Odszczekuję swój
lipcowy post o jesieni. Pisałem go wiedząc, że wokół mnie jest cała masa
ptaków, a w perspektywie są jeszcze jesienne przeloty. To wszystko spowodowało,
że pycha wciągnęła mnie jak bagno. Za oknem świeciło lipcowe słońce, a ja, syty
niczym niedźwiedź po odwiedzinach barci, pisałem o dżdżu, kaloszach i półkożuszkach.
Dworowałem sobie w najlepsze, ale jak pokazały następne tygodnie, mocno się przeliczyłem.
Przeloty okazały się dużo mniej ciekawe, niż w ubiegłym roku. Co prawda, na
rozlewisku zostały jeszcze gęgawy i trochę ptasiego drobiazgu, ale wszystko to trzyma
się z dala od trzcin. Z blisko trzystu, zeszłorocznych, czapli białych pozostało dziesięć,
a może jeszcze mniej (ale o tym później).
Najsmutniejsze jest
jednak to, że z Warmią pożegnały się już żurawie. Wiem, że jesień to zawsze czas
odlotów, ale o ile prawie nikt nie zauważa migracji wilg, czy takich na
przykład żołn, o tyle jesienny, pożegnalny żurawi klangor może, mniej odporne
psychicznie jednostki, doprowadzić do załamania nerwowego. I doprowadza!












