O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

sobota, 18 marca 2017

Zakopanie.



Wiosna, to tradycyjny czas zakopania. Nie, to nie jest błąd. Chodzi mi właśnie o ZAKOPANIE.
Naszą przygodę z profesjonalnym zakopywaniem się samochodem, zaczęliśmy stosunkowo niedawno, a nie - jak większość – w wieku określanym, jako juniorski. Szybko okazało się jednak, że mamy do tego szczególny talent, więc na pierwsze sukcesy (i, jak się później okazało, niestety także porażki) nie musieliśmy czekać zbyt długo.
Nasze, pierwsze, skuteczne zakopanie miało miejsce w 2014 r. w Dolinie Biebrzy, gdzie ugrzęźliśmy … dwieście metrów od wsi i dwadzieścia centymetrów od grobli, która wiedzie na grąd zwany Białym. Wyglądało to tak niewinnie i niedorzecznie, że mijający nas wieczorem ostatni ptasiarze i pierwsi kłusownicy, byli przekonani, że nic się nie wydarzyło, a my przystanęliśmy na chwilę na poboczu, by wchłonąć resztki przedwiosennego wieczoru. Tak, czy siak, to właśnie wtedy dotarło do nas, że z fotografią przyrodniczą może być różnie, ale w zakopywaniu się - możemy osiągnąć szczyty.
Niestety - jak to bywa w sporcie - po pierwszym, debiutanckim sukcesie nastąpiło tąpnięcie formy i na kolejne zakopanie musieliśmy zaczekać ponad pół roku. Było jednak warto, gdyż po wspomnianych, chudych miesiącach, nadeszły te tłuste. Wiosną 2015 roku wjechaliśmy w Dolinę i … od razu sukces! Niewinnie wyglądające koleiny w bagiennym lesie, pozwoliły nam odbudować się psychicznie i uwierzyć, że to jeszcze nie koniec naszej kariery. Potem było kilka pomniejszych osiągnięć na Warmii, choć to trochę inna odmiana uprawianej przez nas dyscypliny, gdyż nad Biebrzą startujemy zwykle w kategorii „TORF”, a tu, z braku takowego, – w kategorii „GLINA”. Muszę przyznać, że rok 2015, to był w ogóle szczególnie udany rok, gdyż dzięki naszemu uporowi, odpowiednio dobranemu kompletowi opon oraz huraganowi Ksawery, skompletowaliśmy tzw. „Wielkiego Szlema Zakopań”, czyli do torfu i gliny dorzuciliśmy śnieg, a wszystko to dzięki grudniowej wyprawie na żubry!
Rok 2016, miał być - co zgodnie twierdzili wszyscy eksperci - bezsprzecznie naszym rokiem, jednak nie do końca przemyślany zakup nowych opon oraz susza, spowodowały, że nadzieje okazały się płonnymi i choć w „GLINIE” cały czas plasowaliśmy się w ścisłej czołówce, ewidentnie zabrakło nam tego czegoś. No cóż. Koło fortuny zatrzymało się w niekorzystnym dla nas położeniu i ten rok zakończyliśmy tylko z jednym, a i to tylko częściowym wpakowaniem się w zaspę.
Taka fartowna sinusoida niejednego doprowadziłaby do pogłębionej frustracji lub nawet do zakończenia kariery. My jednak zawsze wierzyliśmy w swoją szczęśliwą, torfowo-gliniastą gwiazdę i ta wiara po raz kolejny zaprowadziła nas na najwyższe miejsce na podium. Trzy tygodnie temu pojechaliśmy na żurawie i … tak, zgadliście ! Zakopaliśmy się!!!! Mało tego! Po raz pierwszy w historii naszych startów (i prawdopodobnie całej dyscypliny), utknęliśmy w torfie i w glinie jednocześnie! 
Mamy dopiero połowę marca, więc przed nami jeszcze prawie cały sezon. Ufamy, że przez ten cały czas, będziecie kibicować naszemu zakopywaniu i, przede wszystkim, wpłać datki. 
Piszę o tym wszystkim po to, by pokazać Wam, że sukces można osiągnąć praktycznie we wszystkim i to niezależnie od wieku. Potrzebna jest tylko wiara w siebie, odrobina talentu, konsekwencja i niepoddawanie się niepowodzeniom. Przy okazji chciałem serdecznie podziękować wszystkim członkom naszego team`u: traktorzystom, przygodnym wypychaczom, pomocnym kierowcom terenówek i pracownikom pomocy drogowych. Bez Was Kochani, nasze sukcesy byłyby po po prostu niemożliwe. 

PS. Firmy zainteresowane zamieszczeniem banerów reklamowych na naszym samochodzie i naszych ubraniach terenowych, prosimy o kontakt na adres mailowy zamieszczony na stronie: http://www.fotohistorie.pl/
PS. Wiem, że żurawie już były, ale co zrobić, gdy jest wiosna i same wyłażą przed obiektyw? 

























poniedziałek, 13 marca 2017

Konkurs.

Praktycznie poza dwoma przypadkami nie startowałem i nie startuję w konkursach fotograficznych. Powodem jest zwykle brak rozeznania w konkursowym półświatku lub notoryczne przegapianie wszystkich możliwych terminów nadsyłania zdjęć. Co prawda każdej, sylwestrowej nocy składam sobie solenne przyrzeczenie, że ta sytuacja ulegnie wreszcie zmianie, ale zwykle następnego dnia kompletnie o tym nie pamiętam
Ostatni konkurs odbył się jakoś tak w pierwszej połowie lutego, choć nie wykluczam, że był to początek marca lub nawet koniec stycznia. Nieważne. Oczywiście przypomniałem sobie o tym fakcie jakieś dziesięć minut przed upływem terminu, więc nawet nie próbowałem powalczyć. Nie w tym jednak rzecz. Rzecz w tym, że pewien Ktoś zdjęcia wysłał i zaczęła się wesoła zabawa polegająca na wymianie korespondencji pomiędzy nim, a jednym z organizatorów. 
Otóż, jak wynikało z pierwszego maila, samo wysłanie zdjęć, to dla szacownego grona oceniaczy cudzej twórczości fotograficznej - zdecydowanie zbyt mało. Należało bowiem dodatkowo opisać, jak owe prace powstały. No cóż. Pan każe, więc Ktoś dołączył krótki opis w stylu "zdjęcie jelenia na warmińskim rykowisku - jesień 2016" i zadowolony ze spełnionego obowiązku usiadł wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na werdykt. Stan ten nie trwał jednak przesadnie długo, gdyż po dwóch kwadransach pojawił się mail od organizatora z informacją, że dodany opis jest zdecydowanie zbyt lakoniczny. Szacowny dysponent nagród oczekiwałby mianowicie podania parametrów zdjęć oraz specyfikacji sprzętu. Nasz Ktoś zasiadł zatem do komputera i ubogacił swój opis pożądanymi szczegółami, po czym zadowolony, wstał od biureczka, ale tylko po to, aby zasiąść przy nim ponownie, gdyż na ekranie wykwitła kolejna korespondencja od konkursowego interlokutora. 
Z lektury najnowszego maila wynikało, że takie ogólniki, może i przeszłyby na jakimś - pożal się Boże - zakichanym World Press Phocie, ale nie u nich! Specyfikacja sprzętu nie oznacza bowiem, li tylko, podania marki i modelu aparatu oraz obiektywu, ale wszystkiego (!), co towarzyszyło tworzeniu fotki, czyli statywu, monopodu, głowic, filtrów, wężyków itd. itd. Nasz ciągle cierpliwy, acz lekko już poirytowany Ktoś po raz kolejny siadł na komputerowym zydelku, cierpliwie powypisywał wszystkie te - jakże niezbędne w ocenie zdjęcia - informacje, po czym wyczerpany padł na łóżko i zasnął.
Następny dzień przywitał Ktosia nieskazitelnym nieboskłonem, pastelowymi kolorami brzasku, odgłosami uwodzących się przedwcześnie sikor oraz, a jakże ... mailem. Z nocnego lub wczesnoporannego listu wynikało, że w zasadzie wszystko jest OK, ale ... gdzie na Boga jest opis ciuchów, w które odziany był Ktoś w chwili, gdy utrwalał na matrycy zwierzaki widoczne na wysłanych zdjęciach?! Gdzie specyfikacja czatowni?! Poza tym osobnik po drugiej stronie internetu, poinformował Ktosia, że miło byłoby gdyby przestał się lenić i napisał kilka zdań na temat samych obiektów, a dokładnie ich biologii i statusu ochronnego! Tu kończy się ta opowieść, gdyż nie wiedzieć czemu, Ktoś w ułamku sekundy przeszedł ze stanu irytacji w stan zwany przez psychologów wkur... nadzłością i konkurs porzucił.
Wszystko to byłoby może i zabawne, gdyby nie fakt, że to - lekko tylko podkolorowana - prawda. Z drugiej strony, jak już wspomniałem, trochę tego Ktosia nie rozumiem. Pytali o PIN-y, fason bielizny i przebyte choroby z gatunku wstydliwych? Nie pytali! Więc może nie warto było się obrażać, tylko poświęcić konkursowi jeszcze kilkanaście roboczogodzin i kto wie? Może daliby jakieś wyróżnienie?






















środa, 8 marca 2017

Migawki z terenu XXIII,

Wpadłem z tymi Gruzinami, jak - nie przymierzając - przysłowiowa śliwka w kompot na bazie śliwowicy. Tak to już jednak bywa, że czasem człowiek chlapnie coś w dobrej wierze, a Pani Przyroda owo chlapnięcie w świat poniesie. Oczywiście solennie obiecuję, że wkrótce sprawę wyjaśnię, ale uwierzcie mi, że to nic spektakularnego. Ot, taka szutka niewinna, choć kwestia - w kontekście, której owa szutka zaistniała - już taką niewinną nie jest!
W tym poście miały być żurawie (będą w następnym), ale nie może być przecież tak, że dwa gatunki zawłaszczą całą wiosnę. Marzec, to przecież nie tylko gęsi i wspomniane klangorowate. To także inne, tak często nieludzko pomijane w sieciowych mediach - zwierzęta.
Tyle tylko, że nie o tym jest ten post.
Jak się tak najgłębiej zastanowić, to w przypadku fotografii przyrodniczej, wszyscy sfotografowali już wszystko. Wyjątkiem są, być może, organizmy żyjące gdzieś w czeluściach Rowu Mariańskiego, ale i w tym przypadku głowy bym nie dał, że jakiś na wpół oszalały trylioner, nie sfinansował już takiej ekspedycji i fajne foty ekstremalnie przydennych stworów, posiada. Poza jednak tego typu przypadkami, uzbrojony w aparat i chwytne kciuki Homo Sapiens dopadł już - czy nam się to podoba, czy nie - prawie każde, żyjące na Ziemi stworzenie.
Czy sfotografowanie wszystkiego oznacza zatem koniec fotografii przyrodniczej? No cóż. Raczej nie sądzę, że w sytuacji, gdy ten ponury fakt, dotrze wreszcie do zbiorowej świadomości fotografów przyrody, wszyscy oni porzucą sprzęt i popełnią zbiorowe samobójstwo lub - co gorsza - wyjadą do Warszawy. Myślę tylko, że definitywnie zakończy się era fotografowania samych zwierzaków, a rozwinie - fotografowanie wyjątkowych i ekstremalnych sytuacji. 
Weźmy takiego jelenia. Ma go w swoim archiwum zdecydowana większość fotografujących przyrodę, czyli kiepsko. Ale wystarczy pstryknąć fotkę kolorystycznie zdeformowanego przedstawiciela płowych na tle dorodnej biedronki-endemitki z lasku pod Białymstokiem i już jest lepiej.
Kogo dziś interesują fotografie kruków? Nikogo. Można temu jednak zaradzić w bardzo prosty sposób. Wystarczy, by na zdjęciach rzeczone kruki wcinały coś, co przed śmiercią figurowało w Polskiej Czerwonej Księdze w kategorii EXP lub w ostateczności - CR i już ludziska rzucają się do lajkowania.
Podobnie będzie z każdym innym zwierzakiem. Łoś o zachodzie słońca na turzycowisku? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda! Łoś o zachodzie słońca na płonącym turzycowisku? O! To nawet fajne!
Mam tylko nadzieję, że wszystko to nie pójdzie jeszcze dalej i nie doczekam czasów, w których na wystawy fotografii przyrodniczej będą wpuszczani wyłącznie dorośli, a i to tylko ci o wyjątkowo mocnych nerwach.

PS. Poniżej wiosenne dokfotki nieptaków i ptaków.