O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grevlag goose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grevlag goose. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2019

Glina

          Sobota i jednocześnie tak bardzo wyczekiwana wiosna. Ciepło, słonecznie, cudownie i beztrosko. Dzień, jak z wczasowego katalogu dla meteopatów lub z pisemek dla grzecznych dzieci w nazistowskich Niemczech. W ramach trenowania przez gŁosia ponownego bycia pasażerem auta osobowego jedziemy nad bajoro, choć - nie ukrywam - nie robimy sobie większych nadziei i - jak się okazuje na miejscu - poniekąd słusznie. Rozlewisko skute lodem, jak - nie przymierzając - pijak jakiś. Ptaków brak. Wracamy do domu. Po drodze zauważamy białe kształty na środku pola. Ostrożnie hamuję (kręgosłup rules!) i zatrzymuję się na poboczu. Jako świadomy kierowca i gentleman szos wojewódzkich włączam światła awaryjne, sięgam po aparat (lornetki oczywiście zapomniałem) i widzę krzykliwce, gęgawy, gęsi zbożowe i białoczelne bezczelnie grasujące wśród kukurydzianych resztek pożniwnych. Myślę sobie, że nie wypada nie podejść, a że robiłem to już setki razy, to co mi tam, jakiś głupi, krótki spacerek?
         Piątek. Wątpnia szarpie bezlitosna niemoc. Nic nie jem przez cały dzień, o godzinie 17.13 kładę się do łóżka i w ten sposób długo wyczekiwany koniec tygodnia szlag jasny (jasny!?) trafia.
         Sobota. Budzę się o 7.06 zlany potem, jak - nie przymierzając po raz wtóry - pijak jakiś. Przez godzinę szukam ładowarki do akumulatorków, gdyż pogoda za oknem zaprasza serdecznie do walca. Słaby jednak jestem, jak - wspomniany już trzykrotnie - pijak jakiś, więc co chwila padam półtrupem na otomanę. Zbieram się jednak w sobie i o 13.08 jedziemy. Rozlewisko niestety jest ciągle zarośnięte lodem, więc bardziej przypomina środek parkietu na bezalkoholowym weselu w pensjonacie "Mławianka" pod Elblągiem, niż to, czym raczyło nas ubiegłorocznej jesieni. Witamy się już z porażką, gdy dostrzegamy te, wspomniane już na wstępie, białe kształty. Kombinuję gorączkowo, jak dostać się bliżej i konstatuję, że tuż obok jest droga wysadzana kocimi łbami. Przejeżdżam tym czymś 200 metrów i niestety muszę się zatrzymać z uwagi na przejściowe braki nawierzchni w nawierzchni (kręgosłup rules!). Zakładam kalosze i ruszam kurcgalopkiem przez pole (głupi Wojtek, bardzo głupi, jak - tym razem PRZYMIERZAJĄC - pijak jakiś!). Jestem coraz bliżej ptaków i jest niestety coraz gorzej. Tak jest! To słynna, warmińska glina![1]
         Sunę przez te cholerne, północno-wschodnie grunta orne, kalosze zaczynają przypominać dziecięce walonki z radzieckich kreskówek, a ja błotnego, dobrze odżywionego, stworka z bajek braci Grimm, albo innego Golema. Nic to! Brnę dalej! Doczłapuję na szczyt niewysokiego pagóra i ... w tym momencie wszystko ucieka. I gęsi i łabędzie i nawet żurawie, które - jak się okazało - koczowały sporym stadkiem nieopodal i zakapowały reszcie towarzystwa, że w ich kierunku pełznie jakiś gliniany pajac. Układ oddechowy pali, niczym gazy Szatana po menu degustacyjnym na bazie strączkowych i chili, gumowce ważą, sprzęt waży, ja ważę. Wlokę się z powrotem do auta na kształt i podobieństwo ciężarnej żółwicy błotnej, co kilka kroków usiłując pozbyć się walonkowych narośli i stanu przedzawałowego.

PS. Na szczęście już w samochodzie dochodzę do siebie i choć oczywiście pozwalam sobie na wycharczenie solidnej wiązanki pod adresem wszystkich glin tego Świata, dociera do mnie, że wreszcie jest fajnie. Pewnie już więcej nie zdecyduję się na gliniaste marszobiegi ku Wyrajowi, ale gdy gęsi i żurawie osiądą na innej pokrywie glebowej - dam radę!

PS.2. Niedziela. Miałem już do tego nie wracać, ale postanowiłem jednak podzielić się z Wami pewną refleksją. Jeżeli kiedykolwiek dopadną Was dolegliwości żołądkowe, a następnie - związane z tym - osłabienie organizmu, nie musicie od razu po wstaniu z łoża boleści śmigać po gliniastych pagórach. Nic Wam to nie da, chyba że jesteście uznanymi w gminie masochistami lub lubicie (nieznane mi do tej pory) zakwasy płuc i tchawicy.




[1] Warmińska glina, to coś, czego trzeba zaznać cieleśnie, żeby pojąć, co to oznacza, a oznacza to wiele. Napiszę tylko, że w porównaniu z tą polodowcową francą, torfowiska Doliny Biebrzy, to bulwary-trotuary i kawa z pianką!











środa, 13 kwietnia 2016

oranżada Pepsi.

         Dawno temu pewien znajomy zrelacjonował mi dialog zasłyszany w wiejskim sklepie nad Narwią. Nie pamiętam go już tak dokładnie, ale w przybliżeniu wyglądało to mniej więcej tak:

Klient (K): Piwo masz?

Sprzedawczyni (S): Mam.

K: Daj!

K: Papierosy masz?

S: Mam.

K: Daj!

K: Chleb masz?

S: Mam.

K: Daj!

K: Mydło masz?

S: Mam.

K: Daj!

K: Kiełbasę masz?

S: Mam.

K: Daj itp.!

Żadnych nazw, marek. Niczego! Lista produktów niezbędnych do życia i koniec.

Druga historia, tym razem z Doliny Biebrzy. Drugi dzień Wielkanocy w dużej, gminnej wsi. Objeżdżamy ją w naiwnej nadziei na znalezienie otwartego sklepu. W obejściach, na uliczkach i na skwerku-biedaparczku nie ma żywego ducha, bo to i rano, i święta. Zrezygnowani postanawiamy opuścić miejscowość, poszukać jakiejś stacji benzynowej, a potem gęsich łąk. Na końcu wsi widzę jednak kobietę z kasą fiskalną w rękach, zbliżającą się do niewielkiego sklepiku z mydłem i powidłem. Okazuje się, że za chwilę będzie otwarte, więc będę mógł kupić papierosy i może coś jeszcze. Wchodzę do środka, przez sekundę zagapiam się na coś w kącie i … jestem dwudziesty w kolejce. Nie mam pojęcia skąd wzięli się nagle ci wszyscy ludzie, ale jestem przekonany, że zamiast załatwić sprawę w pięć minut, spędzę w tym sklepie wieki. I tu niespodzianka! Po sześciu minutach wychodzę z zakupami. Wszyscy przede mną dokładnie wiedzieli po co przyszli, a przyszli po niewiele i płacili gotówką. A dlaczego po sześciu minutach, a nie po pięciu? Wszystko przez tego przedostatniego w kolejce. Chciał kupić oranżadę i taką dostał. Tyle tylko, że on chciał oranżadę Pepsi, a nie oranżadę Oranżadę. I to właśnie kosztowało tę dodatkową minutę.

Pewnie pomyśleliście, że to wyjątkowo banalne historyjki, ale m.in. z powodu takich epizodów lubię jeździć nad Biebrzę. Bo Dolina to nie tylko przyroda, ale i ludzie.


















niedziela, 10 kwietnia 2016

Syndrom.


     Jakiś czas temu córka kupiła mi książkę Stanisława Łubieńskiego pt. „Dwanaście srok za ogon”. Polecam, gdyż dobrze się to czyta, a poza tym, Autor prezentuje inne spojrzenie na ornitologię i ornitologów, niż to, które zapewne znacie.
     Nie mam oczywiście zamiaru streszczać tej książki, bo pewnie przeczytacie ją sami. Chciałbym jedynie wspomnieć o jednej z wielu, poruszonych w niej kwestii, a mianowicie o syndromie BDC (Birding Compulsive Disorder). To coś, to wymyślona przez Petera Cashwell`a jednostka chorobowa polegająca na skupianiu całej uwagi na ptakach, objawiająca się np. odruchowym hamowaniem podczas jazdy samochodem, gdy na poboczu mignie coś ptakopodobnego.
     Przyznam, że do tej pory nie słyszałem o BDC, ale pomyślałem, że coś jest na rzeczy i że nie dotyczy to wyłącznie ptaków. Sam często tego doświadczam, a już jazda samochodem poza obszarem zabudowanym, to dla mnie zawsze igranie ze stłuczką, rowem lub z drzewem. Jakoś nie wyobrażam sobie, że jadę i odruchowo nie omiatam wzrokiem okolicy. Pół biedy, gdy jestem na Podlasiu, gdzie drogi są raczej proste. Zdecydowanie gorzej wygląda podróżowanie po Warmii i Mazurach, gdzie na każdy kilometr przypada pięć zakrętów, dwieście drzew i jeden pijany kolarz, a ja nie dość, że intensywnie wypatruję oznak życia biologicznego innego, niż nawalony cyklista, to na dodatek mam na kolanach aparat z teleobiektywem. Do tego dochodzi wspomniane wyżej gwałtowane hamowanie - bo łoś, cofanie na dwupasmówce - bo minąłem lisa, czy zostawianie samochodu na światłach awaryjnych wszędzie tam gdzie się tylko da. Albo i się nie da, ale w pobliżu nie ma drogówki.
     Jazda autem, to nie wszystko. Wielokrotnie, zwłaszcza wiosną, żurawi klangor, czy ciągnące gęsi, powodują u mnie rodzaj umysłowego zawieszenia, niezależnie od tego, co robię w danej chwili (dobrze, że nie jestem neurochirurgiem). Albo kolejny przykład. Poszedłem kiedyś do kina na „Ogniem i mieczem”, bo interesuję się historią i lubiłem poprzednie filmy Jerzego Hoffmana. I co głównie zapamiętałem z tego filmu? Rycyki! Jest taka scena (kiedyś już chyba o tym pisałem), gdy Skrzetuski płynie czajką na Sicz i w pewnym momencie z nadrzecznych chabazi podrywa się stado tych ptaków. Nigdy nie widziałem rycyków w liczbie większej, niż cztery, a tu proszę - cała chmara! A do tego dochodzi jeszcze oczywiście fotografia. Oglądam mecz Ligi Mistrzów, akcja przenosi się na pole karne, zamieszanie…, a ja już od dłuższego czasu i tak bardziej interesuję się sprzętem fotoreporterów sportowych siedzących za linią bramkową, niż poczynaniami piłkarzy.
     I tak prawie zawsze. Do lektury książki Łubieńskiego myślałem, że to normalne, a tu proszę. Okazuje się, że jestem chory psychicznie! I teraz nie wiem, co robić. Iść do lekarza, czy spokojnie przeczekać, aż samo przejdzie?