O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

poniedziałek, 14 maja 2018

Opowiastka o klusze.

Tym razem biebrzańska fotkomieszanka na szybko. W następnych odcinkach pojawią się rycyki, potem coś tam z Warmii, a w dalszej kolejności rybitwy białoskrzydłe, rzeczne widoczki i te no … dywizjony.
Nie o ptakach jest jednak ten post tylko o jedzeniu na Podlasiu, a zwłaszcza o jednej potrawie, która występuje pod kilkoma nazwami i w kilkunastu, choć nie mogę wykluczyć, że i w kilkuset wersjach.
Kiedy byłem mały, rodzice samolubnie oddawali się pracy zawodowej, a mnie oddawali pod opiekę starszej wiekiem sąsiadki, która jako jedyna w całej Biebrzy, zgodziła się zaryzykować i przyjmować mnie pod swój dach na kilka godzin dziennie. Podobno byłem mało znośny (w odróżnieniu od mojego brata Mateusza), ale miałem jedną, wyjątkową zaletę, dosyć rzadko spotykaną w mojej, ówczesnej grupie wiekowej. Byłem mianowicie wyjątkowo pazerny na jedzenie, czyli, jak mawiają na Wschodzie - żarty. Pochłaniałem wszystko, co mi podawano w dowolnych ilościach i o dowolnej porze. Nie pamiętam oczywiście wszystkich potraw, którymi tuczyła mnie moja nieszczęsna opiekunka, ale dwie zapadły mi w pamięć do dziś. Był to mianowicie tzw. grzybek, czyli baaardzo gruby naleśnik z jakąś konfiturą i … kołduny. I o tych ostatnich jest właśnie ten post.
Kiedy pytam Niepodlasian o kołduny, praktycznie zawsze odpowiadają, że są to pierożki z baranim farszem, które zalewa się rosołem. Tymczasem kołduny, którymi zajadałem się w Biebrzy były ziemniaczanymi kluchami wypełnionymi mięsnym farszem i polanymi szczodrze tłuszczem ze skwarkami tudzież zarumienioną cebulą. I tu właściwie powinna kończyć się ta średnio fascynująca historia, gdyby nie fakt, że ćwierć wieku później w jakiejś knajpie pod Suwałkami zamówiłem nieznaną mi wówczas potrawę, która w karcie figurowała pod nazwą kartacze. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kwadransie czekania dostarczono mi talerz z surówką z kiszonej kapusty oraz dwoma ... kołdunami. Próba wyjaśnienia w czym rzecz, spaliła jednak na panewce, gdyż dziewczę od przemieszczania żarcia na trasie kuchnia-stoły, zapłoniło się okrutnie i dało solidnie zbudowaną nogę na zaplecze.
Kilkanaście lat później, podczas kolejnej wyprawy na Suwalszczyznę, wybraliśmy się do Mariampolu na Litwie celem zakupu zacnej ilości ziół w zalewie spirytusowej oraz adekwatnej liczby wędzonych, świńskich uszu do zakąszania powyższych. Lista krótka, więc sprawunki poszły nam niezwykle gracko i mogliśmy udać się na lancz do - położonego w centrum miasta/miasteczka - lokalnego przybytku gastronomicznego, gdzie zamówiliśmy cepeliny (zepelliny), które okazały się, a jakże ... kołdunami.
Lektura materiałów źródłowych o charakterze kulturowo-kulinarnym, uświadomiła mi, że sprawa jest wyjątkowo skomplikowana, a "moje" kołduny kryją się także pod nazwą klinków, litewskich kartaczów, a nawet pyz. Z autopsji wiem, że mogą być nadziewane wołowiną, wieprzowiną, grzybami, jagnięciną itp.. We wspomnianym Mariampolu mieli nawet wegetariańskie, czyli nadziewane twarogiem z czymś tam (Leno pomóż!) z tym, że nawet ta wersja tonęła w ciepłym, płynnym łoju ze skwarkami umajonymi uprażoną szalotką.
Podejrzewam, że już od trzeciego akapitu zastanawiacie się, co mi się stało i dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę? No cóż. Po pierwsze dlatego, że nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdyż w upały gwałtownie głupieję. Po drugie dlatego, że jestem głodny, a gdy jestem głodny, to (zapytajcie gŁosia!) mówię tylko o jedzeniu. Po trzecie wreszcie, chciałbym oddać hołd niezwykłej, podlaskiej gościnności. Otóż podczas ostatniego pobytu w Kapicach dotarła do mnie poufna informacja, że kilka domów dalej koleżanka Justyna ugotowała kołduny. Widząc moją minę, nieoceniona Majka wykonała błyskawiczny telefon i kilka minut później (choć było już po północy!) wrzecionowate frykasy podsmażały się wraz z naprędce posiekaną cebulą i boczkiem.

PS. Tym, którzy nigdy nie próbowali opisywanego smakołyku, polecam dwa sprawdzone adresy. Pierwszy z nich to "Restauracja pod Jelonkiem" w Jeleniewie http://www.podjelonkiem.pl/, a drugi, to opisywany już w tym blogu, "Bar Jarzębinka" w Supraślu https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g2429752-d8419922-Reviews-Bar_Jarzebinka_Restaurant-Suprasl_Podlaskie_Province_Eastern_Poland.html
PS.2. Standardowa porcja kołdunów/kartaczy/cepelinów itp., to dwie sztuki i wierzcie mi, że nie warto zamawiać więcej. Co prawda na - szeroko pojętym - Podlasiu funkcjonuje prastara legenda o tajemniczym przybyszu, który pojawił się nie wiadomo skąd, zjadł dziewięć kluch i zniknął, ale to tylko ludowa klechda ... chyba.






























68 komentarzy:

  1. Ale te najprawdziwsze z prawdziwych są właśnie z Litwy...ewentualnie od mojej Cioci ze Starego Folwarku (Suwalszczyzna) :) Ufff zgłodniałem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Stary Folwark ... ech! Byłem, choć nie jadłem ... a ta Ciocia nie mogłaby być naszą ... wspólną Ciocią?? Co Ci szkodzi Darek!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nooo... to ja nigdy tych kołdunów nie jadłam - okazuje się, ale jakoś nigdy wcześniej się nad tym nawet nie zastanawiałam. Jest w moim mieście taka słowiańska knajpka. Zapytam o kołduny - może będą mieli, bo do Mariampolu to ja się nie wybieram.
    Zwierzaki na zdjęciach wyglądają tak, jakby czekały na fotkę właśnie i doprawdy nie wiem jak to się dzieje ? Niezwykłe !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałuj ... lub nie:)) Jedzenie zaczyna się najprzyjemniej na świecie, a kończy osunięciem pod stół:)) PS. Nie wiem, czy czekają, ale chyba trochę nas lubią:)

      Usuń
  4. Phi, taki rarytas, a u mnie w domu rodzinnym praktycznie co tydzień były, na zmianę z pierogami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęściarz! Swoją jednak drogą, nie wyglądasz na takiego, który co tydzień zażerałby się kluchami. Czyli może nie szczęściarz, a raczej kontabulant:))

      Usuń
    2. Dawno mnie nie widziałeś :D

      Usuń
    3. Nie da się ukryć. Czyli, jak rozumiem jadasz do syta? :))

      Usuń
  5. No weź, zgłodniałam przez ciebie. Zjadłabym tych kulek z mięsem i cebulką i co tera. A nie mam,a ja żarłok jestem straszny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ja mam powiedzieć, jak siedzę w pracy o suchym pysku od rana, a mam jeszcze dwa wieczorne wykłady, więc najwcześniej zjem coś po 20!?

      Usuń
  6. U moich dziadków, choć zjadłbyś dokładnie kołduny to w życiu ich tak tam nie nazywali. Lokalna nazwa to bycuchy. Wyobraź sobie po samej nazwie cóż to za potworna potrawa:) I też bywały z twarogiem. Z całego postu najbardziej zdumiewające jest jaką twój żołądek ma wenę pisarską, a cała reszta romantyczne zdjęcia trzaska:)) Te łabądki w złocistościach i kura (maj-16) z traw wychylona......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz. Tej akurat nazwy nie znałem i nie znalazłem też w sieci. Ja tam nie mam złych skojarzeń z bycuchami, więc sobie z przyjemnością pożyczę, gdy już zacznę swoją kulinarną przygodę z kluchami:)) PS. To tzw. rozdwojenie żołądkowo-całoresztowo, bardzo dobrze opisane w literaturze naukowej!

      Usuń
    2. Mówisz, że znane? Kurcze lecę nadrabiać zaległości w wiedzy fachowej. Chyba że chodzi Ci o okresowe rozdwojenie jaźni między mózgiem właściwym i jelitowm.

      Usuń
    3. Nauka mknie do przodu, więc nie masz się czym przejmować, ale ... trafiłaś:)

      Usuń
  7. Po obejrzeniu zdjęć zapomniałam co miałam napisać...ale już wiem. Kołduny kojarzę zwykle z nadzieniem śliwkowym (z całych śliwek), a z mięsem to pyzy lub cepeliny.To chyba kwestia regionalna.
    Jak zwał tak zwał, ale narobiłeś mi apetytu, bo ja kluchy wszelkie uwielbiam, tylko bez rzeczonej omasty na tłusto:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas nazywało się to knedlami. Kołduny zawsze, ale to zawsze były z mięchem:) PS. Bez omasty się nie liczy!!

      Usuń
    2. Koniecznie z solonej słoniny, takie brązowe i chrupkie, temperatura taka, że po polaniu wszystko skwierczy i aż się pieni! :)
      Swoja drogą, taki wrzący tłuszcz to patent na niezwykły zapach potrawy. :)

      Usuń
    3. Dokładnie! Boczkiem tego nie zastąpisz, choć na bezrybiu i rak bywa słoniną:)

      Usuń
    4. Faktycznie, knedle!
      Co do skwierczącego na patelni - znam z opowieści ojca powrót jego kolegi do domu. Żona zostawiła mu kolację w kuchni na stole, a on nie chcąc budzić rodziny zjadł po ciemku. Rano dziękuje żonie za chrupiące skwarki, a ona na to, że to chyba karaluchy, bo skwarek nie dodawała...

      Usuń
    5. :))) Znam podobną historię. Mam znajomego, który z ojcem i bratem prowadzą bardzo duże gospodarstwo rolne. Jego matka mieszka w Olsztynie i codziennie dowozi im jedzenie. Dwa lata temu podczas żniw, chłopaki harowali od świtu do świtu, gdyż znalezienie chętnych do pracy graniczyło z cudem (w okolicy wszyscy są chronicznie chorzy lub wystarcza im zasiłek). Nocą zwlekli się z kombajnów weszli do kuchni, gdzie namacali jakiś garnek, podgrzali zawartość, zjedli i padli. Następnego dnia jak zwykle pojawiła się matka/żona i chłopaki podziękowali jej za pyszny kapuśniak. I wszystko byłoby idyllicznie, gdyby nie fakt, że żadnego kapuśniaku nie było. Był za to kilkudniowy rosół stojący poza lodówką:)

      Usuń
    6. No nieźle, ciekawe czy do wychodka było daleko?

      Usuń
    7. To twarde chłopy, więc strawili :)))

      Usuń
  8. Witaj, Wojtku.

    "...nadziewane twarogiem z..." podejrzewam, zasadniczo, gotowaną kartoflą i marjankiem:)

    U nas, prócz kartaczy (co nie dziwi) i kołdunów (co też nie dziwi:)) funkcjonowała nazwa "kajliki" (co po dłuższym zastanowieniu również - nie dziwi, jako, że "der Keil" to po prostu "klin").
    Mogę dodać, że z technicznego punktu widzenia kołduny różnią się od kartaczy recepturą ciasta:) Wiem, bo robię i jedne i drugie:)

    Cudnie udało Ci się uchwycić tę rozdartą błyskiem stal. A ostatnie dwa mogłyby być wizualnym Wstępem i Zakończeniem do "Takiej Gry" Morrisona:)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo coś tam jeszcze dodatkowego ewidentnie było. Teoretycznie masz rację, tylko dlaczego smakują praktycznie tak samo? PS. Dziękuję. Na 100 zdjęć wyszło to jedno, gdyż podlaskie burze nie chciały współpracować:) PS. A dlaczego?

      Usuń
    2. Do ciasta na kartacze (suwalskie) używa się tylko surowych ziemniaków, więc jest ono bardziej szkliste, a ponieważ wchłania więcej bulionu, także bardziej soczyste niż kołdunowe, do którego dodaje się też gotowane ziemniaki:)

      "Taka Gra", a właściwie "The Lizard King" kojarzy mi się z przełamywaniem barier czasu, Uroborosem, albo "snem we śnie", incepcją, a (jak sobie dopowiedziałam:)) księżyc przesuwa się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek...
      Nie wiem, czy tego dotyczyło drugie "dlaczego". Nie wiem też, czy masz siłę na ciąg dalszy moich skojarzeń, więc na wskazówkach poprzestanę:)

      Pozdrawiam:)

      Usuń
    3. Wkrótce muszę spróbować sam coś ulepić, gdyż te kapickie śnią mi się po nocach:) Myślę, że przeczytałem nie ten wiersz, który powinienem, ale masz rację. Jestem po trzech wykładach i intelektualnie lepiej ze mną nie zaczynać:))

      Usuń
  9. To jest kuźwa niemożliwe, że ja czytam sam początek i już się śmieję. Ty wiesz, że mnie choróbsko wstrętne chwyciło i siedzę w domu, ale przynajmniej Twój post podarował mi czystą radość. :)))))

    Ja jestem straszny żarłok, wprawdzie nie jem mięsa, ale no jestem obżartuch. hihihih Mnie tam tekst o Kołdunach bardzo się podoba, niezwykle śmieszny i przeczytałam bardzo zaciekawiona. Nawet bratu opowiedziałam, cóż ja tu czytam fajnego. :D Nie wiem, jak u Ciebie, ale u mnie nieco chłodniej i niech tak zostanie. hehe

    Bardzo klimatyczne, piękne zdjęcia. Uwielbiam burzowe niebo. :) Pozdrawiam... wyglądając jak istny upiór. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie to, jak zawsze, cieszy, gdyż po to właśnie jest ten blog:))) gŁoś też jest wegetarianką i czasem mnie to wkurza (dwa różne obiady), a czasem cieszy (brak konkurencji:))) Dziękuję. Akurat taka aura zapanowała w maju na Podlasiu:) PS. Zdrowiej szybko i ruszajcie na szlaki!

      Usuń
  10. I tak historia zatoczyła koło!
    Koło zatoczyło się dalej
    A dalej to już tylko absolut!

    A o kołdunach czytałem u Wańkowicza, a Melchior wszak litwinem był, a znajomą miałem z Litwy, a co ja się jej na okoliczność kołdunów naindagowałem, a okazało się że u nich to kartacze, a to ci heca.

    A propos... Zdjęcia wasze walą w zwoje i stąd takie bredzenia moje.
    Przekaż gŁosiowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie koło, tylko elipsa:) Szkoda, że podczas pobytu w Augustowie nie natrafiliście na budę z kluchami. Jesz je rano i masz z głowy pozostałe posiłki:)) PS. Dzięki Maciek. Przekażę!

      Usuń
    2. śmy natrafili... to prawdopodobnie o mnie krążą owe legendy o tym co dziesięć zjadł i miał siłę chodzić... ;-)

      Usuń
    3. Przepraszam, że nie doceniłem:))) PS. A nie wygładzasz na takiego, ale cóż znałem paru szczuplaków, co mogli. Najlepszych przykładem jest gŁoś, po której nigdy i niczego nie dane mi było dojeść:))))

      Usuń
  11. Tez miałem problem z jedną knajpiarą, która pierogi nazywała kołdunami, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, ale to chyba ona miała racje i rzeczywiście to są pierogi. Natomiast do tych kartoflanych przylgnęła na Podlasiu i Kurpiach nazwa bardziej wymawiana jako kałdun, a to z racji okrągłego kształtu i wydatnej wielkości, z zawartością w środku.
    Piszący te słowa jadał takowe i sam przyrządzał, w ilościach hurtowych, jako że organizujemy sobie blogowy zlot, zwany Kartofliskiem, a w dzieciństwie wiadomo - pogranicze Kurpi i Podlasia. :)
    Fotki zjawiskowe! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba faktycznie wszystko rozbija się o tę jedną literkę, choć obie nazwy występują równolegle (być może zależy to również od dykcji kucharki:)) Po opisanej nieoczekiwanej kolacji zacząłem zastanawiać się nad spróbowaniem swoich sił w robieniu kluch, zwłaszcza że namierzyłem w Olsztynie świetny sklep mięsny. Problem tylko w tym, że gŁoś przeszedł na wegetarianizm i nie wiem, czy będzie mi się chciało tyrać tylko dla siebie :)) PS. Dziękuję:)

      Usuń
    2. Zrób kluchy i dwie wersje farszu - jedną porządną, a drugą z twarogu, kartofli, pieprzu i cebuli - coś jak na ruskie. Można do tego jeszcze jakiś kiełki i korzonki dodać, żeby było bardziej wege, polać to oliwka z cebulka, a na wierzch posypać np. rzeżuchą drobno posiekaną, albo lepiej wcale nie siekać i będzie dobrze. Gotowanie zacznij od tych postnych, żeby nie było że wege nie są odpowiednio "koszerne", a tobie to wszystko, jedno czy wcześniej były te z serem. :D :D :D
      Można też sprawdzić czy np. tofu i ser żółty się nie pogryzą z czosnkiem i majerankiem? :)

      Usuń
    3. To jest myśl i to myśl od razu przedyskutowana ze wspomnianą Barierą, która zapaliła się do Twojej receptury:)) W ten weekend nie damy rady (z resztą rzeżucha nie wzejdzie), ale w przyszły i owszem. We wspomnianym sklepie można kupić mieloną baraninę, więc zacznę chyba od tego:) Dzięki Knieziu!!

      Usuń
    4. A do mielonej baraniny dodaj mieloną wieprzowinę i wołowinę - to dopiero będzie wypas! :D :D :D

      Usuń
    5. Takoż uczynię i zdam relację z obżarstwa!

      Usuń
  12. No trudno - narażę się wszystkim po kolei... ale nie znoszę kołdunów, kartaczy, zepelinów i innych takich paskudztw.Są dla mnie po prostu za tłuste. Coś tak obrzydliwego jadłam w Trokach z widokiem na przepiękny zamek i w samym Wilnie też.

    Ale za to wyjątkowo pochwalę zdjęcia.
    :-)))
    Bo wszystkie są debeściaki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Troki, to taka ściema dla turystów. Gdybyś spróbowała kluch z małej knajpki lub, najlepiej, domowych, myślę że zmieniłabyś zdanie. Oczywiście są nieco tłuste, ale tylko wtedy gdy za bardzo zleje się je tłuszczem spod skwarek. Bez tego bywają nawet suchawe:)) PS. To oczywiście zasługa Podlasia:)

      Usuń
  13. Jestem glodny i rozczarowany. Glosdny - z oczywistych wzgledow. A rozczarowany dlatego, ze nie ma ani jednego zdjecia kluch! Niedopuszczalne. Inne zdjecia tez sa ladne, no ale kluchy... Dodam, ze miescie Lodzi, kluchy zwane sa z niemiecka Zeppelinami, pewnie ze wzgledu na ksztalt przypominajacy dawne sterowce (i prosze - jest akcent lotniczy). W porywach jestem w stanie zjesc ich sztuk 3-4 :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim pomyślałem o aparacie, kluch już nie było:)) Popatrz, czyli można je dorwać nawet w centralnej Polsce, a ja byłem przekonany, że to tylko Ściana Wschodnia:) Czterem nie dałem rady nigdy, a anorektykiem nie jestem:))

      Usuń
  14. Zdjęcia niesamowite i te w dzień, i te z wieczora, nad ranem i nocą, w czasie pogody i w czasie burzy. Potwierdzam, że przydałyby się zdjęcia klusek, których jestem fanką. I nie jet ważna nazwa ani dodatki.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ultro i obiecuję, że następnym razem przygotuję cały fotoreportaż:))

      Usuń
  15. cepeliny chyba tylko kształtem różnią się od kartaczy - te pierwsze mają kształt sterowców, a te drugie balonów. Ciężkie, syte i po dwukluskowej porcji dzień się staje ociężały. Rozmawiałem z kimś, kto podobno osiem dal radę. jakoś nie uwierzyłem. o pierożkach faszerowanych mięsem i podawanych w rosole jako kołduny nie tylko słyszałem, ale i jadłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca balonów. Raczej sterowców po lekkim karambolu w korku:)) Ja je trawię dosyć szybko, ale na raz - wyłącznie dwa lub trzy. Osiem, to fizycznie niemożliwy wyczyn ... chyba, że to był ten tajemniczy przybysz :))) A ja tych właściwych właśnie nie!

      Usuń
    2. kartacze są kuliste, ale tak ciężkie, że jak siądą na talerzu, to kucają i już nie wstają, bo aż tak sprężyste nie są - grawitacja wygrywa.
      w Suwałkach można kupić w sklepie - pakowane po dwa. woziłem do domu. a oprócz z tego woziłem kindziuki i sękacze, bo to pyszne jest.

      Usuń
    3. Bo nie ćwiczą mięśni ud, jak większość pakerów:) Dokładnie dziś zapytałem o to moją doktorantkę, która pochodzi z Suwałk i obiecała, że kopnie się do Jeleniewa:) Co prawda przymierzam się do samodzielnej produkcji, ale te spod Jelonka muszę mieć:)) Kindziuki najlepsze są w Puńsku. Kiedyś podczas jakiejś wyprawy kolega kupił całą kulę i chronił, jak oka w głowie. Kiedy jednak podczas pakowania się przed powrotem do Olsztyna wyciągnął ją z lodówki, zdziwiła go niewielka masa smakołyku. Okazało się, że kindziuk został precyzyjnie przecięty, wyżarty w środku i sklejony na powrót smalczykiem. Wszyscy poszli w zaparte i kumpel nigdy nie dowiedział się kto był kindziukowych skrytożercą:)))

      Usuń
    4. ja jeździłem 4 lata w delegacje do Suwałk.za pierwszym razem, kiedy tambylec pomagał mi w pracy i rozeznaniu w terenie poprosiłem, żeby mnie zaprowadził tam, gdzie zjem coś, czego w domu nie mam. Pokazał miejsce ,a później, t już mnie zapraszał do siebie do domu - u niego przeżyłem trzęsienie ziemi!!!
      Z tego co mówił okolica nie wyobraża sobie wódeczki bez kindziuka - to taki pemmikan w wersji wschodnioeuropejskiej - Janza - tak nazywała się firma bodajże = skosztuj proszę - trudno o coś zbliżonego do tego wyrobu. Jak raz przywiozłem kilową gomółke, to za każdym wyjazdem zamówienia rosły. Zanim skończyłem zlecenie targałem do domu 8 kg kindziuka i ze cztery sękacze minimum 30 cm wzrostu. Masz blisko - w samym centrum Suwałk mozna było zjeść kartacze, kiszkę i babkę ziemniaczaną i kupić dowolnie dużego sękacza.
      jeśli żołądek Ci pozwala na takie rozkosze, to warto chyba odwiedzić i zrobić zapasy - kindziuki były tylko na targowisku - dwa razy w tygodniu - bodajże wtorki i czwartki. wstyd powiedzieć, ale czasami monopolizowałem czwartki i wygarniałem ze sklepu prawie wszystko. tubylcy pokażą paluszkiem targ na pewno - gościnni ludzie. Bardzo

      Usuń
    5. Namawiam gŁosia od lat na wyprawę na Suwalszczyznę, ale ponieważ nie ma tam łosi, pewnie nic z tego nie wyjdzie:))) Na szczęście w mojej Katedrze jest dwójka doktorantów z tamtych stron, więc czasem składam zamówienie i towar przyjeżdża. Co prawda gomóła, to dla mnie za dużo, ale wokół czai się tyle sępów, że problem sam się rozwiązuje. Tak na marginesie, polecam Ci jeszcze litewski twaróg-nietwaróg. To coś kształtem przypomina nasze łezki w plastiku, ale jest twarde i nasycone ziołami. Niebo w gębie! Podobne serki podpuszczkowe, ale lepsze (z czosnkiem, czarnuszką, suszonymi pomidorami, chilli itp.) robi nasza przyjaciółka z Podlasia, więc gdybyście byli zainteresowani mogę podać nr telefonu i Majka wyśle je Wam pocztą:)

      Usuń
    6. Borze Szumiący! Słyszysz i liści nie ronisz na te herezje!
      Patriotyzm lokalny we mnie faluje i tylko dzięki naukom Miszcza Karasia z Rosochatego Rogu się nie pienię!
      Kto Ci wcisnął taką ciemnotę, że u nas nie ma łosi???
      Z Kopytkowych mamy nie tylko sarny, jelenie, żubry i łosie, ale w okresie zimowym nawet turonie!

      Pozdrawiam:)

      Usuń
    7. Zdaniem gŁosia, mieć łosie, to nie znaczy mieć ich kilka. Zdaniem gŁosia mieć łosie, to mieć ich kilkaset, a tylu nie macie:))) PS. O co chodzi z tym Karasiem? Pytam, gdyż przypadkowo znam Karasia (Maćka), który pomieszkiwał kiedyś na Suwalszczyźnie.

      Usuń
    8. łosie mam w nosie, ale taki serek... wolałbym inną drogą prowadzić do spełnienia. Lena ma to na bieżąco, więc nie docenia - ja mam do Suwałk pociągiem 731 km - wszystko ta jest inne i zachwycająco nieznane. pamiętam, jak zapytałem panię, czy jak zamówię pozycję nr 3 na liście (takiej z literek plastikowych wciskanych w szparę linijki typowo historia w mlecznych barach PRL) czy to co otrzymam to zupa, czy drugie danie. patrzyła na mnie jak na chorego psychicznie, dopiero, kiedy przyznałem się do kresów zachodnich objaśniła mi całe menu - poza soczewiakami suwalskimi skosztowałem chyba wszystko.

      Usuń
  16. Lubię pierogi i wszelkie kluchowate, ale po przeczytaniu Twojego opisu doszłam do wniosku, że prawdziwych kołdunów chyba nie jadłam. Twoje posty czyta się zawsze z zaciekawiającą przyjemnością i podejrzewam, że mógłbyś napisać nawet o miotle stojącej w kącie ciekawie i dowcipnie;) Zdjęcia cudne, zwierzęta jak modele, magia światła na wodzie i prawdziwa natura rankiem, dniem i nocą. Robi wrażenie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A powinnaś i dlatego przyjeżdżaj na Wschód!! Bardzo mi miło, a na dodatek podsunęłaś mi pomysł na post:))) Dziękuję serdecznie:)

      Usuń
  17. Szybko przewijałam zdjęcia i dopiero jak piorun strzelił zorientowałam się, że kluchów szukam! Teraz muszę zacząć od początku...
    Pewna podlaska restauratorka tłumaczyła mi, że różnica polega na nadzieniu- do jednych wkłada się surowe mięso, do drugich gotowane. Ale nie wiem co do których.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo żarłem je tak szybko, wszystkie fotki wyszły nieostre:)) Ciekawe, że znalazłem artykuł naukowy na ten temat. Autorka (z Uniwersytetu Grańskiego)przeprowadziła analizę źródeł pisanych, w tym tych wiekowych i ... stwierdziła, że dalej nie wie, o co w tym wszytskim chodzi:)))

      Usuń
  18. Jeszcze nie jadłam kołdunów, ale jak wybiorę się w tamte rejony, to na pewno spróbuję :) Ciekawe kadry!

    OdpowiedzUsuń
  19. Wybierz się, gdyż warto. Na Suwalszczyźnie też są góry (górki), które wato przedeptać:)

    OdpowiedzUsuń
  20. Jadłem, ale pod tą litewską nazwą, w jakimś barze w drodze powrotnej z... Poznania! ;-)
    Z widoków najbardziej kuropatwy zazdroszczę. W ciagu ostatnich trzech lat dwa razy tylko widziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli są wszędzie! Świat się jednak globalizuje, niestety. Kuropatw w dalszym ciągu jest bardzo mało, ale zaczynamy je widywać. Co prawda w porównaniu z tym, co się działo w latach `80, panuje kuropatwiana nędza, ale widać przynajmniej światełko w tunelu:)

      Usuń
  21. Jestem wielbicielką wszystkiego co jest ziemniaczane, oprócz kartaczy, babka i kiszka jak to na Podlasiu, przyjedź do Supraśla na Mistrzostwa Świata w pieczeniu babki, będą niedługo, nie pożałujesz. Najpiękniejsze zdjęcia to zwierzaki w kwiatach i "zielona droga do światła".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babka też jest super! Robię ją od czasu, do czasu, zwłaszcza gdy przywiozę z Podlasia świeżą dostawę ziemniaków, których na Warmii, niestety nie ma. Chętnie przyjechalibyśmy, ale to strasznie daleko:) Na 100% będziemy zimą na żubrach i wtedy w Krynkach najemy się za wszystkie czasy (a przynajmniej ja!). Dziękuję, przepraszam za zwłokę i zapraszam ponownie:)

      Usuń
  22. Zgłodniałam... Zdjęcia tradycyjne - to znaczy piękne jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy by zgłodniał, gdyż kluchy, to klasa sama dla siebie:)) Dziękuję:)

      Usuń
  23. U nas na Warmii i Mazurach zwane jako kartacze. Przynajmniej, ja znam je pod taką nazwą. Jednym jesteśmy do siebie podobni, też je lubię :)
    P.S. Czekam z niecierpliwością na kolejną dawkę super kadrów, szczególnie tych warmińskich. :)

    OdpowiedzUsuń