Czasem,
podczas zdjęciowych wypraw bywa tak, jak w prawie każdym polskim filmie – kompletnie
nic się nie dzieje i w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Miejsce
dobrze wybrane, pora dnia odpowiednia, zasiadka chytrze przygotowana, a zwierzaków
jak nie ma, tak nie ma. Pół biedy, kiedy taka sytuacja trwa godzinę, czy dwie. Gorzej
kiedy przeciąga się to na cały dzień. I co wtedy ma począć nieszczęsny fotoamator? No cóż, wyjścia są dwa. Można spakować sprzęt i wrócić do miasta. Można też pogodzić się z brakiem
biegających i latających i skupić się na martwej (pozornie) naturze. I tak
właśnie ostatnio zrobiłem.










