O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bienrza marsches. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bienrza marsches. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 grudnia 2018

Na pohybel Świętom


         Ostatnio ze względu na poważną kontuzję gŁosiowego kręgosłupa oraz obowiązki pracowe nie bardzo mogliśmy wytarzać się w terenie. Co prawda nawet, gdyby nie te dwa czynniki, i tak pewnie nie chciałoby nam się jechać gdzieś o godzinie, może i zimą nieplugawej, ale i tak wczesnej, bo niby i po co? Po fotki czarno-bure? Po wirusa grypy całus śmiertelny? Dlatego też ponownie listopadowa szufladka, tym razem z nadełckich łąk.
         Wspomniane czynniki spowodowały również zmianę naszego nastawienie do Świąt. Co prawda pewne czynności zostały już poczynione, ale z reszty postanowiliśmy zrezygnować. Początkowo było nam nawet przykro z tego powodu (Mikołaj, prezenty, pieczyste z renifera garnirowane soczystą elfiną itp.), ale po przeanalizowaniu wszystkich aspektów, wszystkich "za i przeciw", doszliśmy do wniosku, że - koniec końców - nie jest to taki głupi pomysł i to z kilku względów, które postaram się pokrótce przedstawić poniżej.

Wzgląd ekologiczny. Nieodłącznym atrybutem Świąt jest choinka do spółki z karpiem. Jedno i drugie, to - imaginujcie sobie - żywe stworzenia, które czują, kochają i mają jakieś tam plany życiowe oczywiście na swoją dendro-ichtiologiczną miarę i posiadane talenta. Niestety, nawet jeżeli przyjmiemy, że część Polaków hołduje iglakom z plastiku i nie je ryb, to i tak kilkanaście milionów młodych świerczków i karpików zginie pod morderczymi ciosami toporów i noży do filetowania. No właśnie. A czy ktoś pomyślał kiedykolwiek, że gdyby Święta w obecnej postaci obchodzono od czasów takiego np. Mieszka I, to nie byłoby Puszczy Białowieskiej, zaś karpia moglibyśmy podziwiać wyłącznie na średniowiecznych, kościelnych freskach? Wydaj się dla mnie (Podlasie!), że nie! Chronimy rysie, pochylamy się z troską nad cietrzewiem, chuchamy na foki szare, a jednocześnie pośrednio uczestniczymy w trwającej w plantacjach i stawach przedświątecznej rzezi niewiniątek.

Wzgląd ekonomiczny. Nie ma co ukrywać. Święta kosztują i to krocie. Oczywiście my akurat znamy takie miejsce, gdzie młodnik świerkowy przegląda się w toni stawu karpiowego, ale kradzieży drzewek i kłusownictwu rybackiemu mówimy stanowczo - nie w tym roku! Poza tym, Święta to nie tylko te dwa, wspomniane elementy, ale cała ich wręcz plejada. Buraki, susz owocowy, łazanki, sałatki jarzynowe, szynki, pasztety z drobiu i z trzody chlewnej, kiełbasy, garmaż mięsny tudzież rybny i oczywiście hektolitry - lepszego, niż na co dzień - alkoholu. To także ozdoby choinkowe, stroiki, światełka, które trzeba kupować co roku, gdyż leniwe, chińskie przedszkolaki obijają się w robocie i produkują jednorazowy szajs. To sprzątanie mieszkania (prąd, woda, chemia), pranie odświętnych ubrań (prąd, woda, chemia) oraz - coraz częściej praktykowane przez Polaków - mycie całego ciała (woda, chemia, a w szczególnych wypadkach myjka ciśnieniowa typu Karcher i/lub druciana szczotka do odrdzewiania maszyn rolniczych).

Wzgląd społeczny. Święta, to czas spotkań z rodziną, a jak wiadomo z ww. najlepiej wychodzi się na zdjęciach z sali sądowej lub - w ekstremalnych przypadkach - nad leśnym dołem wypełnionym gaszonym wapnem. My na szczęście dysponujemy skrajnie nieliczną populacją pokrewnych (niedługo mamy trafić do Czerwonej Księgi Naczelnych w kategorii vulnerable), więc problem znamy głównie z opowiadań znajomych, po których szczecina jeży się nam na stopach, tętno przyśpiesza niczym Golf trójka, a adrenalina wycieka mnam strumieniami z oczodołów i z ciemiączka. Z chęcią przytoczyłbym kilka z tych opowieści, zwłaszcza tę o pewnym stryju Antonim, ale po pierwsze ten blog podczytywują również nieletni, a poza tym o dożywotnio osadzonych wypada podobno mówić wyłącznie dobrze.

Wzgląd zdrowotny. Święta - to jak już wspomniałem - orgia obżarstwa, opilstwa i jednocześnie - mniej lub bardziej rozbuchany - festiwal nienawiści do genetycznie zbliżonych osobników. To wszystko nie jest oczywiście obojętne dla naszych organizmów (i tak już wycieńczonych przedświątecznymi obowiązkami, tudzież karcherem). Wzdęcia, zgagi, nadciśnienie, kac, rany cięte, kłute i szarpane, depresja, konwulsje, to tylko nieliczne przykłady tego z czym będziemy się zmagać przez te dwa (z wigilijnym ogonkiem) dni i to bez fachowej pomocy z zewnątrz, gdyż dostanie się na SOR w okresie truchlenia mocy jest równie łatwe, jak nurkowanie w Morzu Martwym w kalesonach ze styropianu.

         I to byłoby na tyle.

         Niezależnie od tego wszystkiego o czym napisałem, życzymy Wam spokojnych, dietetycznych Świąt bez kłótni, gaszonego wapna, obrażeń na ciele i umyśle i przede wszystkim z uśmiechem na twarzy!

PS. Jeżeli ktoś jest ciekaw, jak wygląda nasze życie od tzw. ślepej kuchni zapraszam do bloga Hegemona http://www.swiathegemona.pl/. Nie ograniczajcie się jednak wyłącznie do postu, który Autor, z jakiegoś nieznanego nam powodu, poświęcił Godgie ... przepraszam Gotkiewiczom, ale wgryźcie się w niego soczyście (w blog, a nie w Autora), gdyż naprawdę warto, ponieważ pełen jest niebanalnych, bardzo mądrych i ciekawych tekstów oraz setek profesjonalnych fotografii.

PS.2. Jeżdżenie po gŁosinych lekarzach wymaga czasu, więc wybaczcie niepunktualność w odpowiedziach i w komentarzach.