O mnie

Moje zdjęcie
Olsztyn, warmińsko-mazurskie, Poland

poniedziałek, 16 lipca 2018

O tym, jak nie udało mi się przygotować postu.


       O tym, że jelenie są głupie wiemy wszyscy, ale nie o tym jest post.
       Ten post jest o niemocy blogowej, która dopadła mnie podczas ostatniego weekendu. Umówiliśmy się z Iwoną, że opublikujemy nasze posty w niedzielny wieczór. Miałem zacząć pisanie w sobotę, ale pomyślałem sobie, że co mi tyle czasu na jakiś głupi tekścik. Wstanę w niedzielny przedporanek, trzasnę stronę lub półtorej i z tzw. bani. Zamiast pisania zająłem się zatem hurtowym oglądaniem programów kulinarnych z czego - notabene - kompletnie nic nie wniknęło, gdyż prowadzący używali tak egzotycznych półproduktów, że o większości nawet nie słyszałem (poza wodą i solą, rzecz jasna, a i to nie we wszystkich przypadkach).
       W niedzielny poranek powylegiwałem się jak zwykle do piątej, po czym przygotowawszy kubełek naparu z kawowego granulatu zasiadłem do komputera, by szybko smyrnąć blogowy tekścik i spokojnie zająć się leniwą kontemplacją, wolnego od pracy i handlu, dnia. Zanim jednak moje palce opadły wirtuozersko na klawiaturę, postanowiłem zajrzeć do kilku portali informacyjnych, gdyż będąc człowiekiem światłym (o czym zaświadczą nawet moi, najwięksi wrogowie) lubię wiedzieć, co dzieje się w - mniej lub bardziej szeroko pojętym - świecie. Jako, że działo się wyjątkowo dużo, o poście przypomniałem sobie dopiero przed ósmą, czyli w porze, w której zwykłem oddawać się śniadaniu.
       Można o mnie powiedzieć dużo złego. Można mi zarzucać lenistwo, abnegację, przesadny pacyfizm, brak woli ochrony klimatu, ale jednego, czyli nieprzestrzegania reżimu pokarmowego nie zarzucą mi nawet moi najwięksi antagoniści. Czas śniadania, to czas święty i tyle. Choćby nawet runęły żelazne wojska, a w moje drzwi załomotały kolby, o 8 rano śniadam i koniec! Oczywiście w dni powszednie zadowalam się byle czym, czyli najwyżej czterema, pięcioma rodzajami mięs, deską serów, pieczywem na zakwasie, kilkoma zaledwie odmianami pomidorów, czymś na ciepło (parówki cielęce, takiż bekon, jajecznica, golonka w koniaku itp.) oraz sokami z owoców niekoniecznie sezonowych. Niedziela, to wszakże niedziela, więc zazwyczaj multiplikuję solidnie ww. Ponieważ jednak miałem do napisania wspomniany post, tym razem pochłonąłem wszystko w oka mgnieniu i już po upływie półtorej godziny mogłem zasiąść z powrotem przed ekranem komputera. Niestety nie dane mi było dać upustu rozsadzającej me skronie wenie, gdyż z sypialni wygramoliła się gŁoś, która gdy nie musi wstawać o świcie, śpi ile wlezie, czyli do syta.
       Jak zwykle zaczęliśmy rozmawiać o tym i o owym (szczególnie o owym) i nawet nie zauważyłem, że ranek przeminął i nadeszła pora przygotowywania obiadu. Muszę wyznać, że tak już jestem skonstruowany, że mogę odmówić sobie zakupu nowego garnituru, wyjazdu w nieznane czy nawet dobrej opery, ale nigdy-przenigdy nie zrezygnuję z obiadu, co bez wahania potwierdzą nawet moi najwięksi adwersarze. Niestety od przeszło roku, nasze południowe posiłki stały się czasochłonne w przygotowywaniu z uwagi na postępujący wegetarianizm Iwony i  moje nieustające umiłowanie jedzenia zwierząt, czyli jednym słowem zmuszeni jesteśmy do przygotowywania dwóch zestawów obiadowych. Naturalnie od poniedziałku do piątku odżywiamy się zazwyczaj skromnie, ale w weekend nasz stół winien uginać się od kilkunastu, perfekcyjnie zbilansowanych pod względem makro- i mikroelementów (Iwona) i tłustych (ja) dań.
       Przygotowanie oraz spożycie posiłku zajęło nam tym razem ułamek normalnego czasu (miałem przecież napisać post) i już po kilku godzinach byłem gotów na rendez-vous z Muzą. Przebrałem się zatem w mój ulubiony, satynowy robdeszan i napełniwszy szklanicę winem z korzenia róży, zasiadłem w starym, pamiętającym co najmniej 2015 rok, fotelu. Niestety, w chwili gdy wcisnąłem klawisz "shift", by stworzyć pierwszą, wielką literę tekstu, głos z telewizora oznajmił, że właśnie zaczyna się mecz Chorwacja-Francja. Nie jestem futbolowym maniakiem, co zeznają pod przysięgną nawet moi najwięksi opozycjoniści, ale finał Mundialu zdarza się tylko raz na cztery lata, a że w Polsce ta dyscyplina sportu dopiero raczkuje nie mogłem odmówić sobie obejrzenia przynajmniej pierwszego kwadransa pierwszej połowy.
       Pierwszy kwadrans nieco się przeciągnął, ale na szczęście obyło się bez dogrywki i karnych, więc około 19 mogłem rzucić się wir pisania ... tzn. mógłbym się rzucić, gdyby nie fakt, że 19, to u nas czas kolacji. Są na tym świecie świętości, które bezczeszczę bez ran na duszy i sumieniu, ale - pod czym podpisaliby się bez wahania nawet moi najwięksi oponenci - za żadne precjoza nie zdecydowałbym się na odstąpienie od obchodów uroczystości kolacyjnych. To wszakże posiłek, który jest kwintesencją całego, pracowitego dnia i bez którego nasze życie stałoby się niczym innym, jak tylko wegetacją nędznego robaka.
       Kolacja w naszym domu jest posiłkiem lekkim, ot taką niewinną przekąską  pozwalającą zapaść w miękkie, jak wnętrze małża, ramiona kojącego snu. W przypadku Iwony jest to najczęściej zapiekanka z dwóch-trzech kilogramów ziemniaków zalanych tuzinem skłóconych jaj i posypanych funtem twardego sera. Ja zadawalam się zwykle całymi, duszonymi wołowymi żebrami otoczonymi groblą z tłuczonej rzepy oraz kilkoma szklanicami słodkiego kakao z ..., do rzeczy jednak! Ze uwagi na ciągły brak tekstu starałem się jeść jak najszybciej, ale niestety, pomimo wysiłków, nie udało mi się skończyć przed 21.
       W pewnych kręgach jestem znany pod artystycznym pseudonimem "ranny ptaszek", co oznacza, że moja największa aktywność intelektualna przypada na godziny pomiędzy brzaskiem, a świtem. Niestety przekłada się to automatycznie na moją całkowitą niemoc twórczą w godzinach wieczornych i nocnych o co śmiało możecie zapytać nawet moich największych przeciwników. Choćbym nie wiedzieć jak bardzo się starał, po 21 nie napiszę nawet brzydkiego wyrazu w publicznej toalecie o smakowitym tekście nie wspominając.
       I dlatego właśnie tym razem post bez tekstu. Są tylko fotki, a i to niewiele, gdyż z uwagi na, wymykające się spod kontroli, desery nie zdążyłem przygotować ich więcej. Obiecuję jednak, że postaram się to zmienić, gdyż pojutrze (czyli 20 sierpnia) zaczynam urlop.

















51 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Akurat, wysysanie wilgoci z cudzych prań jest czynem ocierającym się o empatię. ;-)

      Dzień dobry wieczór.
      Upał nie ma litości nad nikim. U nas też ptaki zamilkły, ale za to rozmnożyły się pająki na moim balkonie, a niektóre bezczelnie tkają sieci.

      Podoba mi się Twoje poczucie humoru, jeśli mogę tak od razu per Ty. A powiedzenie: "co zrobisz, jak nic nie zrobisz? " jest jednym z moich ulubionych. Masz celne oko do utrwalania czasu na fotografii. Wprawdzie na moim blogu nie jest tak ciekawie, jak tutaj, ale zapraszam do odwiedzin. Pozdrawiam :-D

      Usuń
    2. Nie wiem, czy chciałbym chodzić np. w wyssanych przez kogoś skarpetkach, więc chyba nie do końca:)) Dziękuję za odwiedziny, zwłaszcza że w taki upał człowiek najchętniej nie wychodziłby z chałupy lub - opcjonalnie - ze swojego bloga:) PS. Wieczorem z przyjemnością zajrzę:)

      Usuń
  2. Jak na post bez tekstu, rozbawiłeś mnie bardzo, choć nie wiem czy bardziej nie rozbudziłeś mojego apetytu, ale o tej porze nie będę jadła...
    Bywało, że miałam napisać o czymś konkretnym i bardzo mądrym, a napisałam takie tam...ale u Ciebie to całkiem, całkiem i te fotki, tak niby przez przypadek się zaplątały?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam po napisaniu tego czegoś (bo przecież nie tekstu) złupiłem lodówkę i okolice tejże:)) PS. Zwykle tak to się dzieje, że pierwotne pomysły wędrują w koszu (lub w tzw. magazynie), a potem powstaje coś zupełnie innego:)) PS.2. Kompletnie przez przypadek!

      Usuń
  3. Jak zwykle: zabawnie - tekst i malowniczo - zdjęcia. A to drugie i "post bez tekstu" to solidny dowód na poranną potężną moc twórczą, która czasami, i na szczęście bo byłoby za nudno, kieruje się w różne strony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Tylko i wyłącznie poranną, ale nie wiem, czy moc! Co zaś tyczy "różnych stron", to przecież nie samymi opisami przyrody, blog przyrodniczy żyje:)))

      Usuń
  4. To kiedy to wszystko napisałeś, chyba między posiłkami, a zdjęcia fajne od przedwschodu do wschodu i dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poniedziałek:))) Taki się akurat dobry dzień przytrafił, choć trzeba było pojechać w to miejsca dwa razy, gdyż południe jest tam wyjątkowo nudną porą dnia:)

      Usuń
  5. Rozumie się, że ten skromny tekst zapewne spoczywał spokojnie w rozległych plikach komputera, na wypadek leniwego weekendu. Bardzo wymowna wymówka - to muszę przyznać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzie tam. Wszystkie teksty z magazynu już dawno rozdysponowane! To jest tzw. coś z paluchów. Trudne do wytłumaczenia zjawisko fizjologiczne, ale kiedyś postaram się rozwinąć ten temat:))

      Usuń
  6. Hmm raczej ten post nie obył się bez tekstu więc nie jest źle.
    A zdjęcia są magiczne i urokliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej się obył, ale kłócić się nie zamierzam:)) Dziękuję, ale to jak zawsze zasługa miejsca, aury i Aktorów:)

      Usuń
    2. Nie obył :p bo w końcu coś tam napisałeś hihihihi, z innej beczki co prawda ale jest.

      Usuń
    3. Bo ten blog z założenia jest z innej beczki:)))

      Usuń
  7. To dobrze, że nie ma żadnego tekstu. Bo zawsze jest do bani:-))
    A taka golonka w koniaku to przecież najnormalniejsza perwersja...
    A te jelenie to kiedy były prześladowane i straszone????
    P.S. Napiszesz coś więcej u mnie nt. filmu i wogóle?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Postanowiłem zadbać nieco o poziom bloga i stąd po części taka decyzja:)) PS. Jak tam perwersja? Jesz golonkę, zapijasz koniakiem i tyle! PS. Te jeszcze nie, ale ich czas nadchodzi i niestety szybko. PS.2. Już napisałem.

      Usuń
  8. Spoko Maroko.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ładne... e...jelenie ( ba Fb Głosia,ktoś mię nachalnie edukowała w kwestii rogaczy, jeleni, saren i rogów tudzież poroża). wiedza ta była mi zbędą, posiada acz wepchnięta w gardło niemal na siłę. Jakże to tak nazwać jelenia rogaczem... powiesić ją!
    Nieważne, wybacz dygresję.
    Po opisie Niedzieli wnioskuję że jesteś skrzyżowaniem Obeliksa z Bilbo Baginsem. ( Liczę, że wiesz o kim mowa, bo znam takich co nie wiedzą).
    No a tekst (cmok, cmok), faktycznie mógłbyś się bardziej wysilić... mam nadzieję że nie zeżarłeś tych jeleni.
    Pozdrawiam. I zamawiam na jesień dedykowane zdjęcie łosia z pięknymi łopatami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj znać, jak będą Cię wieszać. Ostatnio na Warmii niewiele się dzieje, więc jakaś rozrywka będzie mile widziana (mam nadzieję, że będą fudtraki!). No wiesz, co Luna! Kiedyś miałem wszystkie komiksy, a Hobbita (w odróżnieniu od Władcy, bo temu przyznaję nie dałem rady (nudy!)) przeczytałem kilka razy). PS. Następnym razem. PS.2. Jeszcze nie. PS.3. Piszesz i masz!

      Usuń
    2. No to dzięki za łosia, powiesić się nie dam - nie dałam spalić na stosach ani utopić to zwykła linka mi nie straszna:)

      Usuń
    3. Tyle, że łoś będzie najwcześniej we wrześniu, gdyż wcześniej moja noga nie postanie w BPN:). PS. Nie, to nie!

      Usuń
  10. Piękne zdjęcia i te wspaniałe ,jakze eleganckie jelenie na tle bujnej roslinności,pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Coś jest w jeleniach o czym najlepiej świadczy fakt, że praktycznie nie mam zdjęć, na których wyglądałyby niezgrabnie. Zdarza się to często w przypadku łosi, ale jeleni prawie nigdy:)

      Usuń
  11. Witaj, Wojtku.

    Po przeczytaniu orzekam autorytatywnie, że jesteś całkowicie usprawiedliwiony i rozgrzeszony:)

    Znowu niedługo na długo piękno naszych stron będę mogła podziwiać tylko na Twoich zdjęciach...

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci Leno dziękuję:))) PS. A gdzież to Cię niesie, jeżeli wolno zapytać?

      Usuń
    2. Za chlebem, za chlebem...

      Pozdrawiam:)

      Usuń
    3. Życzę Ci, żeby to zachlebie trwało, jak najkrócej:)

      Usuń
  12. W rzeczy samej! Najbardziej wzniosły teks o patologicznym lenistwie jaki w życiu (tym i poprzednich) czytałem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak można niemoc nazywać lenistwem? Niemaż ci już współczucia na tym łez padole!

      Usuń
    2. I to patologicznym...
      strasznie mi przykro, że mi wcale nie jest przykro ;-)

      Usuń
    3. A mnie jest przykro, że Ci jest przykro, że Ci nie jest przykro:))

      Usuń


  13. Buhahahaha Oj znam takie chwile, a programy kulinarne lubię. Nie lubię, jak niemal wszystkie składniki są ciężko dostępne. Zresztą o gotowaniu się nie wypowiadam, bo nie jestem zbyt w tej dziedzinie uzdolniona. No może mają przepis, to ugotuje fajnie, ale bez... Nie mam pojęcia, po co o tym piszę. buhahaha

    Ty tak serio... piąta rano... i to ma być wylegiwanie się. Ja myślałam, że czytam o porze wieczornej. buhahaha Teraz to czuje się jak leń stulecia. hahahahahah

    Śmieszy mnie, że post jest o jedzeniu, a ja lubię zjeść, choć tak jak Iwona. :))J tu leja... hahaha Jaka kolacja. :D No ja też potrafię zjeść sporą, a potem wszystko leci na bas. :D

    No fajowy ten post bez tekstu. hahaha Ty masz tak oryginalne pomysły na posty, no super piszesz, a wielki uśmiech na twarzy to już norma. hehehe

    No przepiękne zdjęcia...tylko, co tak mało. hehe Genialny post. :D
    Super miłego urlopu. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię nawet wtedy, gdy wiem, że i tak nie ugotuję, gdyż w żabce pod kamienicą są tylko ziemniaki, sól i nafta:) Agnieszko, zapewniam Cię, że wstawanie o piątej rano, to jest właśnie szczyt lenistwa, gdyż wiem, że o tej porze nikt niczego nie będzie ode mnie chciał i mogę sobie nicnieporobić do woli:)) Cieszę się, że Ci się spodobało, gdyż najważniejsze w życiu, to zachować uśmiech dobry humor:)) PS. Dziękuję i baaardzo wzajemnie!

      Usuń
  14. Masz tak jak ja
    Rano wstaje, biegam
    pisze a wieczorem...
    KAO
    Jak na post bez tekstu
    to się sporo rozpisałeś
    😁😂😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tak od maleńkości. Na studiach kumple uczyli się DO trzeciej, a ja OD trzeciej:) Poza tym, gdy wstajesz o takich godzinach chata jest twoja i tylko twoja!

      Usuń
    2. Na studiach potrafiłam uczyć się
      tylko w godzinach rannych
      Mój syn ma tak samo

      Usuń
    3. Czyli jest nas więcej:) Generalnie poranki są bardziej optymistyczne od ponurych wieczorów, choć był czas, gdy myślałem inaczej.

      Usuń
    4. A ja jestem jak kos - poranki i wieczory są ok, środek dnia i nocy to czas stracony.

      Usuń
    5. Wszystko zależy od tego, czym jest środek nocy, a czym poranek? Ot, ekofilozofia!

      Usuń
  15. Post bez tekstu zawierający 903 słowa. Czyta się z przyjemnością :).
    A jelenie wyjątkowe, czerwono - purpurowe. Piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, aż tyle? To faktycznie nietekst pełną gębą:)) Dziękuję, ale tym razem to wyłącznie zasługa wschodu:)

      Usuń
  16. Naganne jest wylegiwanie w niedzielę do piątej rano. Straszne, na kolanach do Torunia błagać o przebaczenie.
    A co na to jelenie?
    Serdeczności zasyłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem. Obiecuję, że od tej pory będę wstawał w sobotę o 23:)) PS. Do Torunia to ja mogę jechać, ale tylko i wyłącznie na pogrzeb, żeby się upewnić:)

      Usuń
    2. Nie pytałem, ale nie omieszkam przy najbliższej sposobności:)

      Usuń
  17. Jak to pojutrze 20 sierpnia...lipiec mamy.

    Chyba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłem i faktycznie masz rację! Popatrz, jak ten czas leci. Dopiero był wrzesień, a tu masz - lipiec!

      Usuń