O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biebrza.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biebrza.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 czerwca 2017

Błotnista garkuchnia.


Tym razem postanowiłem na chwilę odpocząć od zwierzaków i widoczków, gdyż za chwilę będzie tego naprawdę dużo. Przyznam, że naiwnie pomyślałem, że być może zżera Was ciekawość, jak wyglądają nasze wyprawy od tzw. garkuchni, ale gŁoś uzmysłowił mi, że pewnie guzik Was to obchodzi. Ponieważ jednak miałem już przygotowane fotki i nie chciało mi się obrabiać kolejnych, zamieszczam to, co mam.
Tę, niewątpliwie fascynującą (dla mnie) opowieść chciałbym zacząć od tego, że w miejsce, interesujące nas pod względem przyrodniczym, trzeba jakoś dotrzeć. Sposobów na to jest bez liku, czyli jakieś pięć. W naszym przypadku, przede wszystkim jest to samochód.



Przyroda, to jednak dzicz, więc zdarza się, że zastane warunki uniemożliwiają skorzystania z auta. Można się oczywiście na to wszystko obrazić, ale można też przekląć Matkę Naturę, zapakować graty na plecy i ruszyć pieszo.



        
       Oczywiście metoda błotnistego marszobiegu jest obarczona całą masą wad, z których największą jest powolność. Dlatego też, gdy musimy dostać się w jakieś miejsce, w miarę szybko, zaczynamy kombinować. Zdarza się nam np. "pożyczyć" konie, których na szczęście na Podlasiu nie brakuje, więc właściciele zwykle podchodzą do tego z uśmiechem, poprzestając na wytarzaniu nas w smole i murszu oraz przegnaniu, za pomocą wideł i pochodni, poza granice gminy.


       Tarzanie w ciepłej smole bywa nawet przyjemne, ale ściąganie jej ze skóry, już niekoniecznie. I z tej to właśnie przyczyny, na koniopożyczanie decydujemy się wyłącznie w sytuacjach skrajnych. Znacznie częściej zaglądamy natomiast pod wiejskie sklepy, gdzie możemy zrobić użytek z nożyc hydraulicznych, które dostaliśmy dwa lata temu pod sztuczną choinkę.
     



       Trzy, wyżej wymienione, metody są oczywiście skuteczne, ale tylko do chwili, gdy na przeszkodzie stanie nam ciek wodny, zwany w gwarze podlaskiej - rzeką.  W takim przypadku nogi, koń i rower raczej nie zdają egzaminu. Bez trudu zdadzą go jednak ponownie - wspomniane już - nożyce, czyli ciachu, ciachu ...




... i voila!




       Każdy dzień w terenie, zaczynamy od filiżanki aromatycznej kawy, czyli tak naprawdę od półwiadra rozpuszczalnej z mlekiem i cukrem (gŁoś) oraz bez mleka i cukru (ja). Ponieważ Podlasie, to nie Wiedeń (choć czasem trudno w to uwierzyć), nie spotkacie tam zbyt wielu kawiarń, automatów lub gapowatych kawoszy. Zmuszeni jesteśmy zatem przyrządzać napar sami i to często w bioróżnorodnych warunkach, czego przykładem może być ta, zagubiona wśród moczarów, mikrowysepka  ...


... lub, widoczne poniżej, kamulce na polu.






... a czasem zaniedbana łąka.




       Śniadania jadamy rzadko, gdyż połowa z nas, z jakiegoś powodu, często boczy się na ten - nie bójmy się tego określenia -  najważniejszy posiłek dnia, ale ... 




... ale gdy już się na to zdecydujemy, idziemy na całość, co widać poniżej. Żeby przyrządzić taką porcję jajecznicy, potrzebujemy co najmniej tuzin jaj cietrzewia, a te, jak wiecie, są coraz trudniejsze do zdobycia, podobnie z resztą, jak - smakujące pomidorkami - pomidorki.


       Tak, jak już kiedyś napisałem, fotografujemy zwykle o świcie i późnym popołudnie.m W ciągu dnia zwykle odkładamy sprzęt i zajmujemy się czymś innym, jak np. otwieraniem i zamykaniem samochodowych drzwi ...


... lub po prostu rozmową z rdzennymi mieszkańcami Doliny.


       Około godziny 14.02 nadchodzi czas obiadu. W odróżnieniu od śniadania, nie jest on specjalnie wyszukany. Ot, jakiś gotowiec do podgrzania lub coś, co uda nam się znaleźć lub dogonić.




       Wieczór w Dolinie, to czas odpoczynku, insektów i ogniska. Czasem palimy je jawnie ...




... a czasem (zwłaszcza po użyciu nożyc) - nie.



       Schyłek dnia, to także doskonały czas na sieciowy surfing w poszukiwaniu zdjęć, które można bezkarnie ukraść i zamieścić w blogu, jako własne. W tym celu najczęściej eksplorujemy strony fotografów z państw rozwijających się, gdyż z doświadczenia wiemy, że są zazwyczaj chorzy, nie stać ich na prawników i nie będą dochodzić swoich praw.



... stronka widoczna poniżej, to "dzieło" jakiegoś fotografa z Jakucji. Totalny chłam, ale co robić, jak siada bateria w laptopie i nie da się szukać dalej? Kliku, kliku i już mamy gotowy post, bez konieczności szlajania się po wertepach.

       Wreszcie dzień dobiega końca, a zatruty świeżym powietrzem kadłub i kończyny łakną odpoczynku. Jak już zapewne wiecie, najczęściej sypiamy w samochodzie, ale ...


... czasem także w namiocie, o ile oczywiście ktoś w okolicy taki rozbił i zapomniał zabezpieczyć.

       Na zakończenie nie sposób wspomnieć o najważniejszym, czyli - o fizjologii. Jako ludzie mieszkający w mieście wojewódzkim, nie chcemy biegać w krzaczory, jak jakiś - nie  ubliżając niczemu - jenot. Dlatego też, wszędzie tam, gdzie zostajemy na dłużej, budujemy toalety z ogólnie dostępnego materiału lub ...





... korzystamy z gotowych, które można kupić w drogich sklepach dla turystów (rury wystające z toalet, to część skomplikowanego systemu wentylacyjnego).



I to byłoby na tyle.



PS. Gdyby ktoś był zainteresowany zakupem używanych rowerów, łódek lub koniny, zapraszam na stronę http://glosbagien.blogspot.com/

PS. 2. BEZINTERESOWNA REKLAMA. Jeżeli będziecie kiedykolwiek w Goniądzu, bezwzględnie idźcie na domowe lody, które można kupić w małej budce, tuż przy skwerku w centrum miasteczka. Nie jestem fanem słodyczy, ale ten łakoć, to coś, co może uzależnić!




piątek, 16 maja 2014

Znowu o rycykach.



W filmie „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana jest scena, w której Skrzetuski - poseł księcia Wiśniowieckiego, płynie łodzią po Dnieprze na Sicz. Nie o historii chcę jednak napisać, ale o … rycykach, których całe stadko pojawia się w pewnym momencie na ekranie. Przyznam szczerze, że o ile samego filmu zbytnio nie cenię, to wracam do niego czasem dla tego właśnie fragmentu.
Jak już kiedyś wspominałem, rycyk jest moim zdecydowanym faworytem w ptasim świecie. Bagna Biebrzańskie, zwłaszcza wiosną, to setki gatunków, ale ten jeden budzi we mnie szczególne emocje. Rycyki występują prawie w całej Dolinie, ale jeżeli chce się mieć stuprocentową pewność spotkania, trzeba wybrać się na groblę prowadzącą do Białego Grądu. Co prawda w tym roku z powodu wyjątkowo niskiego stanu wody ptaki przeniosły się w głąb łąk, ale w dalszym ciągu są widoczne i słyszalne.
Ważne dla fotografujących jest to, że rycyki w odróżnieniu od takich np. czajek czy batalionów nie są przesadnie płochliwe i pozwalają się obserwować z niewielkiej odległości. Od czasu do czasu pojawiają się nawet osobniki, które prawdopodobnie nie wiedząc, co to jest dystans ucieczki, bez cienia strachu przechadzają się pod nogami turystów.
Rycyki na łące czy drodze to coś, co zawsze cieszy oczy, ale zawsze szczególne wrażenie robi na mnie widok tych ptaków przesiadujących na pozostałościach starych płotów czy wbitych w łąkę tyczkach. Z zacnej rodziny bekasowatych, tylko one i kszyki opanowały tę sztukę, choć w tym roku udało mi się po raz pierwszy spotkać odpoczywającego na kołku krwawodzioba.
Rycyki pozostaną nad Biebrzą do końca lata. Potem, gdy młode pokolenie posiądzie już umiejętność latania, ruszą na zimowiska. W czasie migracji pojawią się też i u nas, więc warto ich wypatrywać w czasie jesiennych eksploracji warmińskich rozlewisk.