziem Polski”, wyraźnie napisano, że gęś polna to … inna nazwa gęsi zbożowej.
Postanowiłem, że nie daruję, więc zacząłem drążyć temat w Internecie, by po raz któryś przekonać się, że sieć to cudowny wynalazek i łajno szatana w jednym. Pół dnia spędziłem na przeróżnych lekturach, od „Die Vogel der Provinz Ostpreussen” z 1914 roku począwszy, a na czasopiśmie „Ornis Polonica”, skończywszy. Rezultaty? Niestety raczej nędzne. Gęś polna, to prawdopodobnie gęś tajgowa, czyli podgatunek gęsi zbożowej, który niektórzy badacze uważają za gatunek odrębny, choć wizualnie podobny.
Po tych wszystkich poszukiwaniach, pozostał mi szacunek dla zoologów z praczasów, którzy jakoś to wszystko odróżniali i wdzięczność dla losu, że nie zostałem zawodowym ornitologiem. Na koniec zajrzałem jeszcze raz do Dunajewskiego i stwierdziłem, że w posiadanym przeze mnie egzemplarzu, przypadkowo skleiły się dwie kartki. Rozdzieliłem je ostrożnie i natrafiłem na jeszcze jeden, nieznany mi  gatunek, a mianowicie gęś Suszkina. Z opisu wynika, że gęś ta jest bardzo podobna do gęsi zboż…
Aktualnie jestem na etapie palenia wszelkich materiałów dotyczących gęsi (i ptaków w ogóle) oraz wysyłania CV do klasztorów kontemplacyjnych, zlokalizowanych na terenach całkowicie bezptasich.